#1 Hej Spała, wioska niemała...

Podobno, żeby cokolwiek zacząć robić, nawet jeżeli jesteśmy super wybitni i tak trzeba mieć znajomości. Chociaż minimalne. Wiadomo. Ten wciśnie tutaj, ten tutaj, a następny jeszcze tam i biznes się kręci. I tak oto kilka lat temu, a mianowicie jakieś cztery, biznes zaczął kręcić mój starszy brat zwany pieszczotliwie Parszywą Gnidą, który przez całe życie nieświadomie i całkowicie niechcący rujnował mi życie, chociaż moje przejęcie się tym było zerowe. Nie żebym miała mu za złe, czy coś! Broń Boże! On tylko w przeciwieństwie do mnie przyprowadzał do domu porządne dziewczyny, a nie degeneratów. Zdaniem moich rodziców każdy mój potencjalny kolega, z którym piłam piwo podczas oglądania meczu był społecznym marginesem, za to rafałowa Justyna... Żonka, żoneczka, żona, żonusia... Cud natury a nie synowa! No. Ale już. Więc jako ta gorsza część rodziny, czarna owca w czarnych włosach postanowiłam pójść w ślady chodzącego ideału i pomimo sprzeciwów, bo wolałam kontynuować naukę dwa lata później, wybrałam się na studia. Nie fizjoterapeutyczne, bo nie widzę frajdy w obmacywaniu obcych ludzi, ale menadżerskie. I z Wrocławia nagle znalazłam się w Krakowie. Tylko to Rafała rodzice wspomogli. A co. Najpierw rozkręcili mu biznes i pomogli założyć przychodnie fizjoterapeutyczną, później odnalazł go Andrea, a dopiero po tym wszystkim na niezwykle rodzinnym, czwartkowym wrocławskim obiedzie wystosował krótkie, ale treściwe przemówienie i przy rodzicach rzekł lakonicznie: ''Chciałbym ci zaproponować ciepłą posadkę w sztabie, tuż przy boku głównego menadżera.'' . Wstyd mówić co zrobiłam, ale przy słowach 'ciepła', 'posadka' i 'sztab' kolejno: wylałam na swoje białe spodnie barszcz ukraiński, powiedziałam 'kurwa' a na samym końcu zakrztusiłam się jakimś warzywem w typie buraka. Rodzice stwierdzili, że narobię Rafałowi wstydu, bo pewnie coś schrzanię, wyjdę na papierosa w trakcie zebrania sztabu i przy filmach na TVP1 schleje się tanim winem ze spalskiego monopolowego co na pewno przełoży się na moją nieobecność na porannym treningu. I już miałam się z nimi zgodzić dla świętego spokoju, ale ojciec, głowa rodziny państwa Antczaków, zaznaczył również fakt, że wtedy całkowicie odcięłabym się od ich budżetu. Bo czy ja muszę mówić, kto płacił mi za moją studencką kawalerkę przez pięć lat? Nie. Ale Rafał był w sytuacji identycznej i trochę nie rozumiałam, gdzie rodzice widzieli problem. Dobra, rozumiałam. Nie byłam Rafałem. Nie powiem, że byłam choć w minimalnym stopniu zadowolona z tego, że starszy brat niemalże zmusił mnie do podpisu umowy. Powtarzał jak mantrę, że w końcu wyswobodzę się od rodziców i w końcu przestaną gadać, a przecież tego właśnie chce. Tylko, że on nie domyślił się, że wolałabym sama zapracować sobie na swój sukces, a nie zaczynać od tego, że cokolwiek mi załatwi i to od razu z grubej rury, na co jako młoda pani magister chyba nie byłam gotowa. Swoje pięć groszy dołożyła też mama, która dolewała oliwy do ognia mówiąc, że stchórzę. Ja stchórzę? Ja? To patrz. Potrzymaj mi piwo. I tak to się wszystko zaczęło. 


*

Kiedy z mapą Google i internetem LTE w telefonie szukałam spalskiego monopolowego, co by kupić czerwone wino i odstresować się przed snem na przystanku pojawił się hmmm... Gdyby nie to, że przyjechał właśnie na przystanek nie zgadłabym, że to autobus. Niepewnie wniosłam swoje rzeczy narażając się na spojrzenia pasażerów i kiedy dostałam swój bilet, kierowca wydając resztę poinformował mnie o bardzo znaczącym wydarzeniu jakie zaistniało chwilę wcześniej.
- Ma pani na włosach ptasią kupę.
- A pan niech lepiej pilnuje, żeby ten turbomobil nie rozkraczył się za 5 metrów. - wybuchnęłam i spoczęłam na pierwszym lepszym siedzeniu. Wyciągnęłam ponownie telefon. Dwudziesta zero sześć. Czyżby kupa na moich włosach miała być prorocza i wołała do mnie 'Wracaj do Krakowa!' ? A kij ci w oko spalski kierowco. Zaczęłam więc obserwować trasę. Trzy przystanki dalej, pięć piosenek później zatrzymałam się przed ogromnym czymś i nie do końca byłam pewna, czy to właśnie tu mam egzystować w najbliższej przyszłości. Moje wątpliwości rozwiał wychodzący z wielkich szklanych drzwi równie wielki człowiek, ale całe szczęście mnie nie zauważył. Przemknęłam za jego plecami w stronę recepcji i z ciekawości odwróciłam się za niezidentyfikowanym osobnikiem. Nagle coś pieprznęło w moją głowę. Mało powiedziane. Ktoś we mnie po prostu pierdolnął całym swoim ciałem.
- Patrz pod nogi, dziewczynko. - popatrzył na mnie boski Alvaro, Christiano Ronaldo polskiej siatkówki, niejaki ZB9.
- Mała poprawka, chłopczyku. To ty patrz pod nogi i zejdź mi z oczu, bo jestem zła. Nie widzisz?
- Nie.
- Mam powtórzyć?
- Tak.
- Innymi słowy goń się leszczu.
- Jak ta nowa babka z naszego sztabu będzie taka, jak ty, to chyba się zastrzelę.
- Więc poproś ją o pistolet.
- Sama sobie ją poproś. - oburzył się jak małe dziecko.
- Musiałabym być porąbana, żeby gadać sama do siebie.
- To ty?! To ty będziesz tą nową menadżerką?
- A czy widzisz tu jakąś inną kobietę? Miałeś się zastrzelić, więc chętnie popatrzę.
- Koniec świata! Słyszysz do Grzechu? - zwrócił się w stronę przechodzącego obok Łomacza, którego znałam dzięki mojemu bratu.
- Madzialenka! Madzieńko, dziecko drogie, ile ci zapłacili?
- Jeszcze nic, ale jak mnie Bartman wkurwi więcej niż trzy razy to podam go o alimenty. Oj. Dwa razy, bo już wyczerpał jedną szansę.
- Idę stąd. Bo mnie szlag jasny trafi.
- Adijos, Frajeros!
I sobie Bartman poszedł. Machając na odchodne.
- Spoko. - odezwał się jakiś męski bas za moimi plecami. - Bartman jest do zniesienia.
- Ta. Chyba jak śpi.
- Wszyscy jesteśmy spoko. - skwitował, i pomimo wielkiej brody zobaczyłam widniejący na jego twarzy uśmiech. Marcin M. Wielki człowiek z wielką brodą.
Bilans dnia dzisiejszego wyglądał beznadziejnie. Dwudziesta pierwsza. W hotelu jest narazie cały sztab szkoleniowy z wyjątkiem Wołkowyckiego i tylko trzech zawodników, z czego jeden jest normalny, drugi zjebany, a trzeci to Łomacz, czyli bez komentarza.
- Kubuś, Rudasku ty! - dobiegło łomaczowe wołanie, a ze srebrnej taksówki wysiadł chyba Jarosz, chociaż ciężko stwierdzić, czy to on bo w nocy rudego nie widać. W dodatku pokój miałam na pierwszym piętrze.
- Jest już ta Magda? zapytał konspiracyjnie swojego kolegi, na co ten przytaknął mu kiwając głową.
- Jest i już ją Bartman wkurwił.
- Zbyś? Przecież Zbyś jest człowiekiem totalnie bezkonfliktowym. Jak to możliwe?
- Jutro jej spytasz.
- Mam się bać?
- Stary, gdybym powiedział, że nie, to trochę bym skłamał.
No, jak już mówiłam Łomacz jest zjebem, ale zrobił mi szacun u Jarosza. To się ceni. Pozostaje tylko pytanie, co czeka mnie jutro.

*

Ostatni dzień, kiedy mogę sobie pospać dłużej, czyli tak, jak lubię najbardziej. Plusem spalskiego pokoju było ogromne, dłuuuugie, przewygodne łóżko. Jedenasta była więc doskonałą porą, aby wstać, ogarnąć się, co nie co pomalować i wyjść w poszukiwaniu moich, o zgrozo, podopiecznych. Ostatni raz wyciągając się na wszystkie strony opuściłam pokój ślizgając się na kolorowym pisemku. Moje pośladki przeżyły zderzenie z podłogą, ale ten, kto zostawił tę gazetę akurat pod tymi drzwiami ma ostro przerąbane. Wstałam, wzięłam do ręki tego zasranego Playboya i zbiegłam na taras, gdzie siedziało ich dziesięciu. A wśród nich winowajca Bartosz K., bo po jego minie widać było, że o mały włos nie porobił się w majtki.
- A bo ja właśnie tego szukałem. Wypadło mi jak szedłem z bagażami do pokoju. - powiedział mimo wszystko spokojnie, ale ja za to już taka spokojna nie byłam. 
- W takim razie twoja strata. Gazetkę rekwiruję.
- Nie, proszę! Przecież to przed przypadek!
- Przypadek to ty masz na imię. Teraz będziesz musiał wykupić fanta. Ha! Zła ja!
- Chyba śnisz!
- Chyba nie. Masz dwie godziny, bo inaczej zaniosę to do wychodka podwórkowego parę ulic dalej, co by Kargul z Pawlakiem mogli zaczerpnąć pornografii przy załatwianiu potrzeby.
- Nie zrobisz tego.
- Wykupisz fanta, wtedy pogadamy.
Ekipa zaniosła się śmiechem, Bartman wyśmiał Kurka, a Grzesiek powtarzał tylko: ''A nie mówiłem?''. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że ta mała wojenka pomiędzy mną a Bartoszem to żart. Ta z Bartmanem też.
- HEJ SPAŁA, HEJ SPAŁA, WIOSKA NIEMAŁA. ZROBI ZE MNIE SIATKARZA IDEAAŁAAA!!!
- O.Krzysiu przyjechał. - podsumował wywody Możdżon i ruszył w stronę kolegi, aby się przywitać.
- Ja cie nie mogę. A gdzie to takie ładne dziewczyny chowają?
- Po uju fest. - dopowiedział to słów Ignaczaka Zbigniew.
- Jak ci się nie podobam to zachowaj to dla siebie.
- Uuuuu, ostro siostro. - Ignaczak był pełen entuzjazmu i już od początku wiedziałam, że go polubię.
- Czy kogoś jeszcze nie ma na tym chwalebnym tarasie? - zapytałam, a wszyscy się po sobie popatrzyli i jednogłośnie odpowiedzieli:
- Dzik.
- Dzik jest wielki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły. - usłyszeliśmy z parkingu.
- O wilku mowa.
- Chyba o dziku. Kubiak. Michał. - wyciągnął rękę w moją stronę.
- Magda.
- Mój przyjaciel Zbigniew jeszcze się do ciebie nie dobierał? On lubi brunetki.
- Kijem bym jej nie dotknął. - oburzył się Bartman.
- Najpierw trzeba mieć ten kij, buraku.
Ekipa znowu zaczęła się śmiać. Byli tacy... Nieskrępowani swoją obecnością. Wszystko obracali w żart. A przynajmniej tacy zdawali się być.
- To z kim mieszkam? - zapytał Kubiak a ja wyciągnęłam czarny skórzany notes, z którego wystawała zgięta kartka i nałożyłam na nos okulary.
- Ze Zbyszkiem w dziewiątce. - odrzekłam wzdychając przy tym głośno. - Współczuję ci. Ale pokoje rozdzielał Pan Andrzej, którego jeszcze nie miałam okazji poznać.
- Eh. Zawsze z nim mieszkam. - ściszył głos i udał załamanego.


*

- Mam dla ciebie zadanie bojowe na dobry początek naszej współpracy. Musisz wysłać przelew na ten adres, a następnie usiąść i solidnie przeszukać loty z Warszawy do Kanady. Wszystkie linie. Spisz to gdzieś i daj znać, jak skończysz. Weź sobie laptopa na salę.
Już sobie szłam spokojnie w stronę pierwszego rzędu na trybunach, a tu nagle Andrea pociągnął mnie za sobą i ustawił tuż przed całą zgrają. Poseplenił trochę po włosku i wszyscy zaczęli bić brawo. Nie wiedziałam dlaczego, ale mój brat pojawił się w odpowiednim momencie (jak nigdy) i powiedział mi na ucho półgłosem, że powinnam powiedzieć coś w stylu ''dzień dobry'', chociaż do Bartmana i Kurka to bym nawet ''Pocałuj się w dupę'' nie powiedziała. Ukłoniłam się grzecznie, dostałam Brawa (dlaczego Bartman krzyczy ''brawo''?!) i wróciłam do swoich obowiązków. Ogarnęła wszystkie Loty, Lufthansy i inne latające straszydła, bo przecież panicznie boję się latać i zamknęłam laptopa.
- Oni zawsze tacy...
- Jacy? - mój szef spoglądał na mnie pytająco, ale chyba domyślił się, o co mi chodzi. - Uśmiechnięci? Zawsze. Fajne z nich chłopaki. Nigdy nie czuje się tej różnicy, że ktoś ma trzystu meczowe doświadczenie, a ktoś nie ma nawet dziesięciu. Z resztą zobaczysz.


*

Żeby mi ktoś, kurwa mać, zapłacił sto tysięcy dolarów, a później kazał myśleć, dlaczego przy talerzu z żurkiem , który niewątpliwie należy do Winiarskiego stoi boom box, to w życiu bym nie zgadła. Małe, czarne, jeszcze na szczęście nie grające coś ani trochę nie krępowało Michała i w spokoju spożywał swój posiłek.
- Czy mogę zdjąć ten przedmiot z tego stolika? Chciałabym tu usiąść.
- Gierary hir! Moje grajło!!!
- No bierz tą kurwa kurę!
- E, chłopaki. Jest nasza. Ona zna forfitera!
- Od dzisiaj jesteś Szwagier.
- A ty Szwagier.
- Eeeeeee...
- To jesteśmy szwagry.
- Stoi.
- Jest pięknie.
- It's beautiful!
- Oto nowa twarz w kadrze. Magdalenka, przywitaj się z widzami. - wiedziałam. No ja po prostu kurwa wiedziałam, że jeszcze chwila, a Ignaczak wyleci jak Filip z Konopii i przedstawi mnie światu.
- Dobrze, że się pomalowałam. - palnęłam odruchowo, na co Bartman tylko się uśmiechnął i już miał coś powiedzieć, ale położyłam na ustach palec i jednym, krótkim 'Ciiii' kazałam mu milczeć. Zawsze miałam kompleks, że jestem mało fotogeniczna, a w kamerze wyglądam grubiej o jakieś dziesięć kilo. Poza tym, jak głupio jest słuchać później siebie w kamerze! Głos jakby z piwnicy, mina jak srający kot na pustyni i jeszcze wesołe towarzystwo w tle.
- To nasza nowa pani kierowniczka. Chcesz kogoś pozdrowić?
- Nie. Albo tak. Chcę pozdrowić Krzysztofa I. i przekazać mu, że będzie płacił mi za udostępnienie wizerunku.
- Ej, Magda! Tak się nie umawialiśmy!
- Własnie to zrobiliśmy. Idę po kawę. Zostawiłam przy okienku.
Mojej kawy niestety nie było. Pozostało tylko pytanie, kto mógł ją wziąć, skoro przy wejściu na śniadanie powiedziałam, że należy do mnie. Rozglądnęłam się po stołówce. Bartman żarł musli, Kubiak z Pitem szynkę z keczupem, Łomacz parzył zbożową Inkę a Kurek... Właśnie. Kurka nie było. Spierdolił. Niczym strzała wybiegłam ze stołówki i znalazłam zgubę na schodach.
- Masz może jakiś problem?
- Mam. Zajebałeś mi kawę.
- A ty mojego Playboya.
- To co innego. Ja się na nim przewróciłam.
- Playboy za kawę.
- Oddawaj.Ten.Kubek.
- Playboy za kawę albo każdy kolejny kubek ze stołówki ci zabiorę.
- Dobra. Chodź. - zabrałam przeszczepa do swojego pokoju i wzięłam do ręki kolorowe, erotyczne pisemko.
-Ty chwytasz kubek, ja gazetę i równocześnie puszczamy. Wtedy każdy będzie trzymał tylko to, co jego.
- Długo nad tym myślałeś?
- Od kiedy zobaczyłem cię na schodach aż do teraz.
- Mistrz.Po prostu mistrz. IQ większe niż Doda.
- Dobra. Trzy, Czte-Ry.
No i masz. Kurek zgniótł kubek z kawą wprost na mój niebieski t-shirt.
- O nie.
- O nie to powiedziała twoja mama jak zobaczyła cie po porodzie.
- Poczekaj, spróbuję to wytrzeć.
- Nie dotykaj moich cycek!
- Ale dlaczego? - poruszył brwiami.
- Wypieprzaj stąd! Ale już!
- Ale...
- Ale ja nie będę się powtarzać! -tyle go widzieli. Zwiał. A w radiu akurat leciało kilerowe "I CO JA ROBIĘ TU? CO TY TUTAJ ROBISZ?''




*


hahahah chce mi sie smiac z tego rozdzialu XD 



Komentarze

Repugnance pisze…
Czemu mnie nie dziwi, że oni tacy są XD
VE. pisze…
Boże to jest piękne XD chcę więcej!
VE. pisze…
Zapraszam na blog z krótkimi siatkarskimi historiami: siatury.blogspot.com ;)

Popularne posty z tego bloga

#7 To ty nic nie wiesz?!

#13 Ona kazała mi wybierać.