#9 No, jest jeszcze kamikadze.
- Waka, waka, eee, eee!
- Ej, Winiar. Ale to nie te rozgrywki. I nie ten kraj. I właściwie to.. Co ty kurwa śpiewasz?!
- Kobiety. - wzdychnął głośno. - Wy się czepiacie wszystkiego. Nawet takich drobiazgów. Nie można rozładować napięcia przed długą i wyczerpującą podróżą? Jakbym Dage słyszał. Widział w sumie też. I to i to diabeł wcielony w czarnych włosach.
- Właśnie nazwałeś mnie diabłem. A ja własnie wróże ci twoją świetlaną przyszłość. Bo przez przypadek możesz nie polecieć do tej Brazylii.
- Widzę, że z tobą lepiej nie zadzierać. Więc podnoszę ręce w geście kapitulacji. O, patrz.
- I tak nie skończysz jak Bartman. On jest skreślony. Od początku.
- Co ja, co ja? - przybiegł niczym strzała nasz Ronaldo, a Winiarski uderzył się w czoło.
- A nic ty. Opowiadam Winiarowi o tym, jak bardzo zatruwasz powietrze.
- Ile razy ja mam cię za to jeszcze przepraszać?! Antczakowa!
- Bartman?
- No weź się no ... Czy ty myślisz, że ja ci do pokoju wlazłem wtedy specjalnie po to, żeby zobaczyć ten twój ręcznik?!
- Dobrze, że podkreśliłeś słowo ręcznik bo walnęłabym ci w mordę. Tak solidnie. I tak uroczyście, że kiedy już byś leżał na ziemi z zakrwawionym nosem, na niebie pojawiłyby się fajerwerki. - rozmarzyłam się i wyminęłam towarzystwo.
- Ej, znowu uciekasz! Ja z tobą nie skończyłem!
Reakcja na zaczepkę Bartmana była następująca - nie odwracając się uniosłam rękę w górę i wystawiłam środkowy palec. To jednak miłość.
Pierwszym przystankiem przed wylądowaniem w Brazylii było lądowanie w Paryżu. Tak się złożyło, że mój cudowny zmysł organizowania spraw różnego kalibru pozwolił na nie za długie oczekiwanie na następny samolot. Jak się okazało, jednak wystarczające dla tych, którzy poszli mierzyć okulary warte mniej więcej tyle, co jedna trzecia mojej pensji.
. Co oni mają w głowie?! A co ja mam w głowie, że poszłam za nimi? Nie mam najmniejszego pojęcia.
- Znowu mnie kręcisz, jak wybieram okulary. - skarcił Ignaczaka Jarski, a ja ukryłam się za plecami Kosy i znalazłam całkiem fajne pilotki.
- Co taka mina krzywa, koleżanko? - zapytała mnie moja przykrywka przed kamerą.
- A dałeś kiedyś pięć tysi za dwa szkła i plastikową ramkę?
- Pogięło cie.
- No własnie. Czy ja muszę to komentować?
- Ale fajnie wyglądasz przynajmniej! - zaśmiał się.
- Jak Quasimodo. - popatrzyłam jeszcze raz w lustro obracając twarz tak, aby dokładnie przyjrzeć się prawej i lewej stronie.
- Ten od dzwonnika?
- A był jakiś inny?
- No, jest jeszcze kamikadze.
- Żeby kamikadze z Quasimodo pomylić to trzeba mieć talent. - odłożyłam przedmiot i spojrzałam na mojego rozmówcę. - A przynajmniej nie do siatkówki.
Naszą inteligentną pogadankę przerwał Kuba, który stwierdził, że trzy lata wcześniej przymierzał okulary z innym Grzegorzem, tudzież Łomaczem, na co cicho załkałam. Bo co jak co, ale Grześka to mi trochę tutaj brakowało. Chociaż Kosok i tak nadrobił. Ubrał coś co przypominało ... Nieważne. A następnie odwrócił się wprost do kamery.
- Ha! Jest okej! - skomentował Igła, chociaż Kosa wyglądał gorzej niż źle. - Kto nałoży jakieś, w których będzie wyglądał najlepiej? Dobra. Ja szukam. No. Dawaj, jedziesz. Cicho, patrzymy w lustro. - zwrócił się do Kuby.
- Wybrałem.
To był błąd. To był cholera jasna straszny błąd, że ja popatrzyłam na tego przygłupiego Jarosza akurat w momencie, w którym miał na oczach coś różowego o bliżej nieokreślonym kształcie. Zaśmiałam się tak głośno, że mnie chyba turyści na ostatnim piętrze na Wieży Eiffela usłyszeli.
- Litości, Kuba.
- Aż sam się rozbawiłem. - A jeszcze weselej zrobiło się w momencie, kiedy Kosa ubrał takie same Coś, tylko w kolorze białym. - Zdobywamy Sao Paulo.
- Nie wyrabiam. - faktycznie, nie wyrobiłam. Musiałam opuścić towarzystwo. Jeszcze tylko usłyszałam za plecami jakieś miłosne deklaracje. Że niby Kosok ma Igłe?! Fuj.
- Ej ludzie. - donośny głos Żygadły spowodował, że nawet Niedźwiedź Możdżonek został wybudzony z zimowego snu, a ja podniosłam głowę z ramienia Wiśniewskiego. Nie wiem skąd się tam wzięła. Pewnie zasnęłam. - Wiecie, że w reprezentacji Stanów jest babeczka?
- I co z tego? W naszej też. - w końcu ktoś na poziomie zabrał głos. Guma, I love you.
- Pokaż no tę gazetkę! Niech ocenie okiem eksperta. - Bartman założył okulary i brutalnie wyrwał ją Łukaszowi z rąk. - O taka o. Jakaś niska. I blondynka. E tam. Nie w moim klimacie.
- Jak nie w twoim? Asia też niska i też blondynka.
- Marcin, kocham cie! - krzyknęłam a Guma zbił piątkę koledze Niedźwiedziowi. Mina Bartmana? Przekomiczna. Jakby dostał w przyrodzenie. A Marcin? Dumny z siebie.
- Jesteście chujowi. - skwitował Zbyszek i przytulił do siebie Kubiaka. - Ale ty mnie nie opuścisz nigdy, prawda?
- Hm. Pomyślmy. Jeżeli jeszcze raz wrzucisz sobie brudne skarpetki do mojej walizki, bo powiesz, że się pomyliłeś, to wszystko może się zdarzyć.
- I ty Brutusie, przeciwko mnie?! A idźcie, w cholerę!
Zbyszek rozłożył fotel i poszedł spać, a reszta wróciła do wcześniejszych zajęć. Pit śpiewał, ja usilnie szukałam jednej spośród tysiąca piosenek, Wiśnia czytał jakieś mądre, naukowe pisemko, Kubiak grał na Playstation, Guma rozprawiał z Możdżonkiem o ... Nie wiem o czym, chyba jestem na to za głupia. A reszta coś tam jeszcze innego.
Kto mógł mieć pecha i czyja walizka wyjechała ostatnia? Ja. Bo przecież nawet ten idiota Bartman bez problemu otrzymał swoje rzeczy. Biednemu zawsze wiatr w oczy.
- Czy możemy już jechać? - zapytał Wołkowycki pomagając mi taszczyć walizkę, która nieco ucierpiała. Jedno z kółek cudownie przestało się kręcić.
- Nie smuć się. Kupimy nową.
- Szefie, tu nie chodzi o walizkę. Tu chodzi o mojego pecha. - wyjaśniłam.
- Co jest gorsze? Bartman po prysznicu czy zepsute kółko?
- Panie Andrzeju, znokautował mnie pan.
- Cóż. Takie wieści szybko się roznoszą. -wzruszył ramionami i wsadził mój bagaż do łuku bagażowego w autokarze. - Ładna jesteś. Nie dziw się, że za tobą lata.
- SZEFIE! - wykrzyczałam aż Nowakowski mnie z tylnych siedzeń usłyszał i uderzył czołem w okno. Idiota. Dyskretnie wystawiłam mu środkowy palec (co ja tak ich ostatnio pozdrawiam?!) i przepuszczona w drzwiach usiadłam na siedzeniu za kierowcą.
Wieczór wolny od treningu i wszelakich zajęć miał być chwilą oddechu dla zawodników. Dla sztabu niestety nie. Chociaż ja z Andrzejem mieliśmy nieco luźniej niż fizjoterapeuci, tak naprawdę po jakiś pięciu godzinach od zakwaterowania się w pokojach usiadłam na balkonie i zapaliłam. Uniosłam w górę głowę i obserwowałam jak dym, który wypuszczam z ust rozchodzi się na tle granatowego nieba pełnego gwiazd. W Polsce pewnie dzień, słońce świeci, a u nas ciemno jak w dupie. I ja też byłam w dupie, bo mnie na koniec świata z tymi przychlastami wysłali.
- No nie. No ja nie wierzę. To znowu ty. - pokręciłam głową, kiedy zobaczyłam na łączonym balkonie Kurka. Pewnie znowu dzielił swoją kanciapę z Pitem. - Tylko błagam, nie dręcz mnie.
- Ej. - oburzył się, ale i tak wepchał swój tyłek obok mnie.
- A może chcesz spróbować drugi raz? Przynajmniej się pośmieje na koniec dnia.
- Doprawdy, nie ogarniam, jak możesz truć się tym świństwem. Już ci to mówiłem.
- Uzależnienie. Co zrobisz? - udałam bezradną. Obok nas w mgnieniu oka pojawił się Piotrek i najpierw pomachał ręką przed swoim nosem, bo mu chyba dym nie pasował.
- Kopcisz jak przy wyborze papieża. - skomentował i zakaszlał dwa razy. - Prawie jak habemus papam.
- Czy to nie jest pora na sen? Już dawno po dobranocce.
- Nie, nie. - odpowiedział pewnie i przysiadł się z drugiej strony. - W Polsce jeszcze nie.
- Czasami się zastanawiam, skąd ty się wziąłeś?
- Z kapusty.
- E, synek. - wbił Kurkowi pięść w bicepsa, a ja zaczęłam się śmiać. Coś z tego Kurka jeszcze wyrośnie.
- Oj dzieci, co ja z wami mam?
- Trzy światy.
- Więcej, Piotruś, więcej. Z każdym z was mam osobny.
- W takim razie nie chcę wiedzieć, co dzieje się w tym świecie z Bartmanem.
- Ughhhh. Tam to się leją hektolitry krwi. - aż mnie ciary przeszły jak to powiedziałam.
- Jesteśmy na siłowni.
Tuż przy wejściu Igła hasał już z kamerą i przygłupi Bartman komentował znajdujący się w niej sprzęt. Ja usiadłam w bezpiecznym miejscu z laptopem na kolanach i zajmowałam się swoimi pierdołami, co jakiś czas konsultując wszystko z Wołkowyckim. W sumie nic nadzwyczajnego się nie działo. Zawodnicy zebrali się przy ławkach pod ścianą, wiązali buty głośno się przy tym śmiejąc. Serio, nie wiem co jest śmiesznego w sznurówkach. Ale wiem co jest śmiesznego w tańcu Winiara. A mianowicie on sam. I jego ruchy. Nogą, ręką, biodrem... Dupą.
- Igła, błagam. Powiedz, że to nagrałeś, a po Lidze Światowej stawiam ci duże piwo.
- Haha. - zaśmiał się nie odrywając obiektywu od speszonego już niestety Winiarskiego. - Piwo jest moje.
- Poproszę o zgranie tego na płytę. Jak będę umierać to macie mi to puścić, żebym chociaż odeszła z tego świata w dobrym humorze.
- Ty jesteś jednak pesymistką! - zaśmiał się Ignaczak.
- Igła! Nie obijaj się! - krzyknął Olek Zabójca, a ja udałam, że wcale nie zagaduję Ignaczaka i gdyby nie to, że przed momentem odruchowo zamknęłam laptopa, to pewnie by mi uwierzył. A tak tylko popatrzył na mnie z politowaniem, pokręcił głową i poszedł sobie usiąść na ławkę obok. Ale co tam. I tak go uwielbiam. Może powinnam go wynająć do znęcania się nad Bartmanem?
W Brazylii poszło nam gładko. Ostatni wieczór przed odlotem spędziliśmy na spaniu, oglądaniu filmów i rozmawianiu o pierdołach, chociaż ja i tak wolałam muzyczną terapię. W końcu i mnie, podobno największej pesymistce jaką świat widział (słowa Piotrka, nie wiem, czy warto się nimi kierować) udzieliła się samotność. Ubrałam bluzę i pomyślałam, że skoro już mam konsumować ciszę tylko i wyłącznie w swoim towarzystwie, przejdę się na plażę. Nie zmieniając spodenek z krótkich na długie, wyszłam z hotelu, meldując swoje poczynania Wołkowyckiemu. Przeszłam się wzdłuż brzegu piaszczystej plaży z sandałkami w rękach.
- Śledzisz mnie? - ktoś przerwał ciszę.
- Serio, Bartek? Nie miałabym co robić tylko cię śledzić. Wyszłam na spacer, nie wiedziałam, że tu siedzisz.
- Dobra, nie tłumacz się. Przecież żartowałem.
- Ja się wcale nie tłumaczę O nie...
- Siadaj. - przerwał i wskazał dłonią na miejsce obok siebie.
- Mam jasne spodenki.
- To wypierzesz. Nikt ci nie karze siadać w białych spodenkach do słoika w burakami ćwikłowymi. To tylko piasek.
- Zadziwiasz mnie czasami swoimi porównaniami. - usiadłam na wskazanie przez niego wcześniej miejsce i podkuliłam kolana aż po samą brodę. Następnie objęłam je rękoma. - Co cię tak naszło na ciszę? Nie siedzisz w pokoju z Piotrusiem i nie nabijacie się z Możdżona?
- Wbrew pozorom, lubię się czasem wyłączyć.
- Pozorom jak pozorom...
- Pozorom. - znowu mi przerwał. Kurwek jeden. - Czujesz coś do Zbycha?
- ŻE CO PROSZĘ?! Bartuś, stop. To, że mieliśmy kilka niezręcznych sytuacji nie oznacza, że ja coś do niego czuję. Owszem. Był powodem, dla którego znalazłam się na dwa dni we Wrocławiu. No bo chyba nikt nie lubi być wykorzystany, a tym bardziej nikt nie lubi udawać, że wszystko gra. Ja poczułam się wykorzystana. Jak zabawka. - wypłynął ze mnie potok słów.
- To dobrze, że ty do niego nic, a nic. Jak go lubię, tak niech się buja z Asią.
- A co? Ze mną nie może? - zaczęłam się śmiać, no bo w sumie to żartowałam.
- To nie chodzi o to. Jesteś w porządku laska i trochę głupio, gdybyś się zmarnowała dając mu się omotać. Wiesz... W sumie to mnie śmieszą twoje riposty, które do niego kierujesz.
- A ty zachowujesz się tak, jakbyś go nie lubił.
- Bo mnie irytuje sposób, w jaki traktuje dziewczyny. Z Kuby siostrą też postąpił średnio. Ona przyjeżdża na mecz, a on się obściskuje z tą swoją blond pięknością.
- Kurek taki dobry. Taki wierny i taki solidarny ze wszystkimi skrzywdzonymi przez Zbyszka kobietami.
- Może jak pojadę do Rosji, to będę zimnym skurwysynem. Taka wiesz, nagła zmiana.
- No co ty? To jednak podpisałeś ten kontrakt?
- A nie słyszałaś?
- Coś tam się u Kubiaka w pokoju mówiło, jak do nich z jakimiś papierami przyszłam. Ale im wierzyć... - uniosłam wzrok w górę, następnie przed oczami machałam swoją dłonią i przez przerwy między palcami oglądałam zbliżające się do lądowania samoloty.
- A co taki zdziwienie? - chyba lekko się zbulwersował.
- Oj, Bartuś. No bo Rosja, bo zimno, bo piździ, bo daleko od chałupy, od kraju zielonego, bigosem i schabowym płynącego i wiesz... Chujowo ogólnie.
- Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
- Racja. Może rzeczywiście ci się opłaci. - spojrzałam na niego. Radosne spojrzenie, iskierki w oczach i ten zawadiacki uśmiech. Cały Bartosz K.
- Co mi się tak przyglądasz?
- Sprawdzam, czy rzeczywiście jesteś taki brzydki. - wystawiłam mu język i wstałam, otrzepując swoje cztery litery. - W reklamie Monte zrobią ci photoshopa. Tylko nie spierdol tego, bo ja serio lubię ten jogurt.
- Jak dostanę zapas, to zrobię paczkę i prześle ci do Krakowa kurierem.
- Brzydki, ale mądry. - zostawiłam siedzącego na piasku Kurasia i wróciłam do hotelu, wpadając na Wołkowyckiego.
- Kubiak cie szukał. Grają w karty i myślał, że wpadniesz. - zaczepił mnie. - Aaa.. I szukał jeszcze Bartosza... A własnie. Gdzie jest Bartosz?
- Nie mam zielonego pojęcia. - uśmiechnęłam się pod nosem, bo po co miałam Kurkową kontemplację psuć?
w sumie to nie mam gdzie sie wygadac, a i tak pewnie nikt nie czyta. w poniedziałek się wyprowadzam, tak jak chcialam, na stałe, bo w sumie jest okazja, zeby to uczynic. chociaz bylo tragicznie, bo nic nie poszło jak miało, bo przyjaciolka zawiodla, bo wszystko, co planowalam przez co najmniej 6 lat legło w gruzach i nowy plan na siebie układałam w niespełna miesiąc. ale jadę. jadę szukac pracy, jadę się uczyc i zmienić wszystko, co chcialam,od paru ladnych lat. było łatwo do dzisiaj. bo jednak tu gdzie jestem jeszcze te trzy dni coś zostawiam. zostawiam połowę siebie i chociaz sama nie mogę w to uwierzyc, to tak rzeczywiscie jest i tak czuję. bo miałam obok siebie przez całe swoje życie zajebistych ludzi. i życze kazdemu, zeby mial na swojej drodze takie osoby, jakie ja miałam i mam nadal. i jeszcze zyczę, zeby kazdy sobie uswiadomił to w miare szybko, a nie trzy dni przed wyjazdem jak ja,kiedy walizki są spakowane. bo pewnie nie z wszystkimi bedzie mozliwosc, zeby sie pozegnac. no. bede tesknic, ale cos sie zaczyna, cos sie kończy i taka kolej rzeczy. ale wbrew temu, co mowilam na podkarpacie będe wracać z ogromnym sentymentem i odjeżdżać z ogromnym smutkiem. twardzielka się rozkleila. a niech to. więc stolico. witaj. dziwnie tak spełniać marzenia o zyciu w wielkim miescie i płakać. cala ja.
to jest ostatni rozdzial pisany w domu, więc musialam cos z siebie wyrzucic. wybaczcie (oczywiscie jezeli ktos tu jest)
- Ej, Winiar. Ale to nie te rozgrywki. I nie ten kraj. I właściwie to.. Co ty kurwa śpiewasz?!
- Kobiety. - wzdychnął głośno. - Wy się czepiacie wszystkiego. Nawet takich drobiazgów. Nie można rozładować napięcia przed długą i wyczerpującą podróżą? Jakbym Dage słyszał. Widział w sumie też. I to i to diabeł wcielony w czarnych włosach.
- Właśnie nazwałeś mnie diabłem. A ja własnie wróże ci twoją świetlaną przyszłość. Bo przez przypadek możesz nie polecieć do tej Brazylii.
- Widzę, że z tobą lepiej nie zadzierać. Więc podnoszę ręce w geście kapitulacji. O, patrz.
- I tak nie skończysz jak Bartman. On jest skreślony. Od początku.
- Co ja, co ja? - przybiegł niczym strzała nasz Ronaldo, a Winiarski uderzył się w czoło.
- A nic ty. Opowiadam Winiarowi o tym, jak bardzo zatruwasz powietrze.
- Ile razy ja mam cię za to jeszcze przepraszać?! Antczakowa!
- Bartman?
- No weź się no ... Czy ty myślisz, że ja ci do pokoju wlazłem wtedy specjalnie po to, żeby zobaczyć ten twój ręcznik?!
- Dobrze, że podkreśliłeś słowo ręcznik bo walnęłabym ci w mordę. Tak solidnie. I tak uroczyście, że kiedy już byś leżał na ziemi z zakrwawionym nosem, na niebie pojawiłyby się fajerwerki. - rozmarzyłam się i wyminęłam towarzystwo.
- Ej, znowu uciekasz! Ja z tobą nie skończyłem!
Reakcja na zaczepkę Bartmana była następująca - nie odwracając się uniosłam rękę w górę i wystawiłam środkowy palec. To jednak miłość.
*
Pierwszym przystankiem przed wylądowaniem w Brazylii było lądowanie w Paryżu. Tak się złożyło, że mój cudowny zmysł organizowania spraw różnego kalibru pozwolił na nie za długie oczekiwanie na następny samolot. Jak się okazało, jednak wystarczające dla tych, którzy poszli mierzyć okulary warte mniej więcej tyle, co jedna trzecia mojej pensji.
. Co oni mają w głowie?! A co ja mam w głowie, że poszłam za nimi? Nie mam najmniejszego pojęcia.
- Znowu mnie kręcisz, jak wybieram okulary. - skarcił Ignaczaka Jarski, a ja ukryłam się za plecami Kosy i znalazłam całkiem fajne pilotki.
- Co taka mina krzywa, koleżanko? - zapytała mnie moja przykrywka przed kamerą.
- A dałeś kiedyś pięć tysi za dwa szkła i plastikową ramkę?
- Pogięło cie.
- No własnie. Czy ja muszę to komentować?
- Ale fajnie wyglądasz przynajmniej! - zaśmiał się.
- Jak Quasimodo. - popatrzyłam jeszcze raz w lustro obracając twarz tak, aby dokładnie przyjrzeć się prawej i lewej stronie.
- Ten od dzwonnika?
- A był jakiś inny?
- No, jest jeszcze kamikadze.
- Żeby kamikadze z Quasimodo pomylić to trzeba mieć talent. - odłożyłam przedmiot i spojrzałam na mojego rozmówcę. - A przynajmniej nie do siatkówki.
Naszą inteligentną pogadankę przerwał Kuba, który stwierdził, że trzy lata wcześniej przymierzał okulary z innym Grzegorzem, tudzież Łomaczem, na co cicho załkałam. Bo co jak co, ale Grześka to mi trochę tutaj brakowało. Chociaż Kosok i tak nadrobił. Ubrał coś co przypominało ... Nieważne. A następnie odwrócił się wprost do kamery.
- Ha! Jest okej! - skomentował Igła, chociaż Kosa wyglądał gorzej niż źle. - Kto nałoży jakieś, w których będzie wyglądał najlepiej? Dobra. Ja szukam. No. Dawaj, jedziesz. Cicho, patrzymy w lustro. - zwrócił się do Kuby.
- Wybrałem.
To był błąd. To był cholera jasna straszny błąd, że ja popatrzyłam na tego przygłupiego Jarosza akurat w momencie, w którym miał na oczach coś różowego o bliżej nieokreślonym kształcie. Zaśmiałam się tak głośno, że mnie chyba turyści na ostatnim piętrze na Wieży Eiffela usłyszeli.
- Litości, Kuba.
- Aż sam się rozbawiłem. - A jeszcze weselej zrobiło się w momencie, kiedy Kosa ubrał takie same Coś, tylko w kolorze białym. - Zdobywamy Sao Paulo.
- Nie wyrabiam. - faktycznie, nie wyrobiłam. Musiałam opuścić towarzystwo. Jeszcze tylko usłyszałam za plecami jakieś miłosne deklaracje. Że niby Kosok ma Igłe?! Fuj.
*
- Ej ludzie. - donośny głos Żygadły spowodował, że nawet Niedźwiedź Możdżonek został wybudzony z zimowego snu, a ja podniosłam głowę z ramienia Wiśniewskiego. Nie wiem skąd się tam wzięła. Pewnie zasnęłam. - Wiecie, że w reprezentacji Stanów jest babeczka?
- I co z tego? W naszej też. - w końcu ktoś na poziomie zabrał głos. Guma, I love you.
- Pokaż no tę gazetkę! Niech ocenie okiem eksperta. - Bartman założył okulary i brutalnie wyrwał ją Łukaszowi z rąk. - O taka o. Jakaś niska. I blondynka. E tam. Nie w moim klimacie.
- Jak nie w twoim? Asia też niska i też blondynka.
- Marcin, kocham cie! - krzyknęłam a Guma zbił piątkę koledze Niedźwiedziowi. Mina Bartmana? Przekomiczna. Jakby dostał w przyrodzenie. A Marcin? Dumny z siebie.
- Jesteście chujowi. - skwitował Zbyszek i przytulił do siebie Kubiaka. - Ale ty mnie nie opuścisz nigdy, prawda?
- Hm. Pomyślmy. Jeżeli jeszcze raz wrzucisz sobie brudne skarpetki do mojej walizki, bo powiesz, że się pomyliłeś, to wszystko może się zdarzyć.
- I ty Brutusie, przeciwko mnie?! A idźcie, w cholerę!
Zbyszek rozłożył fotel i poszedł spać, a reszta wróciła do wcześniejszych zajęć. Pit śpiewał, ja usilnie szukałam jednej spośród tysiąca piosenek, Wiśnia czytał jakieś mądre, naukowe pisemko, Kubiak grał na Playstation, Guma rozprawiał z Możdżonkiem o ... Nie wiem o czym, chyba jestem na to za głupia. A reszta coś tam jeszcze innego.
*
Kto mógł mieć pecha i czyja walizka wyjechała ostatnia? Ja. Bo przecież nawet ten idiota Bartman bez problemu otrzymał swoje rzeczy. Biednemu zawsze wiatr w oczy.
- Czy możemy już jechać? - zapytał Wołkowycki pomagając mi taszczyć walizkę, która nieco ucierpiała. Jedno z kółek cudownie przestało się kręcić.
- Nie smuć się. Kupimy nową.
- Szefie, tu nie chodzi o walizkę. Tu chodzi o mojego pecha. - wyjaśniłam.
- Co jest gorsze? Bartman po prysznicu czy zepsute kółko?
- Panie Andrzeju, znokautował mnie pan.
- Cóż. Takie wieści szybko się roznoszą. -wzruszył ramionami i wsadził mój bagaż do łuku bagażowego w autokarze. - Ładna jesteś. Nie dziw się, że za tobą lata.
- SZEFIE! - wykrzyczałam aż Nowakowski mnie z tylnych siedzeń usłyszał i uderzył czołem w okno. Idiota. Dyskretnie wystawiłam mu środkowy palec (co ja tak ich ostatnio pozdrawiam?!) i przepuszczona w drzwiach usiadłam na siedzeniu za kierowcą.
*
Wieczór wolny od treningu i wszelakich zajęć miał być chwilą oddechu dla zawodników. Dla sztabu niestety nie. Chociaż ja z Andrzejem mieliśmy nieco luźniej niż fizjoterapeuci, tak naprawdę po jakiś pięciu godzinach od zakwaterowania się w pokojach usiadłam na balkonie i zapaliłam. Uniosłam w górę głowę i obserwowałam jak dym, który wypuszczam z ust rozchodzi się na tle granatowego nieba pełnego gwiazd. W Polsce pewnie dzień, słońce świeci, a u nas ciemno jak w dupie. I ja też byłam w dupie, bo mnie na koniec świata z tymi przychlastami wysłali.
- No nie. No ja nie wierzę. To znowu ty. - pokręciłam głową, kiedy zobaczyłam na łączonym balkonie Kurka. Pewnie znowu dzielił swoją kanciapę z Pitem. - Tylko błagam, nie dręcz mnie.
- Ej. - oburzył się, ale i tak wepchał swój tyłek obok mnie.
- A może chcesz spróbować drugi raz? Przynajmniej się pośmieje na koniec dnia.
- Doprawdy, nie ogarniam, jak możesz truć się tym świństwem. Już ci to mówiłem.
- Uzależnienie. Co zrobisz? - udałam bezradną. Obok nas w mgnieniu oka pojawił się Piotrek i najpierw pomachał ręką przed swoim nosem, bo mu chyba dym nie pasował.
- Kopcisz jak przy wyborze papieża. - skomentował i zakaszlał dwa razy. - Prawie jak habemus papam.
- Czy to nie jest pora na sen? Już dawno po dobranocce.
- Nie, nie. - odpowiedział pewnie i przysiadł się z drugiej strony. - W Polsce jeszcze nie.
- Czasami się zastanawiam, skąd ty się wziąłeś?
- Z kapusty.
- E, synek. - wbił Kurkowi pięść w bicepsa, a ja zaczęłam się śmiać. Coś z tego Kurka jeszcze wyrośnie.
- Oj dzieci, co ja z wami mam?
- Trzy światy.
- Więcej, Piotruś, więcej. Z każdym z was mam osobny.
- W takim razie nie chcę wiedzieć, co dzieje się w tym świecie z Bartmanem.
- Ughhhh. Tam to się leją hektolitry krwi. - aż mnie ciary przeszły jak to powiedziałam.
*
Tuż przy wejściu Igła hasał już z kamerą i przygłupi Bartman komentował znajdujący się w niej sprzęt. Ja usiadłam w bezpiecznym miejscu z laptopem na kolanach i zajmowałam się swoimi pierdołami, co jakiś czas konsultując wszystko z Wołkowyckim. W sumie nic nadzwyczajnego się nie działo. Zawodnicy zebrali się przy ławkach pod ścianą, wiązali buty głośno się przy tym śmiejąc. Serio, nie wiem co jest śmiesznego w sznurówkach. Ale wiem co jest śmiesznego w tańcu Winiara. A mianowicie on sam. I jego ruchy. Nogą, ręką, biodrem... Dupą.
- Igła, błagam. Powiedz, że to nagrałeś, a po Lidze Światowej stawiam ci duże piwo.
- Haha. - zaśmiał się nie odrywając obiektywu od speszonego już niestety Winiarskiego. - Piwo jest moje.
- Poproszę o zgranie tego na płytę. Jak będę umierać to macie mi to puścić, żebym chociaż odeszła z tego świata w dobrym humorze.
- Ty jesteś jednak pesymistką! - zaśmiał się Ignaczak.
- Igła! Nie obijaj się! - krzyknął Olek Zabójca, a ja udałam, że wcale nie zagaduję Ignaczaka i gdyby nie to, że przed momentem odruchowo zamknęłam laptopa, to pewnie by mi uwierzył. A tak tylko popatrzył na mnie z politowaniem, pokręcił głową i poszedł sobie usiąść na ławkę obok. Ale co tam. I tak go uwielbiam. Może powinnam go wynająć do znęcania się nad Bartmanem?
*
W Brazylii poszło nam gładko. Ostatni wieczór przed odlotem spędziliśmy na spaniu, oglądaniu filmów i rozmawianiu o pierdołach, chociaż ja i tak wolałam muzyczną terapię. W końcu i mnie, podobno największej pesymistce jaką świat widział (słowa Piotrka, nie wiem, czy warto się nimi kierować) udzieliła się samotność. Ubrałam bluzę i pomyślałam, że skoro już mam konsumować ciszę tylko i wyłącznie w swoim towarzystwie, przejdę się na plażę. Nie zmieniając spodenek z krótkich na długie, wyszłam z hotelu, meldując swoje poczynania Wołkowyckiemu. Przeszłam się wzdłuż brzegu piaszczystej plaży z sandałkami w rękach.
- Śledzisz mnie? - ktoś przerwał ciszę.
- Serio, Bartek? Nie miałabym co robić tylko cię śledzić. Wyszłam na spacer, nie wiedziałam, że tu siedzisz.
- Dobra, nie tłumacz się. Przecież żartowałem.
- Ja się wcale nie tłumaczę O nie...
- Siadaj. - przerwał i wskazał dłonią na miejsce obok siebie.
- Mam jasne spodenki.
- To wypierzesz. Nikt ci nie karze siadać w białych spodenkach do słoika w burakami ćwikłowymi. To tylko piasek.
- Zadziwiasz mnie czasami swoimi porównaniami. - usiadłam na wskazanie przez niego wcześniej miejsce i podkuliłam kolana aż po samą brodę. Następnie objęłam je rękoma. - Co cię tak naszło na ciszę? Nie siedzisz w pokoju z Piotrusiem i nie nabijacie się z Możdżona?
- Wbrew pozorom, lubię się czasem wyłączyć.
- Pozorom jak pozorom...
- Pozorom. - znowu mi przerwał. Kurwek jeden. - Czujesz coś do Zbycha?
- ŻE CO PROSZĘ?! Bartuś, stop. To, że mieliśmy kilka niezręcznych sytuacji nie oznacza, że ja coś do niego czuję. Owszem. Był powodem, dla którego znalazłam się na dwa dni we Wrocławiu. No bo chyba nikt nie lubi być wykorzystany, a tym bardziej nikt nie lubi udawać, że wszystko gra. Ja poczułam się wykorzystana. Jak zabawka. - wypłynął ze mnie potok słów.
- To dobrze, że ty do niego nic, a nic. Jak go lubię, tak niech się buja z Asią.
- A co? Ze mną nie może? - zaczęłam się śmiać, no bo w sumie to żartowałam.
- To nie chodzi o to. Jesteś w porządku laska i trochę głupio, gdybyś się zmarnowała dając mu się omotać. Wiesz... W sumie to mnie śmieszą twoje riposty, które do niego kierujesz.
- A ty zachowujesz się tak, jakbyś go nie lubił.
- Bo mnie irytuje sposób, w jaki traktuje dziewczyny. Z Kuby siostrą też postąpił średnio. Ona przyjeżdża na mecz, a on się obściskuje z tą swoją blond pięknością.
- Kurek taki dobry. Taki wierny i taki solidarny ze wszystkimi skrzywdzonymi przez Zbyszka kobietami.
- Może jak pojadę do Rosji, to będę zimnym skurwysynem. Taka wiesz, nagła zmiana.
- No co ty? To jednak podpisałeś ten kontrakt?
- A nie słyszałaś?
- Coś tam się u Kubiaka w pokoju mówiło, jak do nich z jakimiś papierami przyszłam. Ale im wierzyć... - uniosłam wzrok w górę, następnie przed oczami machałam swoją dłonią i przez przerwy między palcami oglądałam zbliżające się do lądowania samoloty.
- A co taki zdziwienie? - chyba lekko się zbulwersował.
- Oj, Bartuś. No bo Rosja, bo zimno, bo piździ, bo daleko od chałupy, od kraju zielonego, bigosem i schabowym płynącego i wiesz... Chujowo ogólnie.
- Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
- Racja. Może rzeczywiście ci się opłaci. - spojrzałam na niego. Radosne spojrzenie, iskierki w oczach i ten zawadiacki uśmiech. Cały Bartosz K.
- Co mi się tak przyglądasz?
- Sprawdzam, czy rzeczywiście jesteś taki brzydki. - wystawiłam mu język i wstałam, otrzepując swoje cztery litery. - W reklamie Monte zrobią ci photoshopa. Tylko nie spierdol tego, bo ja serio lubię ten jogurt.
- Jak dostanę zapas, to zrobię paczkę i prześle ci do Krakowa kurierem.
- Brzydki, ale mądry. - zostawiłam siedzącego na piasku Kurasia i wróciłam do hotelu, wpadając na Wołkowyckiego.
- Kubiak cie szukał. Grają w karty i myślał, że wpadniesz. - zaczepił mnie. - Aaa.. I szukał jeszcze Bartosza... A własnie. Gdzie jest Bartosz?
- Nie mam zielonego pojęcia. - uśmiechnęłam się pod nosem, bo po co miałam Kurkową kontemplację psuć?
*
w sumie to nie mam gdzie sie wygadac, a i tak pewnie nikt nie czyta. w poniedziałek się wyprowadzam, tak jak chcialam, na stałe, bo w sumie jest okazja, zeby to uczynic. chociaz bylo tragicznie, bo nic nie poszło jak miało, bo przyjaciolka zawiodla, bo wszystko, co planowalam przez co najmniej 6 lat legło w gruzach i nowy plan na siebie układałam w niespełna miesiąc. ale jadę. jadę szukac pracy, jadę się uczyc i zmienić wszystko, co chcialam,od paru ladnych lat. było łatwo do dzisiaj. bo jednak tu gdzie jestem jeszcze te trzy dni coś zostawiam. zostawiam połowę siebie i chociaz sama nie mogę w to uwierzyc, to tak rzeczywiscie jest i tak czuję. bo miałam obok siebie przez całe swoje życie zajebistych ludzi. i życze kazdemu, zeby mial na swojej drodze takie osoby, jakie ja miałam i mam nadal. i jeszcze zyczę, zeby kazdy sobie uswiadomił to w miare szybko, a nie trzy dni przed wyjazdem jak ja,kiedy walizki są spakowane. bo pewnie nie z wszystkimi bedzie mozliwosc, zeby sie pozegnac. no. bede tesknic, ale cos sie zaczyna, cos sie kończy i taka kolej rzeczy. ale wbrew temu, co mowilam na podkarpacie będe wracać z ogromnym sentymentem i odjeżdżać z ogromnym smutkiem. twardzielka się rozkleila. a niech to. więc stolico. witaj. dziwnie tak spełniać marzenia o zyciu w wielkim miescie i płakać. cala ja.
to jest ostatni rozdzial pisany w domu, więc musialam cos z siebie wyrzucic. wybaczcie (oczywiscie jezeli ktos tu jest)
Komentarze
A co do rozdziału, lubię takiego Kurka. Bardzo. I mam nadzieję, że będzie go takiego tutaj więcej. I że w ogóle będzie go tu więcej.
Jeśli masz ochotę, zapraszam na mojego nowego bloga, http://wbrew-rozsadkowi.blogspot.com/ :)
Ta Magda to jest kawał cholery, ale zazdroszczę jej tego, że potrafi zawsze udzielić poprawnie zripostowanej odpowiedzi, bo nawet gdybym ja chciała to by mi nie wyszło, a mądra jestem dopiero po szkodzie. Nie swataj jej już więcej z Zibim. Może być Kurek, jego też nie lubię, ale w hierarchii osób bardziej nielubianych jest o stopień niżej od Bartmana. A nawet dzięki tobie to zaczynam tego Kurka lubić, więc trzymaj tak dalej!
I trzymaj się w Warszawie. Co prawda prędko się w niej nie pojawię, ale sam fakt, że jesteś tylko 100 km dalej ode mnie napawa mnie radością XD
brakuje-nas.blogspot.de