#3 Nikt się nie dowie, Magda.

- Na litość Boską, Magda!
- Co ja? - ocknęłam się natychmiast, a przede mną stała cała reprezentacja, sztab na czele z moim krzyczącym bratem. Zaraz, zaraz... Gdzie jest Zbyszek? O kurwa.
- Zbyszek, czy możesz mnie z łaski swojej puścić? - wyszarpałam się prawie uderzając głową o ziemie, na szczęście przyjmujący zachował w przeciwieństwie do mnie rozum i w ostatniej chwili złapał tak, aby postawić w pozycji pionowej.
- Bo spałaś i doktor nie kazał cię budzić. No to cię przeniosłem. Może jakieś dziękuję? - skrzywił brew przyglądając mi się, ale chyba zrozumiał, że to był zły pomysł.
- Twoje niedoczekanie, Bartman.
- Magda! - a teraz proszę Państwa stała się rzecz niezwykła, bo Rafał rzucił się na mnie i przytulił z całej siły. Nie odrywał się dobre kilkanaście sekund. - Dzięki Zbyszek, że ją znalazłeś.
- Ekhem. - chrząknął doktorek Skrót Sokal, a Rafał natychmiast się poprawił.
- To znaczy ich.
Nie. Czekajcie. To jest nie do ogarnięcia. Najpierw utknęłam w lesie, potem odnalazł mnie Bartman i wniósł mnie przez próg spalskiego ośrodka na rękach, a teraz mój brat... Zachowuje się jak brat.
- Doktorze. Ja chyba potrzebuję psychologa.- zwróciłam się do Sokala i wyminęłam uradowaną z naszego powrotu gawiedź. - Do jutra.
- Madzia, poczekaj no. Gdzie idziesz? - zawołał za mną Jarski, ale nie odwróciłam się.
- Tam, gdzie ty powinieneś być jakieś dwie godziny temu.  - rzuciłam od niechcenia, a za moimi plecami usłyszałam szepty.
- Dostałeś Kubuniu klasycznego, przepięknego kosza. - zaśmiał się Winiarski, ale Kuba od razu wszedł mu w słowo.
- Oj, nie dostałem kosza. Bartman dostał kosza. - wszyscy wybuchnęli śmiechem
- Ja pierdole! - krzyknął Zbyszek. - Bezmózgi, czy wy nie rozumiecie, że ja ją tylko do cholery jasnej bezpiecznie przetransportowałem do Spały? Mam przeliterować? Uch.
To im się Bartman wkurwił. Wyprzedził mnie na schodach prawie trącając i wszedł do swojego pokoju trzaskając drzwiami.
- Auć. - zatrzymałam się, a za Zibim już biegł Kubiak.
- Jakiś nerwowy ostatnio ten mój Zbyś. - od razu mi się usprawiedliwił, a ja odwróciłam się do reszty stojącej ciągle za moimi plecami, rozłożyłam ręce w geście bezradności i kontynuowałam najdłuższą jak dotąd drogę do mojego lokum. Padłam na łóżko jak worek z kartoflami i zaczęło mnie zastanawiać o co chodzi chłopakom. Pierwszą myślą był Rafał. No bo umówmy się, ale on w całej swojej fajności i dobroci względem mnie nigdy, ale to nigdy nie był wylewny uczuciowo. A dzisiaj mało się nie popłakał. Druga kwestia - dlaczego Winiar stwierdził, że Jarosz dostał ode mnie kosza, skoro jestem tu tydzień i nie zauważyłam, aby w jakikolwiek sposób smalił do mnie cholewki? Przecież ma żonę! I w końcu trzecia - co miało znaczyć zachowanie Zbyszka? Ten Bartman którego poznałam zapewne by się nie przejął tylko dopowiedział coś głupiego od siebie i wszyscy razem by się śmiali. W sumie to nie miałam powodu, aby mu dziękować. Bo mógł mnie obudzić i sama bym sobie weszła do ośrodka, no nie? Nie pozostało mi nic innego jak wziąć Winiarskiego na osobność, następnie pogadać z Jaroszem, na samym końcu zaczepić o Doktorka i wyłudzić jedną bardzo znaczącą informacje. Ale to jutro.


*
Na śniadaniu już nikt nie pamiętał o zaistniałych wczoraj zdarzeniach. Bo w sumie to nic się takiego nie stało. Temat zakończony. Dobrze, że pracuję z facetami, bo dziewczyny przeżywałyby takie coś dobre dwa tygodnie. Dla mnie sprawa była zakończona w jakiś pięćdziesięciu procentach. Usiadłam więc koło Winiarskiego korzystając z faktu, że nie ma obok nas boom box'a ani żadnego innego siatkarza i prosto z mostu zapytałam:
- Co miałeś na myśli mówiąc, że dałam Jaroszowi kosza? On coś do mnie? Jestem ciekawa czy muszę go zneutralizować z grona moich potencjalnych adoratorów.
- Ty się serio tym przejęłaś? - zaśmiał się.
- No nie. To znaczy nie lubię, kiedy ktoś tak mówi o czymś, co jest nieprawdą. A to niewątpliwie jest nieprawdą. - wyjaśniłam spokojnie.
- Magda, pamiętaj... Jarski ma żonę. Przecież żartowałem.
- Wiem. Ale z wami to nigdy nic nie wiadomo.
- Ej. My wcale nie jesteśmy tacy źli.
- Tylko w teorii. - zaśmiałam się. - A co u twojej żony?
Śniadanie zleciało nam w atmosferze rozmów i śmiechów. Bartman o dziwo był już normalny, rozprawiał nad dżemem. Kurek dłubał w nosie, albo go swędział. Wolałam nie wnikać. Zati z Igłą bawili się kamerą, a trener kiwał z politowaniem głową. Cyrkowcy. Ale nie musiałam przynajmniej gadać z Jaroszem, bo ... no kurwa. Jak ja mogłam go posądzić o podsadzanie się do mnie? Kretynka. Ale doktorkowi nie odpuszczę. Wiec pozostało mi tylko wstać, kulturalnie przeprosić towarzystwo i udać się za Sokalem do pokoju tortur piekielnych. Było mi strasznie głupio pytać o Bartmana i o to, co się wydarzyło jak spałam. Ale raz kozia śmierć.
- Proszę? - zareagował na pukanie. - O cześć, Zgubo. Co cie sprowadza?
- Bo... Bo ja mogę o coś spytać?
- O co tylko chcesz. Co cie trapi?
- No bo Zbyszek...
- Zbyszek kochanie to sam cie przeniósł. Nic mu nie kazałem robić. Ale co byś go nie zamordowała to przemilczałem to drobne kłamstewko. Posłuchaj. Jest cwaniakiem, ma czasami swój świat, ale to dobry chłopak i zachował się w porządku. Z reszta wszyscy tutaj tacy są. Każdy na miejscu Zbyszka zachowałby się podobnie.
- Po prostu dziwnie mi, kiedy ktoś z kim się kłócę dwadzieścia cztery godziny na dobę wyświadcza mi bezinteresowna przysługę.
- Wiem. I rozumiem. A mogę wiedzieć co z bratem? Bo wy to tak jak pies z kotem.
- Niech doktor zapyta pierwszego lepszego. Mowiłam im.
- W takim razie nie zatrzymuje.

*


Trening przed obiadem wymęczył chłopaków na tyle, że po posiłku wszyscy poszli spać. Ja i Wołkowycki sprzątaliśmy piłki ze wszystkich katów sali, doktor Olek naklejał Bartkowi na kolano tejpy, a doktor Skrót nastawiał bark Zagumnemu. Dzień jak co dzień. Śniadanie, siłownia, obiad, odpoczynek, trening, kolacja, odpoczynek, masaże i sen. I tak w kółko. Patrzyłam na zapracowanych lekarzy i fizjoterapeutów, w tym Rafała i dziękowałam niebiosom, że śpię osiem godzin a nie cztery i nie zajmuje się jedną parą pleców przez godzinę, zazwyczaj o drugiej w nocy. W przerwie na drzemkę postanowiłam zając się rezerwacją hotelu, którą miałam zrobić wieczorem i aby wyczyścić swoje miejsce pracy sprzątnełam czarną bluzę. Bluzę nie moją. Bartmana. Ale niech leży. Było tak cicho, że aż nie do uwierzenia. I nagle cisze szlag trafił. Do pokoju bez pukania wszedł Żygadło z Ignaczakiem i Gumą.
- W waszym wieku śpi się dłużej niż w moim, więc co wy tu robicie?
- Przyszliśmy ci poprzeszkadzać. Co robisz?
- Nawiązuje kontakt z Polako- Kanadyjczyko-Amerykanem i załatwiam wam hotel, sale i siłownie. Fajnie prawda?
- A Andrzej ?
- A Andrzej siedzi i zawija w sreberka. Coś dla was szykuje i oby nie był to odbiór czasu wolnego bo osobiscie utopie go w tym wodospadzie co się tam znajduje.
- On lubi tak wszystko w tajemnicy trzymać. Do samego końca.
- A później klops z tego wychodzi. Chcecie zobaczyć występ Kubiaka z balkonu? Nagrałem!
- Krzysztof, w drodze do Kanady rekwiruję ci kamerę. - pogroziłam.
- Nie! Proszę! Tylko nie kamera!!!
- Madzia, a mogę o coś zapytać?
- No?
- Ty masz kogoś?
- Nie. - co by w bawełne nie owijać.
- Dlaczego?
- No bo nie, Boże... - przewróciłam oczami.
- No mówże.
- Nie jestem dobra w związkach. Chociaż coś szalonego, bez zobowiązań fajnie byłoby przeżyć. Jakby się znalazł ktoś interesujący, zęby mi się robiło gorąco, to dlaczego nie? Tak. Powiem wam chłopaki, że mi brakuje najzwyklejszego w świecie romansu. Takiego mini romansiku.
Stop Magda. Bo się rozpędziłaś.
- No ja cie rozumiem.
- No widzisz guma. Ty jesteś normalny.
- Ja podobnie jak Paweł.  - wtrącił Żygadło.

*

Po kolacji tylko pojedyncze jednostki szwędały się po korytarzu. Aż dziwne. Bo zawsze przesiadują z wywalonymi nogami i nie ma jak przejść.
- Jest Zbyszek? - zapytałam Kubiaka wystawiając głowę zza futryny.
- Na balkonie. Mówił, że idzie liczyć gwiazdki.
Przeszłam więc przez twierdzę niedźwiedzi i wyszłam na taras.
- Oddaję, co twoje. I ten no.. Dzięki za bluzę i za ogół.
- Jej. Ty jesteś człowiekiem.
- No. Ale ty nie i postanowiłam cie docenić jak człowieka, co by nie było ci przykro.
- Kretynka.
- Dobra. Oddałam ci bluzę, podziękowałam. Idę zapalić na powietrze.
- Przecież siedzimy na tarasie. Na zewnatrz.
- Narazie Zibi.
Wyszłam zapalić przed ośrodek i usiadłam na schodach. Dziwnym trafem zaczęło wiać i nie mogłam zapalić swojego papierosa. Gdyby nie tajemniczy wielkolud, który zasłonił mi wiatr zapewne bym tego nie uczyniła. Uniosłam więc wzrok. I leciałam do góry, do góry, do góry, do góry, do góry aż w końcu ujrzałam facjatę Możdżona.
- Co ty byś beze mnie zrobiła?
- No właśnie nic. Zimno mi.
Marcin to był prawdziwy kumpel. Poszedł do pokoju, przyniósł koc, usiadł koło mnie i nakrył nasze plecy. Wieczór idealny, chociaż nie z ukochanym. Ale Marcin, to Marcin. Człowiek Pomocna Dłoń.
- Jutro chujowy dzień. - odrzekłam rozmarzona, a Marcin popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Chujowy to był dzisiaj. Andrea odesłał parę osób do chałupy, I tak smutno trochę.
- A no. Już nie dostanę od Łomacza z mentosa w oko i nikt nie rozleje na mnie swojej zupy z powodu panicznego ataku śmiechu. Nikt nie jest przecież drugim Fabianem.
- To ty oberwałaś tą zupą?
- Skoro się rzucał po stole, to ktoś musiał oberwać.
- I tak to własnie wygląda. Wieczna walka o przetrwanie.
- Spalski survival.
- Otóż to. Ale moment... Dlaczego jutrzejszy dzień ma być chujowy?
- Bo mam urodziny.
- I to jest powód?
- No bo ja nie świętuję urodzin.
- To zaczniesz.
- Nie zacznę, bo nikomu nie powiesz.
- Jak sobie życzysz. Ale w sumie jutro wolne... Można coś zorganizować.
- Jak to wolne?! A pojutrze?
- Też. Dwa dni. A pojutrze na jeden dzień przyjeżdżają rodziny. Więc trzy. Dobra. Trzy i pół bo wieczorem trening.
- Dlaczego ja o tym nie wiem?! Co to ma być?
- Bo Wołkowycki chodzi po pokojach i rozpowiada radosną nowinę. Do ciebie jeszcze nie dotarł?
- A czy wyglądam na osobę, do której dotarł? -wstałam.
- Ej, gdzie idziesz?!
- Jak to gdzie? Do pokoju! Może dowiem się czegoś więcej.


*
Urodziny. Moje co roku wyglądają tak, że chleję na umór. Cóż. Nic dobrego, że człowiek co rok starszy. Nogi bolą, kręgosłup... I nie. Wcale nie narzekam, ale dopiero pisałam maturę, a już jestem po magisterce. Moje ćwierćwiecze nie będzie więc niczym szczególnym. Zamknę się w pokoju i upiję. Bo w sumie moi znajomi zostali w Krakowie. Więc co tu zrobić po godzinie dziesiątej, kiedy nie ma już śniadania, życie w ośrodku się obudziło, bo na korytarzu słychać śpiewającego Winiarskiego i pojutrze przyjadą moi rodzice? Zapalić. Tak, to jest najlepszy pomysł z możliwych. Otworzyłam drzwi, i oprócz śpiewającego coraz głośniej Winiara nie było nikogo. W momencie kiedy ktoś złapał mnie w pasie i przerzucił przez ramię zanosząc do pokoju Kubiaka zrozumiałam, że zmiana tonacji w wywodach Michała to tylko sygnał na moje wyjście z pokoju.
- STO LAT, STO LAT, NIECH ŻYJE ŻYJE NAM!!!!! - śpiewał Ignaczak, a w pomieszczeniu byli wszyscy. Siatkarze oczywiście, bo fizjoterapeuci przygotowują pokój do masażów, które mają się dzisiaj odbyć w dzień a nie w nocy, trenerzy pewnie śpią, statystycy to już nawet nie wspomnę. A Andrzej pewnie zawija w te sreberka.
- Skąd wy wiecie?! Marcin!
- Ale ja nic nie mówiłem. - bronił się Możdżonek.
- Słuchajcie chłopaki, jest plan. Jako, że ten pokój jest największy, w dodatku umiejscowiony po drugiej stronie ośrodka, w całkiem innym skrzydle niż pokój trenerów i statystyków możemy zorganizować tu imprezę. - stwierdził dumnie Kubiak.
- Czy jest ktoś niepijący? - odezwał się Zbyszek, bo kto jak to, ale kwestia alkoholowa pasowała mi do niego w stu procentach.
- Nie piję ja i Jarosz, bo jesteśmy na lekach. No i Winiar. - odezwał się Żygadło.
- Elegancko. W razie czego będziecie nas ogarniać.
- Stop. Czekajcie. Uno Momento. - przerwałam i zapanowała cisza. - Co wy tu kurwa zamierzacie zrobić?
- No jak to co? Twoje urodziny! - powiedzieli chórem.
- Przecież trener jak to zobaczy to nas zabije. Zakatrupi. Udusi. Ja wylecę, wy też.
- Nikt nie wyleci. Jest prawie trzy dni wolnego, jak zaczniemy cicho to tamci zasną. Chyba logiczne.
- Gorzej jak będzie głośno.
Co prawda ten pomysł był poroniony, ale tak bardzo mi się podobał, że już miałam godzić się na imprezę w ośrodku, ale coś jednak mnie podkusiło do bardziej złowieszczych czynów.
- Wiecie co chłopaki? Który ma w pokoju schody z balkonu w dół? Tak zwane wyjście awaryjne numer tysiąc dziewięćset pięćdziesiąt osiem?
- Ja. - stwierdził Winiar.
- O dwudziestej pierwszej idziemy nad rzekę. Wszyscy. Dopóki nie będziemy w stanie uciszenia swoich szanownych mord nikt nie wraca. Wracamy około czwartej tym samym wejściem, którym wyszliśmy.  Ci co nie piją mają zatrzasnąć dokładnie wszystkie pokoje, co by nikt z korytarza nie wszedł.
- A dlaczego tak? - zdziwił się Kubiak.
- Bo tam nas nie będzie słychać. Po drugiej stronie brzegu jest jakaś wioska campingowa i też się bawią.
- Skąd wiesz?
- Byłam na spacerze.
- Czyli jak w końcu? o Dwudziestej pierwszej tutaj?
- Yes. - odrzekłam, odwróciłam się i pomachałam. Dopiero teraz dotarło do mnie, że jak wyjdziemy z ośrodka to będzie cud.


*

Nie żebym się nie odwaliła w moje własne urodziny. Ale podarte, odświętne jeansy i czarną prześwitującą koszulę warto mieć. Do tego wygodne trampeczki i można iść w tango. Podmalowałam usta czerwoną szminką, rozpuściłam włosy i przetransportowałam się ze swojego pokoju, który jako jedyny z pokoi sztabu znajdował się w skrzydle chłopaków do lokum Winiarskiego i Kosoka. Światła pogaszone, włączona latarka, która prawdopodobnie ma oświetlać schody, a ich pięciu. W tym Winiar.
- Kosa przetransportował resztę na drogę, co by za dużego zamieszania nie było, że cała wataha wychodzi.
- Wychodziliście partiami?
- Dwiema. Co prawda nie widać od trenerów co tu się dzieje, ale trzeba dmuchać na zimne. Masz alko? - zapytał, a ja zrobiłam wielkie oczy.
- Mam. - wskazałam na plecak. - Ale ty przecież nie pijesz.
- No ja nie, ale Zbych pytał.
- Dobra. Chodźmy.
Poszło gładko. Gromadka stała za drzewami na ulicy, a ja i moja pięcioosobowa obstawa dołączyliśmy kilka minut później.
- Woaaaa Maaaadzia. Ulala. - zawył Kurek.
- Wal się. - jeden zero dla Madzi. - Macie dobre buty? Zejście do wody jest w krzakach.
- Ej bo ja mam japonki.
- To masz panie Wiśniewski problem. Powiesz trenerowi, że biegałeś z rana i w pokrzywy wpadłeś.
Po piętnastu minutach karawana ze mną na czele dotarła na miejsce, gdzie prawdopodobnie wędkarze łowią ryby. Kawałek płaskiego terenu, drewniane, prowizoryczne ławeczki i miejsce na ognisko.
- Fajniutko. - zatarł ręce Kurek i otworzył flaszkę.
- O tym co będzie się tutaj dzisiaj działo wiecie tylko wy. Nikt więcej. Nigdy. Wszystkie zdjęcia i filmy są do użytku tylko tego grona.
- Się wie, szefowo. - Igła jakby wiedział, że dotyczy to właśnie jego osoby.


*
- Winiar zaprowadził już do ... Środka? Oś? Ośrodka? A jest dopiero pierwsza.
- Co?
- No ludzi. Zostało nas raz, dwa...
- Nie licz. Podobam ci się?
- Gdybyś nie był sobą, to bym się z tobą przespała. Ale to jest niemoralne, nieetyczne i nieeeee....
- Im więcej gadasz, tym bardziej się zagrążasz.
- Eeee?
- No pogrążasz, no.
- Ty mnie pogrążasz. Ty i tylko ty. Nikt więcej tylko ty. Ty, ty, ty.
- Ja cie wcale nie pogrążam.
- Ależ pogrążasz.


*
Godzina ósma. A przynajmniej tak mówi telefon. Ale chwila. Ja nie jestem u siebie. Skoro rzeczy Michała Kubiaka leżą na łóżku na przeciw, a on dzieli pokój z Bartmanem to gdzie jest do cholery jasnej Bartman? Trzy głębokie wdechy. Teraz możesz krzyknąć.
- Zbyszek, kurwa mać!
- Co się stało?! Ja pierdole! Magda! Ty jesteś goła! O Matko! Ja też!
Zdarłam z Bartmana kołdrę, pozbierałam leżące na ziemi rzeczy i pobiegłam do łazienki. Ubrałam się i jeszcze szybciej niż wyskoczyłam z łóżka usiadłam z powrotem. Bartman był w szoku.
- Magda, ja nie mam pojęcia jak do tego doszło. Przysięgam ci, że ja nic nie pamiętam! - nasz cwaniak reprezentacyjny mało się nie popłakał.
- Jest po fakcie. Pieprzyłam się z tobą! Kurwa, Magda, gdzie ty miałaś mózg? Z takim Bartmanem? No. Odezwij się! Mów coś!
- Magda, bo ...
- No co bo?
- Bo ja zacząłem się spotykać z jedną panną.
- Pierdole to. Zbyszek ty mnie przeleciałeś!
- Jej jeszcze nie!
- Ty świnio!
- No co?!  Ma tu być jutro.
- Człowieku, co mnie obchodzi jakaś panna?!
- Nie jest dobrze. - stwierdził.
- Nie jest dobrze? Nie jest dobrze? Kurwa! Jest fatalnie a ty mówisz, że niedobrze!
- Co teraz? - zapytał, ale wiedziałam, że to pytanie w końcu padnie.
- Nie mam pojęcia.
- Zapomnijmy o tym. To się nie stało. To nigdy nie miało miejsca. Przecież tego nie chcieliśmy, no nie?
- Czy myślisz, że mnie do reszty pojebało? Przecież ty byś mnie kijem nie dotknął.
- No widzisz. Czyli się rozumiemy.
Wróciłam do swojego pokoju załamana. A raczej wściekła. Bo to była najgorsza niespodzianka mojego życia. Prawie jak jajko niespodzianka Kinder. Tyle, że nie Kinder, ale ciągle jajka. Bartmanowe. W kącie, obok mojej walizki spał Kurek. Uwalony od stóp do głów mułem rzecznym. Śmierdział karpiem. Chociaż nie gorzej od śpiącego w moim łóżku Kosoka, który podobno miał nie pić. A co się działo w innych pokojach? Pan Bóg święty wiedział.
- Pół godziny przed obiadem u nas w pokoju. - krzyknął na korytarzu Kubiak, aby do wszystkich dotarło.


*

- Człowieku, dałem ci buty, a ty mi je zgubiłeś!
- Wybacz Guma, odkupię ci. Albo pójdę poszukać!
- Kurek idioto, one już dawno z prądem popłynęły!
- To ja pływałem jednak. Dlatego tak śmierdziałem.
Pierwszy dialog po pamiętnej nocy. Jest postęp. Ktoś coś do kogoś powiedział, ktoś coś do kogoś miał.
- Krzysiu masz jakieś zdjęcia? - zwrócił się do Igły Możdżon.
- Mam. Na szczęście tylko zdjęcia.
Igła przyniósł laptopa, podłączył kabel, rozkazał zatrzasnąć drzwi i wyświetlił. Ogólnie wiało nudą. Kurek całujący flaszkę, Zagumny tańczący bez koszulki, abstynent Kosok pijący z gwinta i w końcu pierdolnięcie stulecia. Magdalena Antczak w namiętnym pocałunku z dodatkiem języka o smaku Bartmana. Co za wstyd. Złapałam się za usta, aby przypadkiem czegoś głupiego nie powiedzieć, ale komentarz oczywiście musiał paść.
- A ja się zastanawiałem, gdzie podziała się twoja szminka.
- Winiarski! - Zbyszek uderzył go w głowę, a wszyscy zrobili wielkie oczy gapiąc się w ekran.
- Przewiń. - nakazałam, ale po trzech zdjęciach Kurka i Wiśni znowu pojawiłam się ja. Tym razem siedząca na Bartmana kolanach. Jeszcze nie całująca się z nim. Ale na tym się oczywiście nie skończyło, bo zdjęcie dalej, a on już się do mnie przykleił.
- Ta ty jesteś jakiś zboczony Zbyszek! - uśmiechnął się Żygadło, ale Bartmanowi i mnie do śmiechu nie było.
- Koniec. - odparł w końcu Ignaczak i jeszcze długo po przeglądnięciu pięćdziesięciu zdjęć nikt nie odezwał się słowem. Jak na kapitana przystało odezwał się Możdżon.
- Fajnie było, ale się skończyło. Powtórzymy jak będzie medal!
Wszyscy byli wniebowzięci, nawet Bartman.
- Beze mnie. - wtrąciłam.
- Oj tam. Magda, nikt się nie dowie! Tutaj wszystko jak w rodzinie!
O właśnie. Jutro rodzina. A ja przespałam się z zajętym facetem.





Komentarze

Repugnance pisze…
Hahaha wiedziałam! Ale wiesz co, Magda? Tyle fajnych chopów, a ty Bartmana wzięłaś...
VE. pisze…
Wow, jestem w szoku. Ale że z Bartmanem?! No Maaadzia.
K. pisze…
Nie przepadam jakoś za Bartmanem, ale będę tutaj :)
I zdecydowanie, mógłby być ktoś lepszy, a nie taki Zbyszek, co ma słabość do obcisłych, białych slipów, fuuu.

Przy okazji zapraszam na czwarty rozdział - http://spowiedz-sumienia.blogspot.com/ :)

Popularne posty z tego bloga

#1 Hej Spała, wioska niemała...

#7 To ty nic nie wiesz?!

#13 Ona kazała mi wybierać.