#2 Wspaniały skrót, doktorze.
- Dasz wiarę, że moja siostra umówiła się z Zibim? - przybiegł do mnie zmartwiony Jarosz, aż zgasiłam cygara. Cóż. Gdyby nie był Bartmanem, to sama bym się z nim umówiła,więc przemilczałam tę kwestię.
- Mówiłem ci stary, że ze mną każdy przegrywa zakłady. - prężył się zwycięzca. - Zobaczysz, pogadam z nią już w Katowicach, na turnieju. Będzie moja.
- Kuba, jak cie lubię, tak nie zapraszaj siostry.
- Ale jeżeli ją skrzywdzisz to ... - Jarosz nie dokończył tylko wystawił pięści i już prawie Bartman dostał z prawego sierpowego między oczy, ale zatrzymałam agresora.
- A wy nie powinniście iść na obiad?
- Już idziemy, ale jeszcze jedna formalność. - Zbigniew wyciągnął dłoń i uniósł oczy ku górze gwiżdżąc. Jarosz natomiast pogrzebał w kieszeni swoich dresów i z wypisaną na twarzy złością dał Bartmanowi stówę.
- No nie. - zaśmiałam się i złapałam pod boki. - Nie do wiary Kubuś, że ta przyjemność kosztowała cię jednego zielonego.
- Dałbym sobie rękę uciąć, że ona na niego nie poleci.
- To byś kurwa nie miał ręki dziś. A ty...- zwróciłam się do Bartmana. - Życzę ci, żeby ktoś cie kiedyś zranił.
- Vice-kurwa-versa. - wysyczał Zbyszek, na co się uśmiechnęłam.
- No już, już, dosyć tej miłości. Obiad, młodzieży! - zawołał Guma, a kiedy obok niego przechodziłam szepnęłam dziękczynne słowa, bo wybawił mnie od rozmowy z tym czubkiem. Zadowolona, pewnym krokiem ruszyłam przed siebie i nie przerażało mnie nic. Żyję sobie już szósty dzień wśród siatkarskiej bandy, moje pociski słowne na Bartmana są niewyczerpane, Wołkowycki jest ze mnie zadowolony, a przynajmniej tak mi powiedział, kiedy poprzedniego wieczoru piłam z nim kawę i wszystko jest cudownie i świetnie i najlepiej i ...
- Rodzice przyjadą na turniej w Katowicach!
No i chuj bombki strzelił, choinki nie będzie.
Zatrzymałam się, z ręki wypadły mi klucze i telefon. Dobry humor poszedł się paść i nawet na słowa Bartmana: ''Twój ekran jest pęknięty'' nie potrafiłam się odgryźć. Co za ironia losu. A już się cieszyłam, że chociaż w pracy będę mieć z nimi spokój.
- Super. - wysiliłam się na jedno miłe słowo w stronę Rafała zabierając jednocześnie swój zniszczony telefon z rąk Bartmana.
- Zaprosiłem ich, pomyślałem, że z Wrocławia do Katowic całkiem niedaleko i...
- Zawsze byłeś wspaniałomyślny.
- Mówili, że chcą cię zobaczyć, więc...
- Z pewnością.
- Oj, Magda. Uśmiechnij się chociaż.
- O! Popatrz jak się uśmiecham! - skrzywiłam usta, a przypatrujący się wszystkiemu z zaciekawieniem Winiarski ryknął śmiechem zwracając uwagę Andrei. Odstawiliśmy z Rafałem rodzinną szopkę, która być może do tych największych nie należała, ale z pewnością była tą z rodzaju wzięcia popcornu i wygodnego usadowienia się na kanapie. Nie żebym się jakoś bardziej przejęła czy coś, ale Rafał mało nie porobił się w majtki. Właściwie to nie wiem dlaczego, ale tak właśnie wyglądał. Był nawet blady i jego wieczne rumieńce na policzkach zgasły. Może uświadomił sobie, że ten temat jest za ciężki na takie okoliczności, jakimi są stołówka, drużyna siatkarzy, sztab szkoleniowy i dziennikarz. I wcale nie mówię tu o Ignaczaku. Moim postanowieniem było więc szybkie skonsumowanie makaronu ze serem, popicie go kompotem, pech chciał, że niskoprocentowym i pójście na spacer po spalskim podwórku. Plan idealny.
O mały włos na zewnątrz wyszłabym sama, jednak mamuty wszystkiego dopilnowały.
- Chyba nie masz zbyt dobrych stosunków ze swoim bratem. Mam rację? - zostałam dorwana przez Kosę i Kurasia.
- Hej, jesteśmy drużyną, nam możesz powiedzieć.
- Ogólnie, to stosunki z bratem mam całkiem niezłe. Po prostu staramy się zachowywać profesjonalnie. Stąd to chłodne podejście.
- Okej, ale wy się traktujecie jak powietrze już prawie tydzień. To nazywasz profesjonalnym zachowaniem? Poza tym, dzisiaj ewidentnie zlałaś go zimnym moczem. - trzymał się swego Kurek, a Kosok tylko mu przytakiwał.
- Bartek, daj żyć.
- Bo zapytam Rafała, a z nim się raczej nie dogadam. Za mało mówi. Macie ze sobą kosę?
- Ej. - oburzył się Grzesiek.
- Matko, Magda! Jaka ty jesteś uparta! No mówże! Bo mnie zabiją, że nic od ciebie nie wyciągnąłem!
A więc Bartosza przysłali, a Grześ na doczepkę. No pięknie.
- Da radę wszystkich zebrać do mojego pokoju? - skapitulowałam.
- A po co? Przecież za piętnaście minut wszyscy zejdą się do szatni. Winiar wszystko zorganizował.
- Ale serio nie ma o czym mówić.
Kurek niemalże siłą zaciągnął mnie do szatni, zamknął ją na klucz i kazał Jaroszowi stanąć przy drzwiach ''na bramce'', co by w porę dał znać nieproszonemu gościowi, że w środku odbywa się ważne posiedzenie.
- Te, Madzia. - zaczął Igła.
- Magda. Ona nie lubi inaczej. - przerwał mu Rucek.
- Czekaliśmy tydzień aż coś nam o sobie powiesz i nic. Więc chyba nadszedł czas...
- Ale przecież wam dużo powiedziałam!
- Czemu nie lubisz swojego brata? - wypalił Winiarski i już wiedziałam, że nie mam z nim szans.
- Lubię. Kocham. I naprawdę jest dla mnie ważny. Ale potrafimy te cieplejsze stosunki utrzymywać tylko na odległość. Telefonicznie, internetowo albo wtedy, jak jestem poza domem i do mnie przyjeżdża.
- A w domu? W domu to już nie rozmawiacie? - zapytał ktoś z tłumu.
- Rzadziej. - moja lakoniczna odpowiedź tylko pogorszyła sprawę.
- Magda, kurwa, mów! - zirytował się Bartman, z którym od tygodnia drę koty.
- Powiem najkrócej jak się da. Prowadziłam w domu osobne życie, moi rodzice pewnie mnie kochają, ale trochę mi tego nie okazują. Ja byłam najgorsza, Rafał najlepszy i tyle. Poza tym moje plany i zainteresowania nigdy nie odpowiadały zamiarom rodziców. No i w zasadzie tyle. Co tu dużo mówić?
- Widać po Rafale, że jest taki wycacany.
- Wycacany?
- No, u mnie w domu się tak mówi. - wzruszył ramionami Pit.
- Wiecie. - kontynuowałam jednak. - Rafał miał najlepszych znajomych, moi znajomi byli społecznym marginesem bez przyszłości, gdzie to wcale nie była prawda. Uczyłam się średnio, miałam trochę problemów z nauką i nigdy mi nie pomogli, tylko mówili Rafałowi: ''Pokaż siostrze, niech bierze z ciebie przykład.'' Buntowałam się. Uciekałam z domu, pieniądze na prywatne lekcje składałam do skarbonki i wyjeżdżałam na wakacje. Ogólnie, byłam ... Skurwysynem.
- Jesteś. - no przecież Bartman by nie wytrzymał, prawda?
- Mam taki charakter, że jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie. No i od kiedy pamiętam nasze relacje takie są. Ale to oni zaczęli. Rafał to wie, mówi mi za każdym razem, że nie rozumie dlaczego rodzice się na mnie uwzięli, ale i tak przy nich wycofuje się i albo siedzi cicho, albo mówi, żeby dać mu spokój. W sumie to nie wiem czy mam mu wierzyć, ale nie zagłębiam się w to, tylko robię swoje.
- To ciota z niego.
- Potwierdzam, Krzysiu, ale Rafał jest moim bratem i bądź co bądź, ale jest najnormalniejszy. Nigdy mi nie powiedział, że skoro nie mam inteligencji to może urodą nadrobię, albo że mam się nie odzywać przy znajomych, żeby nie powiedzieć niczego głupiego. W przeciwieństwie do rodziców. Zawsze gdzieś tam był, chociaż mógł się czuć lepszy ode mnie, na przykład dlatego, że rodzice dali mu pieniądze na głupie prawo jazdy, kursy mecyczne i założenie przychodni. Był z przodu. Ja na prawko nie dostałam, zarobiłam na truskawkach w Niemczech i dopiero wtedy zapisałam się na kurs. A z tymi truskawkami to też było... Matka rzucała po podłodze talerzami, że wstyd przed rodziną zrobiłam, bo wyjechałam paciać się w owocach za marne pieniądze. Ale jak już wspomniałam wcześniej, ja robiłam swoje i zawsze na przekór im. Może gdybym się podporządkowała, byłabym super. Nie wiem.
- To trzeba było od razu pierdolnąć z grubej rury, że masz beznadziejnych starszych i cymbała a nie brata. - Guma zabrał głos.
- A po co mi litość?
- To nie jest kwestia litości, tylko kwestia szczerości. Poza tym, skoro masz to wszystko głęboko w poważaniu, to chyba nie mamy się nad czym litować? - zapytał Winiar.
Mieli rację. W sumie czego ja się spodziewałam po dorosłych facetach? Jacy są tacy są. Popierdoleni, zapominają wszystkiego, czego tylko można zapomnieć, ale na jakimś tam życiu się znają. Nawet ten przygłupi Bartman.
- Może utopimy twojego brata w Niagarze? - podsunął pomysł Bartosz Idiota Kurek, ale uderzyłam się otwartą dłonią w czoło i już zaczaił w tej swojej łepetynie, że jego pomysł nada się co najwyżej do dupy.
- W Niagarze przydałoby się utopić ciebie. - westchnęłam.
- Jesteś niemiła. - odparł Bartosz.
- I nadal nie odpowiedziałaś, dlaczego nie rozmawiasz ze swoim bratem tutaj, w Spale.
- Winiarski! Nie wiem! Kurwa mać!
- Niemiła i uprzedzona.
- Skończ swoje wywody, Kurwek! I jeszcze jedno. Nie próbujcie mnie z nikim godzić. Jak mamy się z Rafałem dotrzeć, to zrobimy to bez niczyjej pomocy. A teraz na trening, poszli!
- Ale trening za dwie godziny. - rzucił ktoś z tłumu, a ja wyminęłam 'ochroniarza' Jarosza i powiedziałam przez ramię, aby się wypchali.
Wypadało mi w końcu pójść do swoich obowiązków. A miałam ich sporo. Musiałam zawieść dokumenty do Warszawy jeszcze dzisiaj, wrócić do Spały, zrobić rezerwację na lot do Kanady, w międzyczasie się wysikać, wsiąść do auta z powrotem i ruszyć na Łódź, bo doktorek Sokal wybył w bardzo ważnej sprawie i co by z nudów po Manufakturze nie śmigał, ktoś musi go przywieźć. A co będzie robić Andrzej? Siedzieć i zawijać w sreberka?! Przebrałam się w normalne ciuchy, przeprałam reprezentacyjne wdzianko, wywiesiłam na suszarce w stołówce na dole, żeby szybciej wyschło i zameldowałam trenerowi, że znikam. W rytmach moich ulubionych zespołów ruszyłam na szturm do Warszawki co zajęło mi jakieś półtorej godziny. W sekretariacie związku złożyłam dokumenty, przy okazji dostałam info, że przelew na konto, z którego mam robić rezerwację za bilety został złożony i na słowach: '' To wszystko '' o mało nie zdębiałam. Przejechałam pierdolone ponad sto kilometrów, żeby dać stertę dokumentów, a w zamian dostać jedno zdanie i dwa słowa. Wolałabym już, żeby ktoś po prostu kopnął mnie w dupę. Ale cóż. Przełknęłam to i na osłodę postanowiłam pochodzić sobie po warszawskim Śródmieściu, co by zdenerwowana do nieswojego samochodu nie wsiadać. Zjadłam hamburgera i podwójną porcję frytek w McDonaldzie, po czym zamówiłam jeszcze dwie kawy na wynos. Wsiadłam do auta i w miejsca przeznaczone na kubki i butelki umieściłam swoje dwa zakupy.
- Pikawa ci Madzieńko stanie. - powiedziałam sama do siebie i wjeżdżając na pierwsze lepsze skrzyżowanie uświadomiłam sobie, że wyjazd ze Stolicy będzie trwał co najmniej godzinę.
- Aaaaale masz wielkie oczy. Jakbyś się dowiedziała, że Bartman jest gejem- Piotrek Nowakowski to kochany chłopak, mówiłam już?
- Fuj. Co ty robisz na parkingu? Przecież macie trening. A. I wypiłam dwie kawy.
- Andrea wkurwił się na przyjmujących i kazał im zostać indywidualnie na piętnaście minut. Reszta siedzi w korytarzu albo spaceruje pod ośrodkiem. A ty dlaczego jeździsz autem kierownika?
- Bo ja też jestem kierownikiem?
- A tak na poważnie?
- Z Warszawy wracam. A czeka mnie jeszcze rezerwacja biletów na tą zasraną Kanadę z wami i wyjazd do Łodzi. Piotrek! Hej! Czy ty widzisz jak ja się poświęcam, żeby wam było dobrze? Uch. - zawyłam jak wilk do księżyca, a mój rozmówca popatrzył na mnie złowieszczym wzrokiem i nachylił się.
- Powiedz proszę, że lecimy z przesiadką.
- To się okaże. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale chyba wiedziałam do czego zmierza Cichy.
- Powiedz o tym Kurkowi przy kolacji, a gwarantuje ci, że nie dokończy swojego posiłku.
- Mmmm. Mówisz? - zaintrygował mnie ten plan.
- Chciałam wszem i wobec ogłosić, że do Kanady lecimy jak zapewne domyślacie się z warszawskiego Okęcia, bilety dostaniecie przed odprawą bagażową, co by Winiarski nie zapomniał niczego. A. I bez przesiadek. Niestety.
- Ha. Ha. Ha.
- Jedz. Masz ładne oczy. Oj, Bartuś, a tobie co się stało?
Cała sala ryknęła śmiechem łącznie z Andreą, bo Bartek upuścił na spodnie kanapkę keczupem do dołu. Dobra, lepsze to niż pęknięty ekran w telefonie, ale i tak było śmiesznie.
- Bartosz, nie przeżywaj, co myślałeś, że będziemy rowerami do Kanady jechać? - zapytał biedaka Wołkowycki, a ja od razu przybiłam mu piąteczkę.
- Czuję, że się rozumiemy. - uniosłam w górę kciuk, a Bartek nadal miał posępną minę. Cóż. Dobrze, że chłopcy jeszcze nie wiedzą, że ja też mam paniczny lęk przed lataniem. - A teraz przepraszam, ale muszę was zostawić. Bo wam doktora Łódź pochłonie.
- Jedziesz do Łodzi? W nocy? Sama?
- A co, mam jechać z tobą, żebyś mnie zgwałcił?
- Już ci przecież mówiłem, że kijem bym cię nie dotknął.
- Ja też ci mówiłam, że nie masz kija. - po tych słowach wstałam i puściłam wszystkim całusa. - To ciumeczki i grzecznie do spanka! Bo zadzwonię do trenera i sprawdzę.
- Dobrze, mamusiu. - stanął na baczność Winiarski po chwili machając mi obiema rękami.
Nie pozostało mi nic innego jak kierować się na Łódź. Umieściłam rozbity telefon na uchwycie i z piskiem opon ruszyłam w stronę Łodzi. W końcu to tylko sześćdziesiąt kilometrów. Jechałam prędkością dostosowaną do warunków na drodze, a ciemno było jak w dupie. Na szczęście za godzinę i dwadzieścia minut dojechałam do celu.
- Halo? Doktorze? Wjechałam do Łodzi. Gdzie mam się kierować?
Jedyne co zdążyłam usłyszeć, to nazwa szpitala, bo mój telefon zrobił mi psikusa drugiego już dzisiaj i wyładował się. Dobrze, że udało mi się zgarnąć doktora z parkingu i nawet się nie przywitał, tylko do razu zapytał:
- Masz ładowarkę samochodową? Telefon mi padł.
No to mamy przejebane.
- Wiesz co? Pokażę ci skrót, którego nie czyta GPS.
- Panie Janku, skróty się kończą źle.
- Zawsze nim jeżdżę i jeszcze nic się nie stało. W sumie to całkiem spory ruch tam jest, każdy szuka dogodnej trasy. Skręć w prawo.
Posłusznie wykonałam manewr, ale ruchu jakoś nie widziałam. Było za to ciemno, drogi były dziurawe a rowy wielkie jak nos Ruciaka. W pewnym momencie z samochodem Wołkowyckiego zaczęło dziać się coś dziwnego. Silnik przestał pracować, a wskazówka licznika prędkości opadła. Na pokładowym komputerze wyświetliła się ikonka akumulatora, kierownice zablokowało a hamulec nożny chodził ciężej niż zwykle. Pociągnęłam więc za hamulec ręczny święcąc wcześniej światłami na najbliższe pobocze. Zapanowała cisza. Doktor nabrał powietrza w płuca i odrzekł całkiem spokojnie, że za chwilę na pewno ktoś się zatrzyma i nam pomoże. Prawie w to uwierzyłam, gdyby nie to, że była noc i nie wiem jak inni kierowcy ale ja nie zatrzymałabym się przy aucie stojącym na poboczu. Oczywiście nie mówię o wypadku. W przeciwnym razie bałabym się, że to jakaś podpucha i coś mi się stanie. Wyszliśmy więc na zewnątrz spróbować swoich sił z nadzieją, że ktoś będzie mniej ostrożny jak ja i pomoże nam naprawić alternator czy inny tam akumulator. Machałam rękami jak idiotka, a doktorek krzyczał SOS. Bezskutecznie. Była północ, minęło dwie godziny, przejechało jakieś dziesięć aut i nikt się nie zatrzymał. Ponadto zaczął padać deszcz, my nie mieliśmy żadnego wierzchniego okrycia, a przecież siedzenie w aucie było bez sensu, skoro może akurat ktoś w końcu pojawi się na horyzoncie.
- Wspaniały skrót, doktorze. Wspaniały. - telepałam się z zimna i przemoczenia, a doktor uśmiechnął się pod nosem.
- Trudno, prześpimy się w aucie.
- Doktor chyba zwariował! Jak ktoś wyjdzie z tego lasu, to nas zarżnie i będzie! Nie ma opcji. Ja tu zostaję. Mam jakąś linę i nóż. Leżały na tylnej kanapie.
Z daleka zauważyliśmy jadący samochód i od razu ruszyliśmy tyłki z maski, na której siedzieliśmy. Auto zwolniło, zamrugało światłami i zatrzymało się obok nas na światłach awaryjnych.
- Zbyszek! No przecież! Jechał ze mną kilka razy tym skrótem! - wykrzyczał Sokal.
- Telefony wyłączone, Magdy brak, doktora brak, więc ktoś musiał jechać. I oto jestem. Z polecenia trenera, bo powiedziałem, że znam ulubioną trasę doktora. Jutro ktoś wróci po auto, bo nie ma jak was podładować... Zostawiłem w Warszawie cały sprzęt.
- Widzisz Madzia, mówiłem, że w końcu ktoś się zatrzyma.
- No... A z resztą nieważne. - zawiesiłam głos, bo było mi tak zimno, że nie miałam już siły nic mówić. Początek maja, w nocy dziesięć stopni, a w tym wszystkim ja w krótkich spodenkach i jeszcze uboższej o materiał koszulce.
- Chcesz bluzę? - wystawiłam na Bartmana zalane tuszem oczy, bo nie wierzyłam, że w ogóle o to zapytał. Przecież on nie może być dla mnie miły.
- A dasz mi? - zapytałam więc nieśmiało, bo wydawała mi się nierealna pomoc Bartmana patrząc na to, w jakich stosunkach się znajdujemy. On zaś wzruszył ramionami i oddał swoje okrycie, pomagając mi je założyć. Padnięta usiadłam z przodu i oparłam głowę o szybę. Panowie wykonali telefon do ośrodka, że żyjemy i nic nam nie jest, a radość Andrei była tak wielka, że słyszałam jak kamień z jego serca upadł na ziemię.
- To jedziemy. - powiedział siedzący z tyłu Doktor Skrót Sokal.
***
http://zimne-serca.blogspot.com/
lada chwila pojawi się coś i tutaj
w bohaterach nowy gif
- Mówiłem ci stary, że ze mną każdy przegrywa zakłady. - prężył się zwycięzca. - Zobaczysz, pogadam z nią już w Katowicach, na turnieju. Będzie moja.
- Kuba, jak cie lubię, tak nie zapraszaj siostry.
- Ale jeżeli ją skrzywdzisz to ... - Jarosz nie dokończył tylko wystawił pięści i już prawie Bartman dostał z prawego sierpowego między oczy, ale zatrzymałam agresora.
- A wy nie powinniście iść na obiad?
- Już idziemy, ale jeszcze jedna formalność. - Zbigniew wyciągnął dłoń i uniósł oczy ku górze gwiżdżąc. Jarosz natomiast pogrzebał w kieszeni swoich dresów i z wypisaną na twarzy złością dał Bartmanowi stówę.
- No nie. - zaśmiałam się i złapałam pod boki. - Nie do wiary Kubuś, że ta przyjemność kosztowała cię jednego zielonego.
- Dałbym sobie rękę uciąć, że ona na niego nie poleci.
- To byś kurwa nie miał ręki dziś. A ty...- zwróciłam się do Bartmana. - Życzę ci, żeby ktoś cie kiedyś zranił.
- Vice-kurwa-versa. - wysyczał Zbyszek, na co się uśmiechnęłam.
- No już, już, dosyć tej miłości. Obiad, młodzieży! - zawołał Guma, a kiedy obok niego przechodziłam szepnęłam dziękczynne słowa, bo wybawił mnie od rozmowy z tym czubkiem. Zadowolona, pewnym krokiem ruszyłam przed siebie i nie przerażało mnie nic. Żyję sobie już szósty dzień wśród siatkarskiej bandy, moje pociski słowne na Bartmana są niewyczerpane, Wołkowycki jest ze mnie zadowolony, a przynajmniej tak mi powiedział, kiedy poprzedniego wieczoru piłam z nim kawę i wszystko jest cudownie i świetnie i najlepiej i ...
- Rodzice przyjadą na turniej w Katowicach!
No i chuj bombki strzelił, choinki nie będzie.
*
Zatrzymałam się, z ręki wypadły mi klucze i telefon. Dobry humor poszedł się paść i nawet na słowa Bartmana: ''Twój ekran jest pęknięty'' nie potrafiłam się odgryźć. Co za ironia losu. A już się cieszyłam, że chociaż w pracy będę mieć z nimi spokój.
- Super. - wysiliłam się na jedno miłe słowo w stronę Rafała zabierając jednocześnie swój zniszczony telefon z rąk Bartmana.
- Zaprosiłem ich, pomyślałem, że z Wrocławia do Katowic całkiem niedaleko i...
- Zawsze byłeś wspaniałomyślny.
- Mówili, że chcą cię zobaczyć, więc...
- Z pewnością.
- Oj, Magda. Uśmiechnij się chociaż.
- O! Popatrz jak się uśmiecham! - skrzywiłam usta, a przypatrujący się wszystkiemu z zaciekawieniem Winiarski ryknął śmiechem zwracając uwagę Andrei. Odstawiliśmy z Rafałem rodzinną szopkę, która być może do tych największych nie należała, ale z pewnością była tą z rodzaju wzięcia popcornu i wygodnego usadowienia się na kanapie. Nie żebym się jakoś bardziej przejęła czy coś, ale Rafał mało nie porobił się w majtki. Właściwie to nie wiem dlaczego, ale tak właśnie wyglądał. Był nawet blady i jego wieczne rumieńce na policzkach zgasły. Może uświadomił sobie, że ten temat jest za ciężki na takie okoliczności, jakimi są stołówka, drużyna siatkarzy, sztab szkoleniowy i dziennikarz. I wcale nie mówię tu o Ignaczaku. Moim postanowieniem było więc szybkie skonsumowanie makaronu ze serem, popicie go kompotem, pech chciał, że niskoprocentowym i pójście na spacer po spalskim podwórku. Plan idealny.
*
O mały włos na zewnątrz wyszłabym sama, jednak mamuty wszystkiego dopilnowały.
- Chyba nie masz zbyt dobrych stosunków ze swoim bratem. Mam rację? - zostałam dorwana przez Kosę i Kurasia.
- Hej, jesteśmy drużyną, nam możesz powiedzieć.
- Ogólnie, to stosunki z bratem mam całkiem niezłe. Po prostu staramy się zachowywać profesjonalnie. Stąd to chłodne podejście.
- Okej, ale wy się traktujecie jak powietrze już prawie tydzień. To nazywasz profesjonalnym zachowaniem? Poza tym, dzisiaj ewidentnie zlałaś go zimnym moczem. - trzymał się swego Kurek, a Kosok tylko mu przytakiwał.
- Bartek, daj żyć.
- Bo zapytam Rafała, a z nim się raczej nie dogadam. Za mało mówi. Macie ze sobą kosę?
- Ej. - oburzył się Grzesiek.
- Matko, Magda! Jaka ty jesteś uparta! No mówże! Bo mnie zabiją, że nic od ciebie nie wyciągnąłem!
A więc Bartosza przysłali, a Grześ na doczepkę. No pięknie.
- Da radę wszystkich zebrać do mojego pokoju? - skapitulowałam.
- A po co? Przecież za piętnaście minut wszyscy zejdą się do szatni. Winiar wszystko zorganizował.
- Ale serio nie ma o czym mówić.
Kurek niemalże siłą zaciągnął mnie do szatni, zamknął ją na klucz i kazał Jaroszowi stanąć przy drzwiach ''na bramce'', co by w porę dał znać nieproszonemu gościowi, że w środku odbywa się ważne posiedzenie.
- Te, Madzia. - zaczął Igła.
- Magda. Ona nie lubi inaczej. - przerwał mu Rucek.
- Czekaliśmy tydzień aż coś nam o sobie powiesz i nic. Więc chyba nadszedł czas...
- Ale przecież wam dużo powiedziałam!
- Czemu nie lubisz swojego brata? - wypalił Winiarski i już wiedziałam, że nie mam z nim szans.
- Lubię. Kocham. I naprawdę jest dla mnie ważny. Ale potrafimy te cieplejsze stosunki utrzymywać tylko na odległość. Telefonicznie, internetowo albo wtedy, jak jestem poza domem i do mnie przyjeżdża.
- A w domu? W domu to już nie rozmawiacie? - zapytał ktoś z tłumu.
- Rzadziej. - moja lakoniczna odpowiedź tylko pogorszyła sprawę.
- Magda, kurwa, mów! - zirytował się Bartman, z którym od tygodnia drę koty.
- Powiem najkrócej jak się da. Prowadziłam w domu osobne życie, moi rodzice pewnie mnie kochają, ale trochę mi tego nie okazują. Ja byłam najgorsza, Rafał najlepszy i tyle. Poza tym moje plany i zainteresowania nigdy nie odpowiadały zamiarom rodziców. No i w zasadzie tyle. Co tu dużo mówić?
- Widać po Rafale, że jest taki wycacany.
- Wycacany?
- No, u mnie w domu się tak mówi. - wzruszył ramionami Pit.
- Wiecie. - kontynuowałam jednak. - Rafał miał najlepszych znajomych, moi znajomi byli społecznym marginesem bez przyszłości, gdzie to wcale nie była prawda. Uczyłam się średnio, miałam trochę problemów z nauką i nigdy mi nie pomogli, tylko mówili Rafałowi: ''Pokaż siostrze, niech bierze z ciebie przykład.'' Buntowałam się. Uciekałam z domu, pieniądze na prywatne lekcje składałam do skarbonki i wyjeżdżałam na wakacje. Ogólnie, byłam ... Skurwysynem.
- Jesteś. - no przecież Bartman by nie wytrzymał, prawda?
- Mam taki charakter, że jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie. No i od kiedy pamiętam nasze relacje takie są. Ale to oni zaczęli. Rafał to wie, mówi mi za każdym razem, że nie rozumie dlaczego rodzice się na mnie uwzięli, ale i tak przy nich wycofuje się i albo siedzi cicho, albo mówi, żeby dać mu spokój. W sumie to nie wiem czy mam mu wierzyć, ale nie zagłębiam się w to, tylko robię swoje.
- To ciota z niego.
- Potwierdzam, Krzysiu, ale Rafał jest moim bratem i bądź co bądź, ale jest najnormalniejszy. Nigdy mi nie powiedział, że skoro nie mam inteligencji to może urodą nadrobię, albo że mam się nie odzywać przy znajomych, żeby nie powiedzieć niczego głupiego. W przeciwieństwie do rodziców. Zawsze gdzieś tam był, chociaż mógł się czuć lepszy ode mnie, na przykład dlatego, że rodzice dali mu pieniądze na głupie prawo jazdy, kursy mecyczne i założenie przychodni. Był z przodu. Ja na prawko nie dostałam, zarobiłam na truskawkach w Niemczech i dopiero wtedy zapisałam się na kurs. A z tymi truskawkami to też było... Matka rzucała po podłodze talerzami, że wstyd przed rodziną zrobiłam, bo wyjechałam paciać się w owocach za marne pieniądze. Ale jak już wspomniałam wcześniej, ja robiłam swoje i zawsze na przekór im. Może gdybym się podporządkowała, byłabym super. Nie wiem.
- To trzeba było od razu pierdolnąć z grubej rury, że masz beznadziejnych starszych i cymbała a nie brata. - Guma zabrał głos.
- A po co mi litość?
- To nie jest kwestia litości, tylko kwestia szczerości. Poza tym, skoro masz to wszystko głęboko w poważaniu, to chyba nie mamy się nad czym litować? - zapytał Winiar.
Mieli rację. W sumie czego ja się spodziewałam po dorosłych facetach? Jacy są tacy są. Popierdoleni, zapominają wszystkiego, czego tylko można zapomnieć, ale na jakimś tam życiu się znają. Nawet ten przygłupi Bartman.
- Może utopimy twojego brata w Niagarze? - podsunął pomysł Bartosz Idiota Kurek, ale uderzyłam się otwartą dłonią w czoło i już zaczaił w tej swojej łepetynie, że jego pomysł nada się co najwyżej do dupy.
- W Niagarze przydałoby się utopić ciebie. - westchnęłam.
- Jesteś niemiła. - odparł Bartosz.
- I nadal nie odpowiedziałaś, dlaczego nie rozmawiasz ze swoim bratem tutaj, w Spale.
- Winiarski! Nie wiem! Kurwa mać!
- Niemiła i uprzedzona.
- Skończ swoje wywody, Kurwek! I jeszcze jedno. Nie próbujcie mnie z nikim godzić. Jak mamy się z Rafałem dotrzeć, to zrobimy to bez niczyjej pomocy. A teraz na trening, poszli!
- Ale trening za dwie godziny. - rzucił ktoś z tłumu, a ja wyminęłam 'ochroniarza' Jarosza i powiedziałam przez ramię, aby się wypchali.
Wypadało mi w końcu pójść do swoich obowiązków. A miałam ich sporo. Musiałam zawieść dokumenty do Warszawy jeszcze dzisiaj, wrócić do Spały, zrobić rezerwację na lot do Kanady, w międzyczasie się wysikać, wsiąść do auta z powrotem i ruszyć na Łódź, bo doktorek Sokal wybył w bardzo ważnej sprawie i co by z nudów po Manufakturze nie śmigał, ktoś musi go przywieźć. A co będzie robić Andrzej? Siedzieć i zawijać w sreberka?! Przebrałam się w normalne ciuchy, przeprałam reprezentacyjne wdzianko, wywiesiłam na suszarce w stołówce na dole, żeby szybciej wyschło i zameldowałam trenerowi, że znikam. W rytmach moich ulubionych zespołów ruszyłam na szturm do Warszawki co zajęło mi jakieś półtorej godziny. W sekretariacie związku złożyłam dokumenty, przy okazji dostałam info, że przelew na konto, z którego mam robić rezerwację za bilety został złożony i na słowach: '' To wszystko '' o mało nie zdębiałam. Przejechałam pierdolone ponad sto kilometrów, żeby dać stertę dokumentów, a w zamian dostać jedno zdanie i dwa słowa. Wolałabym już, żeby ktoś po prostu kopnął mnie w dupę. Ale cóż. Przełknęłam to i na osłodę postanowiłam pochodzić sobie po warszawskim Śródmieściu, co by zdenerwowana do nieswojego samochodu nie wsiadać. Zjadłam hamburgera i podwójną porcję frytek w McDonaldzie, po czym zamówiłam jeszcze dwie kawy na wynos. Wsiadłam do auta i w miejsca przeznaczone na kubki i butelki umieściłam swoje dwa zakupy.
- Pikawa ci Madzieńko stanie. - powiedziałam sama do siebie i wjeżdżając na pierwsze lepsze skrzyżowanie uświadomiłam sobie, że wyjazd ze Stolicy będzie trwał co najmniej godzinę.
*
- Aaaaale masz wielkie oczy. Jakbyś się dowiedziała, że Bartman jest gejem- Piotrek Nowakowski to kochany chłopak, mówiłam już?
- Fuj. Co ty robisz na parkingu? Przecież macie trening. A. I wypiłam dwie kawy.
- Andrea wkurwił się na przyjmujących i kazał im zostać indywidualnie na piętnaście minut. Reszta siedzi w korytarzu albo spaceruje pod ośrodkiem. A ty dlaczego jeździsz autem kierownika?
- Bo ja też jestem kierownikiem?
- A tak na poważnie?
- Z Warszawy wracam. A czeka mnie jeszcze rezerwacja biletów na tą zasraną Kanadę z wami i wyjazd do Łodzi. Piotrek! Hej! Czy ty widzisz jak ja się poświęcam, żeby wam było dobrze? Uch. - zawyłam jak wilk do księżyca, a mój rozmówca popatrzył na mnie złowieszczym wzrokiem i nachylił się.
- Powiedz proszę, że lecimy z przesiadką.
- To się okaże. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale chyba wiedziałam do czego zmierza Cichy.
- Powiedz o tym Kurkowi przy kolacji, a gwarantuje ci, że nie dokończy swojego posiłku.
- Mmmm. Mówisz? - zaintrygował mnie ten plan.
*
- Ha. Ha. Ha.
- Jedz. Masz ładne oczy. Oj, Bartuś, a tobie co się stało?
Cała sala ryknęła śmiechem łącznie z Andreą, bo Bartek upuścił na spodnie kanapkę keczupem do dołu. Dobra, lepsze to niż pęknięty ekran w telefonie, ale i tak było śmiesznie.
- Bartosz, nie przeżywaj, co myślałeś, że będziemy rowerami do Kanady jechać? - zapytał biedaka Wołkowycki, a ja od razu przybiłam mu piąteczkę.
- Czuję, że się rozumiemy. - uniosłam w górę kciuk, a Bartek nadal miał posępną minę. Cóż. Dobrze, że chłopcy jeszcze nie wiedzą, że ja też mam paniczny lęk przed lataniem. - A teraz przepraszam, ale muszę was zostawić. Bo wam doktora Łódź pochłonie.
- Jedziesz do Łodzi? W nocy? Sama?
- A co, mam jechać z tobą, żebyś mnie zgwałcił?
- Już ci przecież mówiłem, że kijem bym cię nie dotknął.
- Ja też ci mówiłam, że nie masz kija. - po tych słowach wstałam i puściłam wszystkim całusa. - To ciumeczki i grzecznie do spanka! Bo zadzwonię do trenera i sprawdzę.
- Dobrze, mamusiu. - stanął na baczność Winiarski po chwili machając mi obiema rękami.
Nie pozostało mi nic innego jak kierować się na Łódź. Umieściłam rozbity telefon na uchwycie i z piskiem opon ruszyłam w stronę Łodzi. W końcu to tylko sześćdziesiąt kilometrów. Jechałam prędkością dostosowaną do warunków na drodze, a ciemno było jak w dupie. Na szczęście za godzinę i dwadzieścia minut dojechałam do celu.
- Halo? Doktorze? Wjechałam do Łodzi. Gdzie mam się kierować?
Jedyne co zdążyłam usłyszeć, to nazwa szpitala, bo mój telefon zrobił mi psikusa drugiego już dzisiaj i wyładował się. Dobrze, że udało mi się zgarnąć doktora z parkingu i nawet się nie przywitał, tylko do razu zapytał:
- Masz ładowarkę samochodową? Telefon mi padł.
No to mamy przejebane.
- Wiesz co? Pokażę ci skrót, którego nie czyta GPS.
- Panie Janku, skróty się kończą źle.
- Zawsze nim jeżdżę i jeszcze nic się nie stało. W sumie to całkiem spory ruch tam jest, każdy szuka dogodnej trasy. Skręć w prawo.
Posłusznie wykonałam manewr, ale ruchu jakoś nie widziałam. Było za to ciemno, drogi były dziurawe a rowy wielkie jak nos Ruciaka. W pewnym momencie z samochodem Wołkowyckiego zaczęło dziać się coś dziwnego. Silnik przestał pracować, a wskazówka licznika prędkości opadła. Na pokładowym komputerze wyświetliła się ikonka akumulatora, kierownice zablokowało a hamulec nożny chodził ciężej niż zwykle. Pociągnęłam więc za hamulec ręczny święcąc wcześniej światłami na najbliższe pobocze. Zapanowała cisza. Doktor nabrał powietrza w płuca i odrzekł całkiem spokojnie, że za chwilę na pewno ktoś się zatrzyma i nam pomoże. Prawie w to uwierzyłam, gdyby nie to, że była noc i nie wiem jak inni kierowcy ale ja nie zatrzymałabym się przy aucie stojącym na poboczu. Oczywiście nie mówię o wypadku. W przeciwnym razie bałabym się, że to jakaś podpucha i coś mi się stanie. Wyszliśmy więc na zewnątrz spróbować swoich sił z nadzieją, że ktoś będzie mniej ostrożny jak ja i pomoże nam naprawić alternator czy inny tam akumulator. Machałam rękami jak idiotka, a doktorek krzyczał SOS. Bezskutecznie. Była północ, minęło dwie godziny, przejechało jakieś dziesięć aut i nikt się nie zatrzymał. Ponadto zaczął padać deszcz, my nie mieliśmy żadnego wierzchniego okrycia, a przecież siedzenie w aucie było bez sensu, skoro może akurat ktoś w końcu pojawi się na horyzoncie.
- Wspaniały skrót, doktorze. Wspaniały. - telepałam się z zimna i przemoczenia, a doktor uśmiechnął się pod nosem.
- Trudno, prześpimy się w aucie.
- Doktor chyba zwariował! Jak ktoś wyjdzie z tego lasu, to nas zarżnie i będzie! Nie ma opcji. Ja tu zostaję. Mam jakąś linę i nóż. Leżały na tylnej kanapie.
Z daleka zauważyliśmy jadący samochód i od razu ruszyliśmy tyłki z maski, na której siedzieliśmy. Auto zwolniło, zamrugało światłami i zatrzymało się obok nas na światłach awaryjnych.
- Zbyszek! No przecież! Jechał ze mną kilka razy tym skrótem! - wykrzyczał Sokal.
- Telefony wyłączone, Magdy brak, doktora brak, więc ktoś musiał jechać. I oto jestem. Z polecenia trenera, bo powiedziałem, że znam ulubioną trasę doktora. Jutro ktoś wróci po auto, bo nie ma jak was podładować... Zostawiłem w Warszawie cały sprzęt.
- Widzisz Madzia, mówiłem, że w końcu ktoś się zatrzyma.
- No... A z resztą nieważne. - zawiesiłam głos, bo było mi tak zimno, że nie miałam już siły nic mówić. Początek maja, w nocy dziesięć stopni, a w tym wszystkim ja w krótkich spodenkach i jeszcze uboższej o materiał koszulce.
- Chcesz bluzę? - wystawiłam na Bartmana zalane tuszem oczy, bo nie wierzyłam, że w ogóle o to zapytał. Przecież on nie może być dla mnie miły.
- A dasz mi? - zapytałam więc nieśmiało, bo wydawała mi się nierealna pomoc Bartmana patrząc na to, w jakich stosunkach się znajdujemy. On zaś wzruszył ramionami i oddał swoje okrycie, pomagając mi je założyć. Padnięta usiadłam z przodu i oparłam głowę o szybę. Panowie wykonali telefon do ośrodka, że żyjemy i nic nam nie jest, a radość Andrei była tak wielka, że słyszałam jak kamień z jego serca upadł na ziemię.
- To jedziemy. - powiedział siedzący z tyłu Doktor Skrót Sokal.
***
http://zimne-serca.blogspot.com/
lada chwila pojawi się coś i tutaj
w bohaterach nowy gif
Komentarze
Zibuchna rycerz, jak słodko.