#5 Proszę panią, gdzie jest guziec?
-Magda, wstawaj! Ty..Ty...Zaspańcu, Ty!
- Dobrze, że nie zasrańcu. Piotruś, która godzina?
- Jak to która? Jedenasta! Za pół godziny wyjeżdżamy z hotelu! Wszyscy już po śniadaniu! Dobre trzy godziny.
- Kurwa. - w ciągu pięciu sekund zerwałam się z łóżka, zamotałam się przy tym w swoje prześcieradło, przewróciłam Nowakowskiego, wstałam z podłogi i zamknęłam się w łazience. Piotrek stanął pod drzwiami i poinformował, że Możdżonek zrobił mi kanapki na drogę i prosto po spakowaniu swoich rzeczy mam zejść z walizką do autokaru. Cholera. Ja miałam dwie walizki plus torebkę i plecak, w dodatku wszystkie ciuchy były wyciągnięte do szafy,poukładane na półkach i zawieszone na wieszakach. Ale przynajmniej śniadanie miałam z głowy. Po pięciominutowym prysznicu, z mokrymi włosami rozpoczęłam pakowanie. Dobre, że większości rzeczy nie musiałam składać od nowa bo pewnie kazałabym im jechać beze mnie. Ale niestety, zanim ogarnęłam wszystkie dokumenty, ładowarki, słuchawki, laptopy, notesy, kalendarze i kosmetyki na dole pojawiłam się dosłownie pięć minut przed odjazdem autokaru.
- Doprawdy, ja nie wiem co ty uczyniłaś. - zaczepił mnie Jarosz. - Mówiłaś, że nawet jeżeli masz później wstać to nastawisz budzik.
- Bo nastawiłam! Ale do czwartej rano byłam w kontakcie z Kanadą. Siedzieliśmy z Andrzejem na stołówce i załatwialiśmy ostatnie sprawy. A zanim się wykąpałam, zasnęłam i naładowałam wszystkie telefony była piąta.
- I nie słyszałaś budzika.
- Marny mój żywot, ale przynajmniej się nie spóźniłam.
- Masz rację. Nie jesteś ostatnia. Winiar wrócił się do pokoju bo zostawił boom-box'a.
- To coś jedzie z nami? - powiedziałam z żałością.
- NIE TO COŚ, TYLKO MOJE MALEŃSTWO! - oburzył się stojący za moimi plecami Winiarski.
- Ale Michaś, kochamy się no nie?
- Pytanie!
- To dobrze. - puściłam oczko, a Jarosz pokiwał głową.
- Ja cie podziwiam. Kilkunastu chłopa a ty, wydawać by się mogło feministka i jeszcze nie zwariowałaś.
- Na świecie jest tylko troje ludzi, z którymi mogę zwariować. Mama, tata i Bartman.
W autokarze zjadłam kanapki z żółtym serem zrobione przez Marcina, następnie przesłuchałam całą playlistę The Killers i o czternastej trzydzieści szczęśliwie znaleźliśmy się na warszawskim Okęciu. Po odprawie bagażowej część szwędała się po sklepach, część siedziała i odpoczywała, a Ignaczak wyciągnął kamerę. A kto usiadł obok niego niczego nie świadomy? Ja. I Winiarski. I Żygadło. Na przeciwko nas Zbych i Rucek.
- Pierwszy turniej rozegrany będzie w Toronto. O Grzegorz. - zaczął reprezentacyjny dziennikarz.
- Mistrz Polski. - dodał Łukasz.
- Koko, Koko, Euro spoko, Kosa lata nam wysoko.
Uderzyłam się z otwartej dłoni w czoło i pominęłam fakt, że Zbyszek zaproponował aby dla dodania energii napić się Red Bulla.
- Bartek, Bartek! Pokaż co tam czytasz? O! Molto interessante.
Już zamierzałam się przesiąść, ale Krzysiek nakierował kamerę na Winiara za którym siedziałam. A po chwili wstał i śmiał się z profilu Ruciaka i podobno nie chodziło mu o jego profil psychologiczny, cokolwiek to miało znaczyć. Ale za to Zbyszek... Ten to się kurwa mać cieszył jak idiota.
- Magda, Magda!
- Co tam, Marcin?
- Gdzie siedzisz? Ja 8E.
- A ja 8F. - czy ja właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że siedzę przy oknie? O KURWA.
Marcin posłał mi uśmiech, co oznaczało, że na pewno będziemy przez całą drogę gadać na różnorakie tematy. Przynajmniej tyle dobrego.
- Gdzie idziesz? Nie zostawiaj mnie z tym kamerzystą! - zawył Winiar.
- Idę zjeść jakiś obiad. - zakomunikowałam i tak jak powiedziałam, tak zrobiłam. Usiadłam przy podwójnym stoliku w chińskiej restauracji i zamówiłam dwie porcje sajgonek. No bo proszę państwa, ale to, że jestem kobietą to nic nie znaczy. Lubię zjeść. Dobrze. I dużo. A jeszcze bardziej lubię się krztusić na widok mojego byłego, jak dotąd najpoważniejszego faceta. Tego, o którym napomknęłam Bartkowi. Siedział naprzeciw mnie i robił coś w telefonie. Czy mnie widział? Nie wiem, ale raczej nie pałaliśmy do siebie sympatią. On do mnie, bo go zostawiłam, a ja do niego, bo przez pół roku patrzyłam na niego na siłę. Trzy, dwa, jeden. Bęc. Zauważył mnie i chyba sam siebie zaskoczył bo podniósł swoje cztery litery i ruszył w moją stronę zatrzymując się tuż przed stolikiem, przy którym siedziałam.
- No proszę. Kupę lat. Chciała być sama i jest sama. Na lotnisku Chopina w Warszawie. - rozpoczął konwersację
- Też miło cię widzieć.
- Co tu robisz?
- Pracuję.
- Jesteś stewardessą ?
- Magda, wszędzie cie szukam. Mam prośbę. Zadzwoń do Kowalczyka do Kanady i powiedz, że planowany przylot na miejsce to dwudziesta pięć. - panie Andrzeju Wołkowycki. Ja pana kocham miłością odwieczną. Pan mi ratuje życie i nie muszę odpowiadać na pytania.
- Jasne szefie.
- Ty to jesteś złote dziecko. - odszedł ode mnie i ponownie zostałam sama z moim ex.
- Pracujesz z reprezentacją?
- A czy stewardessy chodzą w biało czerwonym dresie z flagą Polski? Dobra, nieważne. Co u ciebie? Jak ci życie płynie?
- Po staremu. Pracuję w banku. Myślałem, że czas od czasu się odezwiesz. Czekałem na telefon. Ale od rozstania do przypadkowego spotkania minęło dwa lata. A od tegoż spotkania do dziś minął rok. I nic.
- Wybacz, dużo pracuję.
- Może wybierzemy się na kawę? Po drugiej stronie jest dobra kawiarnia.
- Chyba muszę podziękować.
- Ale nalegam.
- Nie, kurwa. Nigdzie nie idę.
- Z Łomaczem byś poszła.
Wstałam z krzesła nie zważając na to, że stygnie mi jedzenie. Już miałam uciekać, ale natknęłam się na ... No własnie.
- Cześć kochanie. Dziękuję za sajgonki . Długo czekasz? Musiałem porozmawiać z trenerem. A to kto?
- Pójdę już. Powodzenia.
Sytuacja, która się wydarzyła przed sekundą wprowadziła mnie w stan osłupienia. Bo najpierw czepił się mnie ten idiota, a chwilę później spławił go Kurek, podając się za mojego faceta. Co prawda nie do końca było tak jak miało być, bo osobnik niepożądany tylko wrócił do swojego stolika i bacznie obserwował to, jak zachowuje się w towarzystwie nowego partnera.
- Stałem w kolejce po kurczaka, ale jak usłyszałem, że nie chcesz typa to postanowiłem wkroczyć do akcji.
- To miłe z twojej strony.
- A myślałem, że powiesz, że sama byś sobie lepiej poradziła. Ale niewiele się pomyliłem.
- Dalej tu patrzy? - zapytałam spoglądając ukradkiem do stolika naprzeciw.
- Bezustannie.
- W takim razie wezmę te sajgonki na wynos i zjem przy Igle na swoim miejscu. Najwyżej mnie nagra.
- Dobra, ale złapmy się na chwilę za ręce.
- Po co?
- Bo wyglądamy mało wiarygodnie. Poza tym to w twoim interesie.
- Po chuju ten interes.
- Nie pyskuj tylko dawaj to łapsko i wychodzimy.
Całe szczęście Bartek wybawił mnie z niezręcznej sytuacji. Ale mogłam się również założyć że będzie dociekał.
- To ten gość, co z nim byłaś trzy lata temu?
- Ta. - odburknęłam zirytowana.
- Chyba go nie lubisz.
- Po prostu nie lubię wracać do przeszłości.
- A to z Grześkiem? O czym on mówił?
Stanęliśmy przy oknie z widokiem na samoloty i wsiadających do nich ludzi.
- Z tym gościem byłam kilka miesiecy. Tak jak mówiłam. Stało się tak dlatego, że chciałam przekonać się do związku i zobaczyć, jak to jest. W trakcie związku poznałam go z Grześkiem bo przyszedł parę razy do mojego brata jak bywałam w domu. Po miesiącu bycia w związku na zaawansowanym poziomie wiedziałam, że mój facet to jedna wielka ściema i muszę to skończyć jak najszybciej. No i po tym jak go zostawiłam ten idiota ubzdurał sobie, że Grzesiek zawrócił mi w głowie. Ot cała historia.
- I ten idiota wypomina ci teraz Grzecha.
- Trafiłeś w sedno.
Samolot wystartował, ja układałam się do snu, na co Możdżonek zareagował babskim fochem.
- PITER! ZAJCEW!
- CIAO BEJBE.
Wieś. Normalnie wieś tańczy i śpiewa i jeszcze wyciągnęła akordeon, ale przecież kto mógłby krzyknąć na cały samolot jak nie Igła? A o odpowiedzi już nie wspomnę.
- Mam pyszne sajgoneczki. Podwójna porcja. Jedna dla ciebie. - podzieliłam się posiłkiem z wielkoludem i w tajemnicy przed stewardessami zajadaliśmy się chińską potrawką. Miałam ogromne szczęście, że siedziałam obok Marcina. Bo z Bartanem bym ochujała, Krzysiek nakręciłby o mnie film dokumentalny, a Kurek ciągle mówiłby o zdradzie. Z Marcinem to przynajmniej o Hani pogadam, o wczasach na Rodos, czyli o rodzinnych ogródkach działkowych otoczonych siatką i ponarzekam na rodziców. Wszystko dobre, co pozwoli mi się uwolnić od myśli o locie samolotem, którego tak bardzo nie znoszę, choć leciałam już ze sto razy.
- ZBLIŻA SIĘ DO MNIE! - usłyszałam tylko i żeby nie wyjść na głupią za moment dorwałam redaktora Swędrowskiego.
- Co to za święto, że Igłę przytulają?
- Nie no, Madzia... - popatrzył na mnie z politowaniem. - Przecież wszyscy wiedzą, że Krzysiu ma dziś urodziny.
- Czyli jednak. - powiedziałam pod nosem. - Igła Igła! - na moje wołanie odwrócił się i już wiedział co się kroi.
- Wszystkiego co najlepsze! Oskara za najlepszego vloga na świecie i obyś grał nam jak najdłużej.
- Jaka ty jesteś dzisiaj miła! Niedźwiadek? - Igła zrobił mi takiego niedźwiadka, że obiektyw od jego aparatu wbił mi się w brzuch. Za moment wyszliśmy z hotelu. Oczywiście miałam nie do końca wysuszona głowę i zmarzłam.
- Lekcja troszeczkę angielskiego, Michał, jak powiedzieć 'centrum' po angielsku?
- Downtown.
- Brawo Michał, widać, że nauka nie poszła na marne. Większość zna parę słówek, tutaj na przykład nowa twarz w drużynie pana Anastasiego. Dzień dobry, przedstaw się.
Nie usłyszałam co powiedział Dawid, z wyjątkiem końcówki, która brzmiała 'compania' albo się mylę.
- Ja bym bardziej powiedział Tytus, gdyż z tym bananem to... Już w ogóle.
Dawid zjadł w spokoju swoje najprawdopodobniej śniadanie i zadowolony z żartów urodzinowego Krzysia wsiadł ze wszystkimi do autokaru. Ja trzymałam się Andrzeja, gdyż teraz chwila prawdy, bo jak nas nie wpuszczą na salę to po ptakach. I będzie, że to ja zawaliłam? Bo co robił Andrzej? Tak, właśnie sreberka.
- Players only. Zamknięte bo tutaj jest napisane wyraźnie players only. Nie dla ciebie Marcin.
- Ha. - zaśmiał się Możdżonek, człowiek o anielskiej cierpliwości do Igły i już po chwili wrota się otworzyły.
- Jeeessssst. Dzięki ci, Boże. - wezwałam niebiosa i w towarzystwie Andrzeja, tuż za Igłą i Marcinem weszłam tam, gdzie ma odbyć się dzisiejszy poranny trening. Kamerzysta reprezentacyjny dalej nagrywał.
- O, jest i Olek, zabójca.
- Dzień dobry państwu. - ukłonił się grzecznie doktor i odszedł, a ja znowu zajęłam się sprawami organizacyjnymi.
- Magda, bo ja mówię po angielsku, ale ten pan to po angielsku napieprza więc może i ty dołączysz do trenera, który na pewno wszystko rozumie i później mnie przekażesz parę nowości, jeżeli czegoś nie zrozumiem?
- Co trudnego jest w stwierdzeniu 'I don't understand' ? Zawsze można sie uratować.
Przysłuchiwałam się rozmowie trenera i Kanadyjczyko-Polako-Amerykana po czym błysnęłam intelektem niczym blondynka, którą na pierwszy rzut oka raczej nie byłam.
- Panie Andrzeju, bo sprawa jest. Bo ten gościu to on jest generalnie mówiący po polskiemu. I pewnie za minutę przekaże nam to samo co Anastasiemu tylko w naszym języku.
- Hehe. - nie wierzę kurwa mać, z kim ja pracuję. Tyle srania nie wiadomo o co a on mi na to HEHE. A zza pleców jeszcze te krzyki...
- ZAJCEW! KONAN ZWANY ALIAS TYTUSEM, O MARCIN! PLAYERS ONLY!
- Przepraszam. - biedny Marcin. Już widziałam jego żartobliwy uśmiech.
Czekał mnie następny sprawdzian. Bo Andrzej to się o nic nie martwił, a ja przerabiałam nogami, żeby nas powpuszczali na te wszystkie sale. I tak oto znaleźliśmy się pod drugim obiektem tego dnia, gdzie Igła rozprawiał nad tym jak bardzo chce być rozstrzelany, a kolegę ze sztabu nazwał Snoop Doggi Dogiem. Całe szczęście, że i tutaj gładko poszło, wszyscy wiedzieli kim jesteśmy, a ja już tak bardzo zaplusowałam u Wołkowyckiego, że chyba wyszłam poza skalę.
- Jak bardzo cieszysz się, że jedziesz do Konsula? Hip hip?
- HURA!
Andrzeju Wu. Jak cię kocham, tak odpowiedz mi na pytanie, dlaczego do cholery jasnej zamiast zrobić sobie wolne, jedziemy do Konsulatu?! No dlaczego?! To miałą być ta niespodzianka? A ciul takie niespodzianki. Ja chce spać! Mam okres! Boli mnie głowa!
- A ja ci powiem tak. Cancel the console.
Nie no, Zbych jak pierdolnie, to nie ma co zbierać. Wspaniały gość. Człowiek autorytet.
- But you didn't have to cut me off make out like it never happened!!!
- Winiar, daj żyć.
- And that we were nothing i don't even need your love!!!
- O-SZA-LE-JE. - wysylabowałam.
- Ej, Magdzia, chcesz być moją Kimbrą? - a ten to się po co nadal odzywa?
- Zbyś, pocałuj mnie w dupę.
- Madzia, czy ty też cieszysz się, że jedziesz do Konsula?
- Jasne. Szczególnie wtedy, kiedy jestem niewyspana i wszystko mnie boli.
- Menstruacja? - dopytał Jarosz, ale doskonale wiedziałam jak wybrnąć z sytuacji.
- Menopauza.
- To ile ty masz lat?
- Widzicie? 4 tygodnie z wami, a ja postarzałam się o jakieś dwadzieścia pięć lat.
Po czterdziestu minutach, co powiedział do kamery Ignaczak dotarliśmy do konsulatu. Chociaż jak pomylił go z ambasadą to już zgłupiała gdzie jestem. I stęskniłam się za Krakowem. Przemierzaliśmy alejki wielkiego, zielonego ogrodu dopóki Andrzej nie zawołał wszystkich do eleganckiej sali, gdzie stało dziesięciu gości w garniakach i jakieś dwie eleganckie babeczki. I przegiął sobie pałkę. Wziął mikrofon i zaczął wszystkich po kolei przedstawiać.
- Na siedząco... Zibi Bartman.
- Nie wstawaj, bo i tak cie nikt nie lubi. Szepnęłam gdzieś tam z tłumu wielkoludów a Bartman coś tam mruknął że jeszcze mnie dorwie.
- I kto tam jeszcze? - błądził wzrokiem po zawodnikach Wołkowycki, a Żygadło jak na wielebnego przyjaciela przystało wsypał Krzysztofa.
- KAMERZYSTA!
- IGŁA!
- Hoho. Przypomniał sobie, patrz.
Andrzej zrobił wspaniały wstęp przed wypowiedzeniem pełnego imienia i nazwiska libero reprezentacji. Barwnie opisał postać Igły.
- Ile mu zapłaciłeś? - zapytał Żygadło, a ja wybuchnęłam śmiechem. Zapanowała cisza, ale Krzysiu nic sobie z tego nie zrobił i postanowił, że musi koledze odpowiedzieć.
- Pewnie nie tyle co ty.
Na szczęście już po chwili zaprowadzili nas do pomieszczenia cudu. Cudu w Kanadzie. Objawienia w Toronto. Stałam przed stołem. A na stole było jedzenie. Jedzonko. Albo inaczej. Żarło.
- Guźca brakuje! Proszę panią, gdzie jest guziec?
- To już sprawa cateringu.
Nie wytrzymałam. Przykucnęłam przy stole i modliłam się, żeby nie posikać się ze śmiechu. Igła jak usłyszał niczego nieświadomą babeczkę, postąpił dokładnie tak samo jak ja.
- To jest taka... Taka... Afrykańska świnia, heeeeeeee. - zapowietrzył się i chociaż zwracaliśmy na siebie uwagę to trener z uśmiechem na ustach tylko pokiwał głową.
- Poranek Kojota jest jej obcy. - w końcu byłam w stanie cokolwiek powiedzieć.
Stała się rzecz niemalże do niedawna niebywała, bo wygraliśmy z wielka Brazylią.
- Mówiłem, że wygramy? Tylko trochę się pomyliłem w czasie. - skwitował doktor Sowa i wszyscy przybiliśmy sobie wzajemnie piątki. Teraz pozostało jedynie pytanie, co będzie działo się w autobusie, ale to akurat najmniej mi przeszkadzało, o dziwo, bo po takim meczu mogłam nawet z nimi zatańczyć przy fotelu kierowcy makarene.
- Czy to jest ta drużyna, która wygrała... WYGRAŁA?! Gdzie jest muzyka? Don de stalle musica! Zibi! Gdzie jest boom-box, gdzie jest boom-box! O jest DJ!
- Uwaga, o. Leci, leci.
Co chłopcy puścili? Forfitera. A z dedykacją dla kogo? Z dedykacją dla mnie. Zbigniew wił się na fotelu niczym gitarzysta Guns n' Roses, Winiar uskuteczniał taniec na węża, a ja postanowiłam dołączyć do Zbyszka. Oczywiście zmieniono również światła. Wszystko było zielone, a Ignaczak stwierdził, że ten nasz Zibi to jest jednak brzydki.
- Potwierdzam. - dopowiedziałam.
- A chcesz wysiąść?
- To ja organizowałam tą wycieczkę, więc ja ustalam zasady. - uśmiechnęłam się szyderczo.
- Jest pięknie, it's beautiful, uuuuuu!
W doskonałych humorach dojechaliśmy do hotelu. Poinformowałam podopiecznych, że nazajutrz odbędzie się wycieczka, o której w przeciwieństwie do tej do konsulatu wiem i na pewno im się spodoba. Kanadyjskich przygód, jak się okazuje, ciąg dalszy.
- Dobrze, że nie zasrańcu. Piotruś, która godzina?
- Jak to która? Jedenasta! Za pół godziny wyjeżdżamy z hotelu! Wszyscy już po śniadaniu! Dobre trzy godziny.
- Kurwa. - w ciągu pięciu sekund zerwałam się z łóżka, zamotałam się przy tym w swoje prześcieradło, przewróciłam Nowakowskiego, wstałam z podłogi i zamknęłam się w łazience. Piotrek stanął pod drzwiami i poinformował, że Możdżonek zrobił mi kanapki na drogę i prosto po spakowaniu swoich rzeczy mam zejść z walizką do autokaru. Cholera. Ja miałam dwie walizki plus torebkę i plecak, w dodatku wszystkie ciuchy były wyciągnięte do szafy,poukładane na półkach i zawieszone na wieszakach. Ale przynajmniej śniadanie miałam z głowy. Po pięciominutowym prysznicu, z mokrymi włosami rozpoczęłam pakowanie. Dobre, że większości rzeczy nie musiałam składać od nowa bo pewnie kazałabym im jechać beze mnie. Ale niestety, zanim ogarnęłam wszystkie dokumenty, ładowarki, słuchawki, laptopy, notesy, kalendarze i kosmetyki na dole pojawiłam się dosłownie pięć minut przed odjazdem autokaru.
- Doprawdy, ja nie wiem co ty uczyniłaś. - zaczepił mnie Jarosz. - Mówiłaś, że nawet jeżeli masz później wstać to nastawisz budzik.
- Bo nastawiłam! Ale do czwartej rano byłam w kontakcie z Kanadą. Siedzieliśmy z Andrzejem na stołówce i załatwialiśmy ostatnie sprawy. A zanim się wykąpałam, zasnęłam i naładowałam wszystkie telefony była piąta.
- I nie słyszałaś budzika.
- Marny mój żywot, ale przynajmniej się nie spóźniłam.
- Masz rację. Nie jesteś ostatnia. Winiar wrócił się do pokoju bo zostawił boom-box'a.
- To coś jedzie z nami? - powiedziałam z żałością.
- NIE TO COŚ, TYLKO MOJE MALEŃSTWO! - oburzył się stojący za moimi plecami Winiarski.
- Ale Michaś, kochamy się no nie?
- Pytanie!
- To dobrze. - puściłam oczko, a Jarosz pokiwał głową.
- Ja cie podziwiam. Kilkunastu chłopa a ty, wydawać by się mogło feministka i jeszcze nie zwariowałaś.
- Na świecie jest tylko troje ludzi, z którymi mogę zwariować. Mama, tata i Bartman.
*
W autokarze zjadłam kanapki z żółtym serem zrobione przez Marcina, następnie przesłuchałam całą playlistę The Killers i o czternastej trzydzieści szczęśliwie znaleźliśmy się na warszawskim Okęciu. Po odprawie bagażowej część szwędała się po sklepach, część siedziała i odpoczywała, a Ignaczak wyciągnął kamerę. A kto usiadł obok niego niczego nie świadomy? Ja. I Winiarski. I Żygadło. Na przeciwko nas Zbych i Rucek.
- Pierwszy turniej rozegrany będzie w Toronto. O Grzegorz. - zaczął reprezentacyjny dziennikarz.
- Mistrz Polski. - dodał Łukasz.
- Koko, Koko, Euro spoko, Kosa lata nam wysoko.
Uderzyłam się z otwartej dłoni w czoło i pominęłam fakt, że Zbyszek zaproponował aby dla dodania energii napić się Red Bulla.
- Bartek, Bartek! Pokaż co tam czytasz? O! Molto interessante.
Już zamierzałam się przesiąść, ale Krzysiek nakierował kamerę na Winiara za którym siedziałam. A po chwili wstał i śmiał się z profilu Ruciaka i podobno nie chodziło mu o jego profil psychologiczny, cokolwiek to miało znaczyć. Ale za to Zbyszek... Ten to się kurwa mać cieszył jak idiota.
- Magda, Magda!
- Co tam, Marcin?
- Gdzie siedzisz? Ja 8E.
- A ja 8F. - czy ja właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że siedzę przy oknie? O KURWA.
Marcin posłał mi uśmiech, co oznaczało, że na pewno będziemy przez całą drogę gadać na różnorakie tematy. Przynajmniej tyle dobrego.
- Gdzie idziesz? Nie zostawiaj mnie z tym kamerzystą! - zawył Winiar.
- Idę zjeść jakiś obiad. - zakomunikowałam i tak jak powiedziałam, tak zrobiłam. Usiadłam przy podwójnym stoliku w chińskiej restauracji i zamówiłam dwie porcje sajgonek. No bo proszę państwa, ale to, że jestem kobietą to nic nie znaczy. Lubię zjeść. Dobrze. I dużo. A jeszcze bardziej lubię się krztusić na widok mojego byłego, jak dotąd najpoważniejszego faceta. Tego, o którym napomknęłam Bartkowi. Siedział naprzeciw mnie i robił coś w telefonie. Czy mnie widział? Nie wiem, ale raczej nie pałaliśmy do siebie sympatią. On do mnie, bo go zostawiłam, a ja do niego, bo przez pół roku patrzyłam na niego na siłę. Trzy, dwa, jeden. Bęc. Zauważył mnie i chyba sam siebie zaskoczył bo podniósł swoje cztery litery i ruszył w moją stronę zatrzymując się tuż przed stolikiem, przy którym siedziałam.
- No proszę. Kupę lat. Chciała być sama i jest sama. Na lotnisku Chopina w Warszawie. - rozpoczął konwersację
- Też miło cię widzieć.
- Co tu robisz?
- Pracuję.
- Jesteś stewardessą ?
- Magda, wszędzie cie szukam. Mam prośbę. Zadzwoń do Kowalczyka do Kanady i powiedz, że planowany przylot na miejsce to dwudziesta pięć. - panie Andrzeju Wołkowycki. Ja pana kocham miłością odwieczną. Pan mi ratuje życie i nie muszę odpowiadać na pytania.
- Jasne szefie.
- Ty to jesteś złote dziecko. - odszedł ode mnie i ponownie zostałam sama z moim ex.
- Pracujesz z reprezentacją?
- A czy stewardessy chodzą w biało czerwonym dresie z flagą Polski? Dobra, nieważne. Co u ciebie? Jak ci życie płynie?
- Po staremu. Pracuję w banku. Myślałem, że czas od czasu się odezwiesz. Czekałem na telefon. Ale od rozstania do przypadkowego spotkania minęło dwa lata. A od tegoż spotkania do dziś minął rok. I nic.
- Wybacz, dużo pracuję.
- Może wybierzemy się na kawę? Po drugiej stronie jest dobra kawiarnia.
- Chyba muszę podziękować.
- Ale nalegam.
- Nie, kurwa. Nigdzie nie idę.
- Z Łomaczem byś poszła.
Wstałam z krzesła nie zważając na to, że stygnie mi jedzenie. Już miałam uciekać, ale natknęłam się na ... No własnie.
- Cześć kochanie. Dziękuję za sajgonki . Długo czekasz? Musiałem porozmawiać z trenerem. A to kto?
- Pójdę już. Powodzenia.
Sytuacja, która się wydarzyła przed sekundą wprowadziła mnie w stan osłupienia. Bo najpierw czepił się mnie ten idiota, a chwilę później spławił go Kurek, podając się za mojego faceta. Co prawda nie do końca było tak jak miało być, bo osobnik niepożądany tylko wrócił do swojego stolika i bacznie obserwował to, jak zachowuje się w towarzystwie nowego partnera.
- Stałem w kolejce po kurczaka, ale jak usłyszałem, że nie chcesz typa to postanowiłem wkroczyć do akcji.
- To miłe z twojej strony.
- A myślałem, że powiesz, że sama byś sobie lepiej poradziła. Ale niewiele się pomyliłem.
- Dalej tu patrzy? - zapytałam spoglądając ukradkiem do stolika naprzeciw.
- Bezustannie.
- W takim razie wezmę te sajgonki na wynos i zjem przy Igle na swoim miejscu. Najwyżej mnie nagra.
- Dobra, ale złapmy się na chwilę za ręce.
- Po co?
- Bo wyglądamy mało wiarygodnie. Poza tym to w twoim interesie.
- Po chuju ten interes.
- Nie pyskuj tylko dawaj to łapsko i wychodzimy.
Całe szczęście Bartek wybawił mnie z niezręcznej sytuacji. Ale mogłam się również założyć że będzie dociekał.
- To ten gość, co z nim byłaś trzy lata temu?
- Ta. - odburknęłam zirytowana.
- Chyba go nie lubisz.
- Po prostu nie lubię wracać do przeszłości.
- A to z Grześkiem? O czym on mówił?
Stanęliśmy przy oknie z widokiem na samoloty i wsiadających do nich ludzi.
- Z tym gościem byłam kilka miesiecy. Tak jak mówiłam. Stało się tak dlatego, że chciałam przekonać się do związku i zobaczyć, jak to jest. W trakcie związku poznałam go z Grześkiem bo przyszedł parę razy do mojego brata jak bywałam w domu. Po miesiącu bycia w związku na zaawansowanym poziomie wiedziałam, że mój facet to jedna wielka ściema i muszę to skończyć jak najszybciej. No i po tym jak go zostawiłam ten idiota ubzdurał sobie, że Grzesiek zawrócił mi w głowie. Ot cała historia.
- I ten idiota wypomina ci teraz Grzecha.
- Trafiłeś w sedno.
*
Samolot wystartował, ja układałam się do snu, na co Możdżonek zareagował babskim fochem.
- PITER! ZAJCEW!
- CIAO BEJBE.
Wieś. Normalnie wieś tańczy i śpiewa i jeszcze wyciągnęła akordeon, ale przecież kto mógłby krzyknąć na cały samolot jak nie Igła? A o odpowiedzi już nie wspomnę.
- Mam pyszne sajgoneczki. Podwójna porcja. Jedna dla ciebie. - podzieliłam się posiłkiem z wielkoludem i w tajemnicy przed stewardessami zajadaliśmy się chińską potrawką. Miałam ogromne szczęście, że siedziałam obok Marcina. Bo z Bartanem bym ochujała, Krzysiek nakręciłby o mnie film dokumentalny, a Kurek ciągle mówiłby o zdradzie. Z Marcinem to przynajmniej o Hani pogadam, o wczasach na Rodos, czyli o rodzinnych ogródkach działkowych otoczonych siatką i ponarzekam na rodziców. Wszystko dobre, co pozwoli mi się uwolnić od myśli o locie samolotem, którego tak bardzo nie znoszę, choć leciałam już ze sto razy.
*
Za dwadzieścią pięć siódma rano Igła dorwał niewyspanego Winiara, choć ten zapewne wyglądał lepiej niż ja, a Możdżon ruszył w jego stronę i uścinął go co najmniej tak, jakby miał urodziny.- ZBLIŻA SIĘ DO MNIE! - usłyszałam tylko i żeby nie wyjść na głupią za moment dorwałam redaktora Swędrowskiego.
- Co to za święto, że Igłę przytulają?
- Nie no, Madzia... - popatrzył na mnie z politowaniem. - Przecież wszyscy wiedzą, że Krzysiu ma dziś urodziny.
- Czyli jednak. - powiedziałam pod nosem. - Igła Igła! - na moje wołanie odwrócił się i już wiedział co się kroi.
- Wszystkiego co najlepsze! Oskara za najlepszego vloga na świecie i obyś grał nam jak najdłużej.
- Jaka ty jesteś dzisiaj miła! Niedźwiadek? - Igła zrobił mi takiego niedźwiadka, że obiektyw od jego aparatu wbił mi się w brzuch. Za moment wyszliśmy z hotelu. Oczywiście miałam nie do końca wysuszona głowę i zmarzłam.
- Lekcja troszeczkę angielskiego, Michał, jak powiedzieć 'centrum' po angielsku?
- Downtown.
- Brawo Michał, widać, że nauka nie poszła na marne. Większość zna parę słówek, tutaj na przykład nowa twarz w drużynie pana Anastasiego. Dzień dobry, przedstaw się.
Nie usłyszałam co powiedział Dawid, z wyjątkiem końcówki, która brzmiała 'compania' albo się mylę.
- Ja bym bardziej powiedział Tytus, gdyż z tym bananem to... Już w ogóle.
Dawid zjadł w spokoju swoje najprawdopodobniej śniadanie i zadowolony z żartów urodzinowego Krzysia wsiadł ze wszystkimi do autokaru. Ja trzymałam się Andrzeja, gdyż teraz chwila prawdy, bo jak nas nie wpuszczą na salę to po ptakach. I będzie, że to ja zawaliłam? Bo co robił Andrzej? Tak, właśnie sreberka.
*
No i się zaczęło. Serce w gardle. Sala zamknięta a na drzwiach kartka z napisem...- Players only. Zamknięte bo tutaj jest napisane wyraźnie players only. Nie dla ciebie Marcin.
- Ha. - zaśmiał się Możdżonek, człowiek o anielskiej cierpliwości do Igły i już po chwili wrota się otworzyły.
- Jeeessssst. Dzięki ci, Boże. - wezwałam niebiosa i w towarzystwie Andrzeja, tuż za Igłą i Marcinem weszłam tam, gdzie ma odbyć się dzisiejszy poranny trening. Kamerzysta reprezentacyjny dalej nagrywał.
- O, jest i Olek, zabójca.
- Dzień dobry państwu. - ukłonił się grzecznie doktor i odszedł, a ja znowu zajęłam się sprawami organizacyjnymi.
- Magda, bo ja mówię po angielsku, ale ten pan to po angielsku napieprza więc może i ty dołączysz do trenera, który na pewno wszystko rozumie i później mnie przekażesz parę nowości, jeżeli czegoś nie zrozumiem?
- Co trudnego jest w stwierdzeniu 'I don't understand' ? Zawsze można sie uratować.
Przysłuchiwałam się rozmowie trenera i Kanadyjczyko-Polako-Amerykana po czym błysnęłam intelektem niczym blondynka, którą na pierwszy rzut oka raczej nie byłam.
- Panie Andrzeju, bo sprawa jest. Bo ten gościu to on jest generalnie mówiący po polskiemu. I pewnie za minutę przekaże nam to samo co Anastasiemu tylko w naszym języku.
- Hehe. - nie wierzę kurwa mać, z kim ja pracuję. Tyle srania nie wiadomo o co a on mi na to HEHE. A zza pleców jeszcze te krzyki...
- ZAJCEW! KONAN ZWANY ALIAS TYTUSEM, O MARCIN! PLAYERS ONLY!
- Przepraszam. - biedny Marcin. Już widziałam jego żartobliwy uśmiech.
Czekał mnie następny sprawdzian. Bo Andrzej to się o nic nie martwił, a ja przerabiałam nogami, żeby nas powpuszczali na te wszystkie sale. I tak oto znaleźliśmy się pod drugim obiektem tego dnia, gdzie Igła rozprawiał nad tym jak bardzo chce być rozstrzelany, a kolegę ze sztabu nazwał Snoop Doggi Dogiem. Całe szczęście, że i tutaj gładko poszło, wszyscy wiedzieli kim jesteśmy, a ja już tak bardzo zaplusowałam u Wołkowyckiego, że chyba wyszłam poza skalę.
*
- Jak bardzo cieszysz się, że jedziesz do Konsula? Hip hip?
- HURA!
Andrzeju Wu. Jak cię kocham, tak odpowiedz mi na pytanie, dlaczego do cholery jasnej zamiast zrobić sobie wolne, jedziemy do Konsulatu?! No dlaczego?! To miałą być ta niespodzianka? A ciul takie niespodzianki. Ja chce spać! Mam okres! Boli mnie głowa!
- A ja ci powiem tak. Cancel the console.
Nie no, Zbych jak pierdolnie, to nie ma co zbierać. Wspaniały gość. Człowiek autorytet.
- But you didn't have to cut me off make out like it never happened!!!
- Winiar, daj żyć.
- And that we were nothing i don't even need your love!!!
- O-SZA-LE-JE. - wysylabowałam.
- Ej, Magdzia, chcesz być moją Kimbrą? - a ten to się po co nadal odzywa?
- Zbyś, pocałuj mnie w dupę.
- Madzia, czy ty też cieszysz się, że jedziesz do Konsula?
- Jasne. Szczególnie wtedy, kiedy jestem niewyspana i wszystko mnie boli.
- Menstruacja? - dopytał Jarosz, ale doskonale wiedziałam jak wybrnąć z sytuacji.
- Menopauza.
- To ile ty masz lat?
- Widzicie? 4 tygodnie z wami, a ja postarzałam się o jakieś dwadzieścia pięć lat.
Po czterdziestu minutach, co powiedział do kamery Ignaczak dotarliśmy do konsulatu. Chociaż jak pomylił go z ambasadą to już zgłupiała gdzie jestem. I stęskniłam się za Krakowem. Przemierzaliśmy alejki wielkiego, zielonego ogrodu dopóki Andrzej nie zawołał wszystkich do eleganckiej sali, gdzie stało dziesięciu gości w garniakach i jakieś dwie eleganckie babeczki. I przegiął sobie pałkę. Wziął mikrofon i zaczął wszystkich po kolei przedstawiać.
- Na siedząco... Zibi Bartman.
- Nie wstawaj, bo i tak cie nikt nie lubi. Szepnęłam gdzieś tam z tłumu wielkoludów a Bartman coś tam mruknął że jeszcze mnie dorwie.
- I kto tam jeszcze? - błądził wzrokiem po zawodnikach Wołkowycki, a Żygadło jak na wielebnego przyjaciela przystało wsypał Krzysztofa.
- KAMERZYSTA!
- IGŁA!
- Hoho. Przypomniał sobie, patrz.
Andrzej zrobił wspaniały wstęp przed wypowiedzeniem pełnego imienia i nazwiska libero reprezentacji. Barwnie opisał postać Igły.
- Ile mu zapłaciłeś? - zapytał Żygadło, a ja wybuchnęłam śmiechem. Zapanowała cisza, ale Krzysiu nic sobie z tego nie zrobił i postanowił, że musi koledze odpowiedzieć.
- Pewnie nie tyle co ty.
Na szczęście już po chwili zaprowadzili nas do pomieszczenia cudu. Cudu w Kanadzie. Objawienia w Toronto. Stałam przed stołem. A na stole było jedzenie. Jedzonko. Albo inaczej. Żarło.
- Guźca brakuje! Proszę panią, gdzie jest guziec?
- To już sprawa cateringu.
Nie wytrzymałam. Przykucnęłam przy stole i modliłam się, żeby nie posikać się ze śmiechu. Igła jak usłyszał niczego nieświadomą babeczkę, postąpił dokładnie tak samo jak ja.
- To jest taka... Taka... Afrykańska świnia, heeeeeeee. - zapowietrzył się i chociaż zwracaliśmy na siebie uwagę to trener z uśmiechem na ustach tylko pokiwał głową.
- Poranek Kojota jest jej obcy. - w końcu byłam w stanie cokolwiek powiedzieć.
*
Stała się rzecz niemalże do niedawna niebywała, bo wygraliśmy z wielka Brazylią.
- Mówiłem, że wygramy? Tylko trochę się pomyliłem w czasie. - skwitował doktor Sowa i wszyscy przybiliśmy sobie wzajemnie piątki. Teraz pozostało jedynie pytanie, co będzie działo się w autobusie, ale to akurat najmniej mi przeszkadzało, o dziwo, bo po takim meczu mogłam nawet z nimi zatańczyć przy fotelu kierowcy makarene.
- Czy to jest ta drużyna, która wygrała... WYGRAŁA?! Gdzie jest muzyka? Don de stalle musica! Zibi! Gdzie jest boom-box, gdzie jest boom-box! O jest DJ!
- Uwaga, o. Leci, leci.
Co chłopcy puścili? Forfitera. A z dedykacją dla kogo? Z dedykacją dla mnie. Zbigniew wił się na fotelu niczym gitarzysta Guns n' Roses, Winiar uskuteczniał taniec na węża, a ja postanowiłam dołączyć do Zbyszka. Oczywiście zmieniono również światła. Wszystko było zielone, a Ignaczak stwierdził, że ten nasz Zibi to jest jednak brzydki.
- Potwierdzam. - dopowiedziałam.
- A chcesz wysiąść?
- To ja organizowałam tą wycieczkę, więc ja ustalam zasady. - uśmiechnęłam się szyderczo.
- Jest pięknie, it's beautiful, uuuuuu!
W doskonałych humorach dojechaliśmy do hotelu. Poinformowałam podopiecznych, że nazajutrz odbędzie się wycieczka, o której w przeciwieństwie do tej do konsulatu wiem i na pewno im się spodoba. Kanadyjskich przygód, jak się okazuje, ciąg dalszy.
Komentarze