#6 Zawsze traktujesz tak dziewczyny?

- Będziemy pływać w Niagarze? - dopadł mnie na korytarzu po śniadaniu Dzik.
- No, macie okazję skończyć Wołkowyckiego za ten Konsulat. Ale mnie w to nie mieszajcie. W sumie to spoko z niego gość.
Zawodnicy od rana dopiekają Andrzejowi, oczywiście w żartach, ale biedaczek po piętnastu minutach już miał dość. Oczywiście najbardziej uwziął się Bartosz Kran i zapytał na cały głos, dokładnie w tym momencie, kiedy to Wołkowycki przechodził obok jego stolika, że jest ciekawy jakie śniadanie podają dziś w Konsulacie. Cóż. Trochę racji mieli , ale ja bawiłam się przednio i aż postanowiłam po wycieczce wyjść na miasto do sklepu z zabawkami i kupić figurkę czegoś, co będzie przypominać guźca. I mam plan wręczyć go Igle jako prezent urodzinowy i podziękowanie za żart tygodnia przy stole z jedzeniem. Ale to później. Teraz muszę przebrnąć przez korytarz, gdzie Rucek bawi się aparatem i każdemu z osobna robi zdjęcia.
- Czekaj, czekaj, Madzia! One photo, please.
- Błagam. Nie dziś.
- Właśnie, że dziś!
- No Magda, daj Ruckowi zrobić zdjęcie.
- Sam sobie Bartman rób zdjęcia. Ja jestem mało fotogeniczna.
- Mam pomysł. Pozujcie razem!
- NIE! - rozległ się krzyk mój i Zbyszka, a Rucek cofnął się w geście przerażenia.
- Ej, ale ja tylko zaproponowałem.
- Nie pierdolcie, tylko proszę się objąć i uśmiechnąć!
Kurek musiał się wtrącić i pchnąć Zbyszka centralnie na mnie. Dobra. Jesteśmy dorośli, więc odpuściliśmy i pokusiliśmy się nawet o to, żeby Bartman mnie objął. Ja to się nawet uśmiechnęłam.
- Bella. Madzia, bella. Patrz Rucek, nawet Zbych wyszedł jak człowiek.
Ruciak z Kurkiem całkiem dobrze się bawili. Stali jak kołki i przyglądali się świeżo co zrobionej fotografii. Super. Teraz będą mieli tematy do rozmów, że ja to jednak lubię zdjęcia i tylko się zgrywam, kiedy uciekam przed kamerą Ignaczaka.
- A teraz muszę państwa, zostawić, bo mój plecak z jedzeniem  sam nie zniesie się na dół, a jest w pokoju. - wyminęłam towarzystwo.
- O której zbiórka? - zapytał wiecznie niedoinformowany Bartman.
- Za jakieś trzy minuty.
- Nie chcecie zobaczyć zdjęcia? - zasmucił się Rucy i kiedy się oglądnął, Zbyszka już nie było.
- Później. - pocieszyłam fotografa.

*

- Już grupa wycieczkowiczów czeka. Czekają na... Na wyjazd.
Kiedy tylko zauważyłam Igłę z kamerą od razu schowałam się za plecami Możdzona. Mój mini guziec był w kieszeni i dobrze by było, gdyby nie został nagrany.  Na moje szczęście i na dobre rozpoczęcie dnia kamera Krzyśka zaprzyjaźniła się z ofiarą dnia wczorajszego, czyli moim kochanym szefuniem.
- Dzień dobry.
- To jest właśnie organizator tej wycieczki. Mam nadzieje, że będzie udana bo jak nie to...
- Do Niagary!
- Ty patrz. - ni stąd ni zowąd pojawił się obok mnie Bartman. - On sam wie, jaka kara go czeka za ten Konsulat.
- Wszystko, co złe to on. - kontynuował Igła w swoim komentarzu o Wołkowyckim, a ja uśmiechnęłam się i o dziwo nie nawrzeszczałam na Bartmana, że zatruwa powietrze w moim otoczeniu.
- Myślisz, że Andrea zrobił to celowo, że tylko ja i jeszcze jakieś dwie osoby ze sztabu mają stroje reprezentacyjne? - tym razem to ja zapytałam, a Zbych zmierzył mnie z góry na dół, później popatrzył na trenerów, Oskara, redaktora Tomka i wzruszył ramionami.
- Ale masz i tak tylko koszulkę.
- I druga w zapasie. Taką po cywilu. W razie gdybym wybrudziła. Poza tym ma dziwny materiał i będzie mi w niej gorąco. - stwierdziłam zdegustowana, bo tak tą minę nazywał Kubiak i wpadłam na wspaniały pomysł. Poprosiłam trenera o minutę i wbiegłam do najbliższej ubikacji. Zamieniłam koszulki i zadowolona wróciłam do towarzystwa.
- Ty... Ty... Ty się nas wstydzisz! -wykrzyczał Kurek.
- To do nich miej pretensje. Była umowa, że idziemy ubrani w stroje reprezentacyjne, a Anastasi odział paski. No to co miałam zrobić?
- Dokładnie. - wtrącił redaktor Swędrowski. - Wszyscy mieliśmy mieć takie same stroje.
- Magda, w razie problemu przebierzesz się znowu. - stwierdził Zbyszek.
- Otóż to.
- Ej, ludzie. - pojawił się Żygadło. - Magda rozmawia ze Zbyszkiem NORMALNIE. - na ostatnie słowo padł tak mocny akcent, że pewnie trzecie piętro słyszało.
- A jak mam rozmawiać? Nienormalnie?
- Coś jest nie tak. Ewidentnie. I nie wmówicie mi, że jest inaczej. - czepiał się Łukasz, a Zbyszek o dziwo... Nie odpowiedział nic, tylko jako pierwszy poszedł do autokaru.
- Widocznie za dużo ze sobą przebywamy i nam się znudziło. - poklepałam Żygadłe po ramieniu i wspólnie poszliśmy za Zbyszkiem.


*

Jak zwykle zostawiłam sztab i usiadłam z chłopakami na tyłach autobusu. Do pewnego momentu było cicho. Nawet przysnęłam. Kanadyjska zmiana czasu nie wpływa na mnie najlepiej, a już na pewno nie na przestawienie cyklu dobowego i snu. Praktycznie w każdym możliwym momencie, kiedy moja głowa styka się z fotelem, poduszką, łóżkiem bądź poskładaną bluzą padam jak mucha. Na szczęście zawsze jest obok pan kamerzysta i zawsze jest chętny na relacjonowanie wydarzeń sekunda po sekundzie.
- Pierdolisz jak Makłowicz.
- Dziku, wyjąłeś mi to z ust.
- Makłowicz jeszcze by zupę gotował, a ja niestety tego nie robię! - oburzył się Ignaczak. - Ale tutaj mamy malowniczo położone drzewo Możdżona.
- To akurat ci się udało. - odrzekło owe drzewo, a ja tylko odwróciłam się i spojrzałam na uśmiechniętego Marcina. Boże, skąd on bierze tyle cierpliwości? Studnia bez dna. Oaza spokoju.
- No. I tak se żyjemy. No, a co? Ha, ha, ha.
- Tak nam to życie jakoś musi upłynąć w tej Kanadzie.
- Niech się bida wścika.
Dobra, trochę się pośmialiśmy, zobaczyliśmy jezioro Kiery, tudzież Kierywa, a może i Kurwa. Ale stop. Dla Jarosza to było, nie wiem skąd, ale Forfiter Lake.
- Myślę, że tutaj nasz Sommelier z Italii nam powie, czy to wino, które będziemy kosztować będzie dobre.
- Będzie zajebiste. - wybuchnęłam, co spowodowało salwę śmiechu.
- Co, Madzia? Napiłabyś się do obiadu porządnego trunku? - zapytał Bartman.
- Pytanie. Tylko najpierw musiałabym coś dobrego zgotować.
Tak się złożyło, że na degustację wina szłam ramię w ramię ze Zbyszkiem. Spojrzałam na zegarek. Minęło trzy godziny od śniadania, a my się nie pokłóciliśmy ani na siebie nie wrzasnęliśmy. Co więcej, nawet nie miałam chęci się na niego wkurwić bez powodu, co miałam w zwyczaju. Rozprawialiśmy nad tym, jaki kolor wina zostanie nam podany i choć o niczym, gadało się całkiem nieźle.
- Ziomek, chodź tu. Pokaż, pokaż się! No przecież to Sylvester Stalone normalnie!
- Igła, daj żyć. - wypowiedziałam błagalne słowa, a Krzysiek tylko się roześmiał i chociaż prosiłam już o to samo z dziesięć razy to ani nawet na sekundę nie wyłączył kamery. W końcu ujrzałam malutkie kubeczki z winem.
- Gdyby stało to u mnie w domu rodzinnym na stole, w rozpaczy, że muszę tam być, wypiłabym to wszystko i poprawiła jakimś zero siedem.
- Lepiej nie, jesteś potrzebna Andrzejkowi.
- Jestem niezbędna Andrzejkowi, poprawka Zbyszek.
- Jego inglisz nie jest perfect?
- Yes, szczególnie wtedy, jak Polak mówi do trenera po angielsku, a on nie jest świadomy tego, że za chwilę usłyszy od niego to samo tylko właśnie po polsku. I się biedak zamartwia.
Wino rzeczywiście było smaczne, Ale jeszcze smaczniejsze, a raczej piękniejsze było to, co ujrzeliśmy później.


*


Wodospad Niagara. Chociaż Jarząbek skomentował, że spodziewał się dżungli a nie miliona ludzi i komercyjnego centrum, widok zapierał dech w piersiach. Przynajmniej w moich i Jarosza, bo obydwoje wzdychaliśmy jak idioci.
- Antczakowa, ciebie coś poruszyło!
- Żygadło, ty przejąłeś schedę po Zbyszku i normalnie, perfidnie się ze mnie wyśmiewasz.
- Przecież wiesz, że to z miłości.
- Z tej miłości to cię mogę kopnąć w dupsko i popływasz sobie w jeziorku.
- Nie. Jednak cię nie podmienili. -stwierdził i wzruszył ramionami.
Jak chłopcy zobaczyli statki wpływające wprost w wodospad od razu zaczęli narzekać, że chcieliby tak samo. Wiedziałam. Współpraca z Andrzejem W. okazała się na tyle owocna, że zakupiliśmy niezbędne bilety i ku uciesze wesołej wycieczki udaliśmy się na pokład.
- Idziemy na boat!
- Idziemy na boat.
- Yea!
- Sounds good.
- Sure, sounds good.
Proszę bardzo, inteligentne rozmowy w przypływie radości rozpoczęli Możdżonek i Ignaczak.
- Na czele Olek Bandyta i Magdalena Antczak. - dopowiedział Igła.
W prawdzie koło mnie powinien być Andrzej, ale kto by się tam przejmował, że go nie ma? Z doktorem Olkiem jako ci najbardziej rozgarnięci prowadziliśmy ekipę na 'boat'. Swoją drogą, jak na bandytę to jest serio sympatyczny. W porównaniu do tych wielkich wredot i jak się okazało mojego brata. Dorwali jakiegoś napakowanego gościa i komentowali jego podboje z siłowni.
- Po kreatynce.
- Tylko kreatynka i nieczyste białko. Idzie jakby mu ktoś kołek włożył.
- Chamy. - skomentowałam przy doktorze Olku, na co zgodnie pokiwał głową.
- Madzia, ubieraj płaszczyk.
- Zbych, a ty znowu jak zjawia.
- Pojawiam się i znikam i znikam... - zaśpiewał mi Bartman, a ja zaśmiałam się prawie jak przy guźcu, widząc go owiniętego w niebieskie coś.
- Wyglądasz jak kosmita.
- I believe I can fly. - czy Polacy zawsze muszą zrobić wiochę za granicą? Dobrze, że się chociaż Jarząbek po cywilu ubrał.
- Nie Oskar, ty nie wyglądasz jak motyl. Raczej jak latający pączek.
- Doktorze! - krzyknęłam. Czyżby bandyta jednak był bandytą?
Statek w końcu ruszył, a pomiędzy Igłą a Kurkiem rozegrała się inteligentna rozmowa numer dwa.
- Masz trzy dziury.
- Haha, naprawdę?
Podteksty podtekstami, ale wszystko dlatego, że Igła pogubił się w płaszczu, który dostaliśmy przy wejściu na pokład i biedaczek nie wiedział jak go włożyć. Jak już nawet Pit z Andrzejem dali sobie radę, ewidentnie zwątpiłam.
- A ty nadal wyglądasz jak kosmita.
- Tak przystojnie?
- Nie. Tak idiotycznie. - zaśmiałam się.
- To pogadali. - zwrócił się Kubiak do Ruciaka słysząc rozmowę moją i Zbyszka, na co ten pokręcił głową i zrobił nam drugie już dzisiaj zdjęcie.
- Ej, kolego. Bo jeszcze jedno, a odliczę ci z wypłaty.
- Zabierzesz mi na swoje waciki?
- Wolę kolejną parę butów.
- Nie dam! - Ruciak udawał obrażonego, a ja odwróciłam się od grupy plecami i rozmarzona oglądałam przepiękne widoki. Byłam pierwszy raz w Kanadzie, po kilku dniach pobytu tutaj stwierdzam, że jest super, a Niagara jest dodatkowym powodem, dla którego ten kraj zaplusował u mnie jeszcze bardziej. Porównywalnie do Stanów, które zwiedziłam mniej więcej rok temu z koleżankami z roku. Czuć ten klimat innego świata. Tej nowoczesności i społeczeństwa pędzącego za wszystkim co nowe i nieznane, ale w zasięgu ręki i możliwe do odkrycia. Aż nabrałam ochoty na jakąś nocną wycieczkę, chociaż doskonale pamiętam te nocne eskapady ze Spały i to, jakie były tego konsekwencje


*


Wróciliśmy do hotelu. Trener prosił, abyśmy na jutrzejszy poranny lot wrócili w miarę szybko i nie wypuszczali się daleko w miasto. Głównie ze względów organizacyjnych, na których to mnie i Andrzejowi zależało w tej ekipie najbardziej. Nie mniej jednak ogarnęłam się do stanu, który podczas studiów w Krakowie pozwalał mi wyjść z mieszkania i swobodnym krokiem oddaliłam się od hotelu w stronę głównych ulic Toronto.
- Hej, poczekaj!
Poznałam te głosy. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć kto to. Ale zrobiłam to z czystej ciekawości, aby policzyć ilu ich było.
- Trzeba było na nas poczekać. - wkurzył się Kubiak.
- To trzeba było powiedzieć Kubie i Bartkowi żeby się nie kąpali. - odpowiedziałam i kiwnęłam głową, aby poszli za mną. A było ich czterech, Dzik, Zibi, Kuraś i Jarski. Idealna mieszanka do spacerowania po Toronto dzisiejszego wieczoru. Najpierw poszliśmy zjeść. Wielką, ogromną, zajebistą pizzę. Tak dobrej jeszcze nie jadłam. Później poprawiliśmy piwem i poszliśmy dalej w miasto. Dopiero teraz na ulicy było multum ludzi, restauracje zostały otwarte na dobre a muzyka i ludzkie głosy rozbrzmiewały w każdym możliwym miejscu. Prawdziwa metropolia.
- Idę do sklepu. Mam ochotę na coś słodkiego. Poczekacie? - zapytał Kurek, ale Jarosz i Kubiak zdecydowali się z nim iść, bo jak stwierdzili trochę cukru się przyda. Mnie jednak nie chciało się czekać i odeszłam od zdezorientowanego Zbyszka, aby zobaczyć, dlaczego zza rogu ulicy na której się znajdowaliśmy, wychodzą tabuny ludzi.
- Ej, mieliśmy czekać!
- Nie marudź. - uciszyłam Bartmana, bo właśnie stałam przed bramą ogromnego, wesołego miasteczka. - Nie wiem jak ty, ale ja chcę tam pójść. Powiedz im, że tam mnie znajdą.
Jak chciałam, tak zrobiłam. Pobiegłam jak mała dziewczynka w stronę diabelskich młynów i karuzeli. W rezultacie nie wiedziałam, w którą stronę pójść, ale nim zdążyłam wziąć oddech ktoś złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę największej karuzeli z możliwych.
- Zawsze traktujesz tak dziewczyny?
- Które?
- Wszystkie, łącznie z tymi, z którymi randkujesz.
- Jak tak?
- Straszysz je łapiąc za rękę i ciągnąc w nieznanym kierunku?
- Nie. Tylko ciebie tak potraktowałem. - uśmiechnął się, a za moment staliśmy przy budce od płacenia wstępów.
- A co z chłopakami? - doznałam chyba jakiegoś przebłysku rozumu.
- Napisałem do nich, że jesteśmy na wesołym miasteczku.
- Ale...
- Nie marudź, Magda!
I pociągnął mnie znów. a po chwili siedzieliśmy przypięci pasami, w czymś co przypomina powolnie kręcące się London Eye. Kiedy karuzela ruszyła przymknęłam powieki i zaczęłam się śmiać. Bo z jednej strony to się bałam, że zginę z Bartmanem na jednej karuzeli, a z drugiej ta cała akcja była śmieszna.
- Co za spontan. - rzucił Zbyszek oglądając panoramę Toronto nocą.
- Spontany są najlepsze. - stwierdziłam spoglądając w tym samym kierunku, co on. Wrażenia niesamowite.
- Mówisz poważnie?
- Spontaniczne wyjazdy, imprezy i spotkania towarzyskie zawsze są lepsze od tych, które planuje się z wyprzedzeniem.
- Zdajesz się być dokładnie taką, jaką sobie ciebie wyobraziłem, kiedy na mnie wpadłaś pierwszego dnia, co potwierdza moją teorię, że znam się na ludziach.
- A jaką sobie mnie wyobrażałeś?
- Inną.
- To żeś teraz pierdolnął, Bartman. Gratulacje.
- Ale ja nie powiedziałem tego w kontekście twojej nienormalności.
Przyglądał mi się uważnie, co zrobię. Fakt faktem nie wyglądał jakby żartował i jakby chciał mi dopiec milionowy raz odkąd się znamy, ale potraktowałam to stwierdzenie uśmiechem.
- Jestem inna, bo lubię być spontaniczna?
- Nie tylko. Po prostu znam dużo kobiet i mam porównanie. Nie znałem dotąd takiej jak ty. Serio.
- Innej?
- I specyficznej. - zaśmiał się
Nim się spostrzegłam karuzela zatrzymała się, a Bartman odczytał smsa, że chłopcy są już w hotelu, bo Kurkowi zrobiło się niedobrze na diabelskim młynie i chcieli biedaka oszczędzić. Szybkim krokiem wracaliśmy do hotelu, Zbyszek się potknął i prawie przewrócił, co rozśmieszyło mnie na miarę guźca, ale szybko tego pożałowałam bo zaczął za mną biec. Co zrobiłam? Uciekałam. Cieszyłam się z tego szczeniackiego zachowania jakbym była co najmniej niespełna rozumu. Pod hotelem zatrzymałam się aby złapać oddech, Zbyszek oczywiście mnie dogonił i podniósł, ale jedyne co mogłam zrobić, to położyć dłonie na jego barkach i przytrzymywać się w pozycji pionowej.
- Jesteś idiotą.
- Tego mi właśnie dzisiaj brakowało.
W końcu moje stopy dotknęły ziemi. Stałam facjata w facjatę ze Zbyszkiem i wybuchnęłam śmiechem. Bo to wszystko było jakieś dziwne.
- Dobrze się dziś bawiłam.
- Ja też. Ale szkoda, że to ostatni dzień. Całkiem tu fajnie. I pewnie będziemy mieli przewalone, bo przy wejściu stoi ich dziesięciu i czekają kiedy wrócimy. Później wszystko dojdzie do twojego brata a on jako ta cudowna część rodzeństwa powie twoim rodzicom, że jesteś zła i nieodpowiedzialna i ogólnie beznadziejna. A z resztą, moment!
- Gdzie idziesz?
Zbyszek wszedł do hotelu, rozejrzał się po korytarzu i z powrotem pojawił się przy postoju hotelowych taksówek, gdzie mnie zostawił.
- Nikogo nie ma. Nikt o nic nie zapyta. I nic do Polski nie wróci.
- Nic nie wróci, bo wszystko co wydarzyło się w Kanadzie, zostaje w Kanadzie.
- A to, co dzieje się teraz i co jeszcze być może się wydarzy?
- Ale z ciebie filozof.
- Pytam tylko.
- Wszystko, Zbyszek. Wszystko.
Teraz niech mnie ktoś zastrzeli, zabije, zamorduje, poćwiartuje i udusi albo niech mnie utopią z Wołkowyckim w Niagarze. Bo ja, głupia idiotka stoję pod hotelem w Toronto i całuję swojego wroga numer jeden o personaliach Zbigniew Bartman i moje wewnętrzne coś nie chce, abym się od niego odkleiła. Kurwa mać. Teraz nie będę się jak miała wytłumaczyć. Jestem trzeźwa, on też.
- No, to... Ten tego ten. - po wszystkim plątał mu się język. - Wyśpij się, bo jutro dziewięć godzin w samolocie. Albo i dziesięć.
Na te słowa uśmiechnęłam się i wyminęłam postać Zibiego podążając do pokoju. Całe szczęście, nikogo nie spotkałam. Stanęłam przy drzwiach i nasłuchiwałam, czy do pokoju z naprzeciwka ktoś wchodzi. Odetchnęłam z ulgą, kiedy również i on bez szwanku dotarł do swojego lokum. Boże. Co za dzień.

*

Już z samego rana Igła męczył wszystkich swoją kamerą. Co prawda o nie rozmawiałam ze Zbyszkiem szczególnie dużo, bo w drodze na lotnisko wszyscy przysypiali, ale kiedy byliśmy na miejscu dziwnym trafem tylko koło mnie było wolne miejsce, a jedyną osobą, która nie posiadała swojego krzesła był Bartman. Usiadł więc, ale nie czuliśmy jako takiego skrępowania. Zapytał, czy się wyspałam i kiedy Wołkowycki do mnie podszedł musieliśmy przerwać rozmowę. Krzysiek za to nie miał oporów, żeby się wtrącać i zadawał każdemu po jednym pytaniu.
- Kuba, jak będziesz wspominał wycieczkę do Toronto?
- Dobre jedzenie, wyniki sportowe również.
- O! Zapytamy jeszcze Magdę i Zbyszka jak będą wspominać wyjazd do Toronto.
- Inaczej. - wykrztusiłam z siebie, ale nie tylko ja miałam z tym problem, bo wiecznie wygadany Zbysław podobnie jak ja wykrzesał  tylko jedno słowo.
- Specyficznie. - po czym wstał i udał się w kierunku wejścia do samolotu, a ja zostałam z Wołkowyckim.

Komentarze

VE. pisze…
Oni są tacy uroczy z tymi podchodami do siebie, a już szczególnie Zbyszek. Aż chce się czytać więcej i więcej, dalej i dalej. :)
K. pisze…
Nie lubię Bartmana. Zobaczymy, jak będzie dalej, może go u Ciebie poubię :)
Zapraszam na szósty rozdział - http://spowiedz-sumienia.blogspot.com/ :)

Popularne posty z tego bloga

#1 Hej Spała, wioska niemała...

#7 To ty nic nie wiesz?!

#13 Ona kazała mi wybierać.