#18 Ja nienawidzę mężczyzn.
Nigdy nie myślałem, że dorośniemy. Może dalej jesteśmy młodzi, może zawsze będziemy patrzeć w przeszłość i myśleć, że było lepiej niż nam się wydawało. Może to są momenty, może przegapiłem to o czym one były. Bałem się przyszłości, myśląc o przeszłości, przegapiając teraźniejszość.
Luty 2014
- Pali się!
Wołanie babci rozległo się w całym domu. Wszyscy zaczęli wybiegać. Ale to ja miałam największy problem żeby wydostać się z pożaru. Każdemu udało się jakimś cudem uciec. Bez szwanku. Ale mój pokój znajdował się na samej górze, na końcu korytarza. Ogień zdążył się rozprzestrzenić. Ostatnie co pamiętam to widok strażaka, który wbiegł do zadymionego pokoju i wyniósł mnie na plecach.
Babcia i dziadek po tygodniu od pożaru odwiedzili mnie w szpitalu. Oczywiście robili to codziennie, ale dopiero teraz powiedzieli o swoich planach na najbliższy czas.
- Madziu. Wszyscy chcemy wrócić do Polski.
- Naprawdę? Dlaczego się poddajecie? - zapytałam, bo modliłam się, żeby nie mówili poważnie. W Stanach mieszkali kawał czasu. Wszystkim było tam dobrze.
- To była grubsza sprawa. Menadżer, z którym współpracowałem jakieś dziesięć lat temu mści się, że zwolniłem go z pracy za kradzież. Podpalenia restauracji to jego sprawa. Tydzień temu to on podpalił nasz dom. On i jego szajka. To człowiek niezrównoważony psychicznie. A ja nie mam pewności, że jak trafi do więzienia to jego ludzie nie skrzywdzą nas ponownie.
- O nie... - wykrztusiłam, ale zrozumiałam, że to nie jest kaprys. Oni po prostu bali się o swoje życie, którego ja o mało nie straciłam. Dobrze, że wszystko co związane z pożarem skończyło się tylko na lekko poparzonych płucach.
- Cześć Arczi! - niepewnie weszłam na salę treningową. - Poznajesz swoją starą partnerkę?
- Meeeeg! Co ty tutaj robisz?! Co za niespodzianka! Czemu nie dzwoniłaś?
- Dowiedziałam się od ludzi z ekipy, że przenieśliście się z Krakowa do Warszawy, a ty dodatkowo trenujesz jakąś gwiazdę w programie no i przyszłam ci pogratulować.
Artur był moim wieloletnim tanecznym partnerem. Znałam go prawie tak samo długo jak Łomacza i przez całą moją karierę towarzyszył mi w każdym tańcu i każdej choreografii. Ja od dziewiątego roku życia tańczyłam we Wrocławiu. Głównie tańce latynoamerykańskie i właśnie wtedy pierwszy raz połączyli nas w parę. W liceum skupiliśmy się na stylach jazzowych i bardziej nowoczesnych. Później obydwoje podjęliśmy studia w Krakowie. I tam zawiązała się grupa. Teraz dowiedziałam się, że wszyscy są w Warszawie. A ja po powrocie do Polski nie miałam we Wrocławiu czego szukać. Na Warszawę padło znowu. Już chyba na zawsze stolica będzie mi się kojarzyć z ucieczką od toksycznego środowiska.
- Opowiadaj, co u ciebie! Słyszałem, że byłaś w Stanach! Nic mi nie mówiłaś!
- Arczi, przepraszam cie za wszystko.
- Przecież wiesz, że się nie gniewam.
- Przepraszam cie, że rzuciłam taniec i po studiach posłuchałam się brata. Teraz mogłoby być dalej zajebiście. Moglibyśmy nadal tańczyć, nadal robić fajne rzeczy, a ja wszystko spieprzyłam.
- Nie spieprzyłaś. Dostałaś szanse dobrej pracy w kadrze za dobre pieniądze. To jest jedna szansa na milion.
- Zawiodłam was wszystkich, całą ekipę.
- Nikogo nie zawiodłaś! Wszyscy zrozumieli twoją decyzje.
- Z kim teraz tańczysz?
- Z nikim. Postawiłem na naukę dzieciaków w naszej szkole tańca i oprócz takiej formy pracy nadal ciśniemy z grupą. Wycofałem się ze wszystkich konkursów duetowych. Nie brałem udziału w mistrzostwach Polski. Bo po co? Nie mam z kim.
- Naprawdę jest mi z tym źle. Mogłeś mieć teraz sukcesy.
- Mogłem, ale nie podjąłem się tańca i wygrywania konkursów z inną partnerką. Próbowałem szukać w naszej tanecznej ekipie, ale to wszystko nie to. W tańcu się trzeba zrozumieć. A ja rozumiem tylko ciebie.
- Dobre czasy, no nie?
- Dobre. Chciałbym zacząć znowu.
- Jeżeli tylko chcesz ze mną nadal tańczyć to...
- Zostaniesz moją tancerką? A przynajmniej spróbujesz? - uśmiechnął się.
- Oświadczyny przyjęte. Przenocujesz mnie?
- Jasne.
Po dwuletniej przerwie, jako dwudziestosiedmioletnia prawie Magdalena, choć trochę wróciłam do swojej największej życiowej pasji. Zespół z radością przyjął mnie do siebie z powrotem i chociaż zadeklarowałam, że pewniakiem nie jestem, współpraca nawiązała się od nowa. Obecnie byłam w trakcie rozmów z architektem na temat urządzania mojego mieszkania na Mokotowie. Nowy etap, nowa ja. Nie mogłam być znowu totalnie nieogarnięta. W Stanach jakoś to wyglądało - dom, praca, stały dochód, a w Polsce? Nic nie wiadomo. Możliwe, że nie jestem już tak dobrą tancerką jak kiedyś. A pieniądze, które zarobiłam rozeszłyby się na przyjemności. Własne mieszkanie było przymusem.
Warszawscy znajomi moich tanecznych przyjaciół jak się okazało to znani, polscy raperzy. Śmieszne to. Dwa inne światy, a jednak tyle wspólnego. Okazało się, że tancerze to całkiem niezły patent na większe i te bardziej znaczące koncerty. Stąd się znali, a przynajmniej tyle zdążył mi powiedzieć Arczi, kiedy pod klubem strofowałam go i wyzywałam od najgorszych. W sumie miałam już do czynienia ze znanymi siatkarzami, więc przyszedł czas na znanych artystów. Nie pozostało mi nic innego jak po prostu się zgodzić na wejście do środka. No i masz. Zobaczyłam swoich, można powiedzieć, że idoli. Dokładnie ich głosy brzmiały w moich uszach, gdy tramwajem numer 4 jechałam do szkoły tańca dziś rano.
- Nadal cie nienawidzę.
- Wyluzuj. To normalni faceci. Mieliśmy okazję występować na paru koncertach.
I w momencie, w którym przeklinałam w myślach Arcziego, mój muzyczny rap-Bóg wyciągnął do mnie dłoń.
- Meeeeee... - już prawie wypowiedziałam jego ksywę, ale uśmiechnął się nonszalancko. Czyżby zbieg okoliczności, że nasze pseudonimy zaczynają się niemalże tak samo?
- Piotrek.
- Magda.
Przywitałam się z resztą i trochę skrępowana spojrzeniami wyciągnęłam paczkę mentolowych marlboro. W końcu jestem kozakiem i nie robię sobie nic z tego, że niedawno miałam oparzone płuca, no nie? Oczywiście Arczi jak to za starych dobrych czasów bywało nie umiał trzymać języka za zębami i wygadał się, że byłam w Stanach i inne tego typu nieistotne rzeczy. Trochę jak Marcin Możdżonek. On w sumie powiedział Łomaczowi wszystko, co było, a przynajmniej miało być tajemnicą. Śmiesznie. Ja przecież nie lubię ludzi paplających sekrety lub nieistotne sprawy na lewo i prawo, ale ta dwójka jest akceptowalna. Co by nie było, atmosfera robiła się luźniejsza. Trochę pogadaliśmy, ekipa lekko się podchmieliła. Nie powiem, sama wychyliłam trzy drinki, ale nauczona doświadczeniem i przebywaniem zazwyczaj tylko i wyłącznie w męskim towarzystwie trzymałam klasę. Może delikatnie wzmogło mi się palenie. I tak bez znaczenia, skoro od szesnastego roku życia palę jak smok. Śmiechy-śmieszki i nabrałam humoru. Wyprowadzka numer sto pięćdziesiąt pięć pomyślnie zakończona. Magdalena zaklimatyzowana. W mieście oczywiście. No więc siedziałam nadal, sączyłam czwartego drinka, ale kątem oka spoglądałam na Piotrka. Pewnie wyglądałam, jakbym chciała go zjeść, ale nic dziwnego. Dawno żaden facet mnie tak nie zainteresował. Oczywiście wizualnie. Nie wyglądał jak raperzyna z osiedla. Lekki zarost, tatuaże, marynarka i ogólny wygląd niegrzecznego faceta powodowały, że chciałam trochę bliżej go poznać, co rzadko się zdarza. To raczej ludzie zabiegają o mnie. Ups. Rzadko się zdarza, żebym miała jakiś kompleks niższości, ale przyglądając mu się nadal tak właśnie się poczułam. Tym bardziej, że nie patrzył na mnie zbyt często. Zajęty był popijaniem whisky z colą. Cóż. Ja to chyba zawsze będę skazana na Łomacza. Ten to wiecznie na mnie spojrzy czy trzeba, czy nie trzeba. I kiedy przywołałam w myślach tego idiotę stało się coś totalnie żenującego. Tak bardzo chciałam wyjść na zewnątrz na papierosa i dać się zauważyć Piotrkowi, że wylałam na niego swojego drinka. Na tą piękną, bawełnianą marynarkę.
- O kurwa. - poczerwieniałam jak burak. Wszyscy zaczęli się śmiać. Nawet poszkodowany, ale jego komentarz ewidentnie nie przypadł mi do gustu.
- Gdyby koleżanka wypiła do końca tego drinka to musielibyśmy wnosić ją po schodach do mieszkania.
- Uważaj kolego, żeby ciebie po schodach nie trzeba było wnosić. - włączyłam agresora.
- Ja jestem w doskonałej formie. Ale ty się nie denerwuj. W Stanach kobiety piją mniej niż w Polsce, widocznie nie jesteś przyzwyczajona.
- Odpierdol się.
- Dobra, przecież żartuję. Luz?
- Nie bawią mnie te żarty. Ktoś na papierosa? - zwróciłam się do siedzącej ekipy. Kilka osób wstało i poszło za mną.
-Ej, Magda! Na spokojnie, przecież on sobie żartował.
- To słabo. - zaciągnęłam się i w międzyczasie w telefonie wyszukiwałam numer na taksówkę.
Przyszłam na trening. Był dla mnie szczególny bo w końcu mogłam dołączyć do grupy nie dzięki słowom, ale czynom. Choreografia Arcziego miała być jazzowa i od rana zajęliśmy się tańcem w duecie.
- Masz ochotę wyskoczyć dzisiaj z domu, na koncert? Idę ja i moja żona. Poznacie się.
- Wiesz co, chyba wolałabym zostać w domu.
- No nie daj się prosić!
- Wolałabym trochę posiedzieć i nacieszyć się spokojem. Tym bardziej po wczorajszym dniu. Mam lekkiego kaca.
- Słabo. Myślałem, że potowarzyszysz nam na koncercie ...
- Pana, którego wczoraj oblałam wodą? Nie dziękuję, ale przekaż mu, że jeżeli chce to mogę wyprać mu tę koszulę. Marynarki się nie podejmę bo nie mam jeszcze pralki.
- Okej. - uniósł ręce w geście kapitulacji. - Jak chcesz. Tylko prawdopodobnie za chwile tutaj będzie.
- Halo, halo. Pani Obrażalska. Nie ignoruj mnie. - o wilku mowa.
- Naprawdę nie mam dziś ochoty na rozmowę z osobnikami płci przeciwnej.
- Słyszałem, że nie chcesz iść dziś na koncert wujka Piotrka. Nieładnie. A ja mam dla ciebie vip-bilet.
- Mówisz to, żeby mnie zdenerwować?
- Gdzie tam.
- Wujku Piotrku, wybacz, ale dzisiaj zostaję w domu. Delektuję się swoim towarzystwem.
- To może chociaż podwiozę cie do domu?
- Mam nogi. A poza tym, za pięć minut powinnam mieć autobus. Cześć.
W mieszkaniu zajęłam się sprzątaniem i pieczeniem sernika. Do urządzenia została mi jeszcze sypialnia i kupno pralki do łazienki. I tak leciał mi czas w moim warszawskim zakątku. Ot całkiem produktywne zajęcie. I było nieźle dopóki nie zadzwonił Możdżonek.
- Grzesiek będzie miał dziecko. Lepiej, żebyś dowiedziała się ode mnie niż od swojego brata na przykład.
- Wolałam nie wiedzieć o tym wcale. Dzięki. A było już tak dobrze.
- Magda. Musisz zacząć ogarniać swoje życie bez niego. W końcu. Jesteś już dużą dziewczynką.
- Mówisz mi to od dwóch lat. Tylko, że to wcale nie jest takie proste. Już chyba nauczyłam się z tym
żyć.
- Jak będziesz tak pierdolić to przestanę do ciebie dzwonić.
Ała. Marcin i ,,pierdolić'' to tak dziwne doznanie dla uszu, że człowiek zaczyna nie dowierzać.
- Nie zrobisz mi tego.
- No to ruszaj dupsko.
- Dobrze tato, nie krzycz. Kupiłam mieszkanie.
- Wow, jakiś postęp! Przyjedziemy do ciebie z Hanią.
No właśnie. Może Marcin miał zwyczajnie w świecie rację, że już czas coś ze sobą zrobić? W końcu podjęłam ważną decyzję. Zamieszkałam na dobre w Warszawie, wróciłam do tańca i odnowiłam stare znajomości. Może to za mało? Może powinnam po prostu za kimś się rozglądnąć?
Drzemka po rewelacjach od Marcina dobrze mi zrobiła. Ale na rozmowy nie miałam ochoty. Wydzwaniała do mnie Weronika, która prawdopodobnie pocztą pantoflową, bo od mojego brata Rafałka dowiedziała się o potomku państwa Łomacz. Dobijał się również Arczi. Biedak chyba nie zrozumiał, że koncert nie jest spełnieniem moich marzeń. Podświetlający się co chwilę ekran rozbudził mnie na tyle, że wstałam, aby zaparzyć sobie herbaty. A jeszcze bardziej postawiło mnie na nogi, kiedy zobaczyłam na ekranie obcy numer z tekstem, o który doskonale wiedziałam kogo posądzić.
- Myślałem, że wpadniesz z Arczim, chciałem postawić ci drinka.
- Słaby podryw.
- Ty chyba nie lubisz mężczyzn.
- Poprawka. Ja nienawidzę mężczyzn.
- I widzisz? Gdybyś przyszła na koncert i przyjęła moje zaproszenie na drinka to byśmy się poznali i byłbym pierwszym znanym ci facetem, którego byś zaakceptowała. Gwarantuje.
- Masz niesamowicie wielką, a nawet przerośniętą pewność siebie.
- Ałaaa. Sadystka.
- Dobra, który klub i czym najszybciej dojadę?
- Wiedziałem!
Miałam ogromną nadzieję, że jutro nawiedzi mnie Arczi i będę mogła ukręcić mu jaja za to, że rozdaje mój numer telefonu. Nie mniej jednak ubrałam się i pojechałam na pokoncertowe after party. Arczi i Piotrek siedzieli w jednej loży razem z kilkoma osobami, które już poprzedniego wieczoru zdążyłam poznać. Piotruś Pan od razu mnie zauważył i z miną na cwaniaka podbił do mnie niczym do zagubionej dziewoi szukającej atrakcji.
- Hej, jesteś tutaj sama? - ironizował.
- Daruj sobie tę wieśniacką bajerę. Obiecałes mi drina.
- Żartuję przecież. Ale jeżeli chodzi o obietnice to zawsze dotrzymuję.
- Mam ochotę ukręcić Arcziemu jajca. Nie podoba mi się, że rozdaje mój numer.
- Nie przeżywaj. Nie zgwałcę cie, nie napadnę ani nie okradnę. Easy. Co ci wziąć?
- Cosmopolitan.
- Amerykańsko. Nie patrz tak na mnie. Ja naprawdę nie jestem gwałcicielem i nie zamierzam ci niczego dosypywać. Powiedz mi coś o sobie.
- No mówiłam ci, że jestem Magda. Nieznajomym więcej nie powiem.
- Widzisz... A ja jestem Piotrek, mam trzydzieści dwa lata i pochodzę z Warszawy.
- Naprawdę? Myślisz, że tego nie wiem, skoro mam wszystkie twoje płyty na półce?
- Serio? Chyba nie ma lepszej pochwały dla artysty. Ale chciałbym żebyś mi coś o sobie powiedziała.
- Kompletnie nieciekawa ze mnie osoba. Mam dwadzieścia -jeszcze- sześć, przez prawie całe swoje życie tańczyłam. Pochodzę z Wrocławia, ale urodziłam się na szczęście w Stanach.
- Czemu na szczęście?
- Bo w każdej chwili mogę tam spierdolić.
- Ciekawe myślenie.
- To nie myślenie tylko fakt, drogi Piotrze. Mieszkałam tam przez ostatnie dwa lata.
Od słowa do słowa i rozmowa zaczęła się kleić. Hej, on jest całkiem inteligentny. I ma wiedzę o świecie większą niż cała reprezentacja siatkarzy z wyłączeniem Możdżonka. Mniejsza o to. Całkiem fajny ten Piotrek.
- Chyba wypadałoby uciekać. Dziękuję za drinka.
- Liczę na rewanż.
- Pomyślę.
- Może odprowadzę cie do domu?
- Spoko, wezmę taksówkę.
- Lubisz te taksówki, ostatnio też w taki sposób wracałaś. Nie daj się prosić. Chodź.
Faktycznie dałam się namówić na wspólny spacer w stronę mojego mieszkania. Zaliczyłam przy okazji żenadę roku pytając się człowieka, którego widzę na żywo drugi raz w życiu, czy z tą blizną na twarzy, o której rapuje to prawda. Myślałam, że zrobi się nie zręcznie, a raczej pomyślałam już po ptakach. Na szczęście Piotrek okazał się na tyle zdystansowany, że z uśmiechem na ustach opowiedział mi o trepanacji czaszki i miejscu, w którym oberwał.
- Naprawdę byłaś kierownikiem siatkarskiej kadry? Nie do wiary, to takie męskie zadanie.
- Żebyś wiedział. Chodziłam w dresach kilka miesięcy i zbijałam sobie piątkę z dwumetrowymi chłopami. Kiedyś z ośrodka szkoleniowego zostałam oddelegowana z dokumentami do Warszawy i w drodze powrotnej zepsuło mi się auto. Razem z reprezentacyjnym lekarzem utknęłam na na jakimś zadupiu. Przyjechał po nas jeden siatkarz. Nie było mi wtedy do śmiechu, ale dziś miło to wspominam. Była też taka akcja, że poginęły nam wszystkie walizki i siedziałam kilkanaście godzin na telefonie, żeby cokolwiek załatwić. Nie spałam prawie trzydzieści sześć godzin i wylądowałam pod kroplówką. Wiesz jacy byli kochani? Przynosili mi drożdżówki! Lubili mnie bardziej niż mój własny, rodzony brat, fizjoterapeuta kadry.
- To co się stało, że się zesrało? - zapytał iście poetycko.
- Za dużo było pracowników. Zwolnili mnie i jeszcze jedną osobę ze sztabu w trakcie Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Wtedy wylądowałam w Warszawie, wynajęłam mieszkanie, pomieszkałam może dwa tygodnie zapijając się z rozpaczy i skorzystałam z opcji wyjazdu do Stanów. To miało być już takie na zawsze, ale podpalili dom moich dziadków, wujka i kuzynostwa, z którymi mieszkałam no i stracili wszystko. Cały dorobek życia. Ze strachu wszyscy przenieśli się do Polski. Ja nie chciałam zostawać i po ponad dwóch latach też zdecydowałam się wrócić. No i kupiłam mieszkanie na Mokotowie.
- Co?! Wróciłaś do Polski bo podpalili wam chatę? W której części Mokotowa mieszkacie?
- Sama mieszkam. Wszyscy są we Wrocławiu. Tam jest cała moja rodzina. Byli tylko rodzice, teraz są też dziadkowie i reszta ferajny.
- Dlaczego nie wracałaś do Wrocławia tylko tułałaś się po innych miastach?
- Żeby się nie rozwodzić... Nie utrzymuję z rodzicami, bratem i bratową kontaktu od kiedy zakończyłam przygodę z reprezentacją. Nigdy nie było nam po drodze. Podjęłam decyzję o całkowitym odłączeniu się od rodziny, pomimo że mając lat dziewiętnaście wyjechałam do Krakowa na studia. Z resztą... Przepraszam, że ci o tym mówię. Nie znamy się, a ja wyjeżdżam z taką prywatą. Rzadko mi się to zdarza.
- Przestań, nie przepraszaj. Może jestem raperem, snobem i dresem w garniaku, ale umiem słuchać. I lubię słuchać. Szczególnie bardzo mądrych ludzi. Kurcze. Fajna jesteś.
- Kurcze. Dzięki.
- Słuchaj, chętnie pogadałbym z tobą jeszcze. Jak będziesz miała czas, a ja nie będę miał koncertu poza Warszawą to możemy wyskoczyć na piwo.
- Teraz ja powinnam coś postawić za tego drinka.
- Przynajmniej mam pretekst.
- I będziesz mnie nachodził. - zaśmiałam się. - Dobrze, Piotrek. Ja też chętnie wyjdę na piwo.
- Magda, to ty?
A tymczasem niespodzianka. Pod moją szkołą tańca, obok której przechodziłam rozmawiając z Piotrkiem, znalazł się nie kto inny jak...
- Werka! - krzyknęłam szczęśliwa widząc moją kuzynkę. - Nie mówiłaś, że będziesz w Warszawie! Jesteś okropna! Ja ci pisałam na bieżąco SMS co robię, a ty przygotowałaś mi taką niespodziankę?!
- Meg, posłuchaj. - przerwała mi z grobową miną. - Ja nie jestem tutaj sama. Proszę, poczekaj tu.
Przeraziłam się. Jej mina nie sugerowała niczego dobrego. I rzeczywiście potwierdziło się. Z samochodu wysiadł Łomacz.
- Chciałbym porozmawiać na osobności. - dał do zrozumienia, że Weronika i Piotrek mają się ulotnić, a przynajmniej odejść kawałek.
- To ja może... - mój towarzysz zmieszał się nieco i chyba chciał już pójść.
- Ale ja bym nie chciała. Piotrek zostań. W tym momencie spotkałam się z tobą i nie zamierzam tego przerywać, więc nie idź, proszę.
Mimo to obydwoje odeszli kilka metrów.
- Zanim mi przerwiesz, posłuchaj. - kontynuował Greg.
- Co ty tutaj robisz?
- Chcę z tobą porozmawiać.
- Teraz? Po dwóch latach chcesz ze mną rozmawiać?
- Meg, ja sobie wszystko przemyślałem.
- Nie rozumiem?
- Próbowaliśmy odbudować naszą relację jeszcze kiedy pracowałaś w kadrze, ale nie wyszło. Chciałbym dać nam ostatnią szansę i znów zacząć tę przyjaźń. Przecież znamy się siedemnaście lat! Dotarło do mnie, że nie można tego zmarnować. Chcę przyznać się do winy i prosić o wybaczenie. Jedno z nas musi odpuścić. I to będę ja. Nie mam ochoty już dłużej ciągnąć tego konfliktu. Magda, proszę wybacz mi. Wróć do Wrocławia. Pamiętasz jak kiedyś prosiłem cię o to, żebyś po maturze nie wyjeżdżała do Stanów? Posłuchałaś mnie.
- Nie. No po prostu, kurwa, nie. Nie do wiary. Ty po tym wszystko co się stało, po tym jak odrzuciłeś moją przyjaźń dla twojej, pożal się Boże, przyszłej żony przyjechałeś tu i prosisz mnie o wybaczenie i powrót do Wrocławia? Wykorzystujesz moją kuzynkę i wkupiasz się w łaski mojej rodziny, żeby było ci łatwiej mnie urobić?
- To nie jest tak! Po prostu dojrzałem do pewnych decyzji i nie chcę cię więcej tracić. Chcę aby nasza przyjaźń trwała, a relacja była normalna.
- A ja chcę, żebyś się odpierdolił.
- Meg...
- Nie meguj mi tutaj tylko pakuj się i spierdalaj. Jeżeli jeszcze raz pojawisz się w tym miejscu to zgłoszę sprawę na policję, jako nachodzenie i nękanie. Ewentualnie porozmawiam z kim trzeba i puszczę taką bajkę, że wywalą cie z klubu. To jest moje życie. Moje nowe życie, w którym po tym wszystkim co się wydarzyło nie ma dla ciebie miejsca. Kochałam cię tyle lat, a ty spieprzyłeś piętnaście, a teraz siedemnaście lat znajomości. Między nami wszystko jest skończone.
- Kochałaś?
- Miałam nadzieję, że może nam się uda. Ale kiedy stałam się panią swojego życia, stwierdziłam, że ja wcale nie potrzebuję być w czyimś życiu dodatkiem, jeśli powinnam być jedną z ważniejszych osób.
- Mam sobie pójść?
- Tak. Masz sobie pójść. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
Grzegorz i Weronika odjechali.
- Właściwie to nie musisz mnie już więcej poznawać. Wszystko już o mnie wiesz, a znasz mnie dwa dni. Nie chciałam żebyś tego słuchał, ale zwyczajnie się bałam.
- Bałaś się, że za tobą pójdzie?
- Tak.
- Mógłby ci coś zrobić?
- Nie, ale jeżeli dowiedziałby się gdzie mieszkam, mógłby mnie nachodzić i ciągle przypominać mi jak bardzo mnie skrzywdził. Jeżeli zobaczył, że nie jestem sama, poczuł się zagrożony. Czuję się fatalnie, że cie wykorzystałam. Ale są takie momenty, że człowiek po prostu traci pod nogami grunt.
- Hej, ty go nie straciłaś! Byłaś twarda i ostra jak żyleta. Osobiście nie chciałbym ci podpaść. A ten gość chyba sobie zasłużył na to, żebyś go tak potraktowała.
- Rzadko to mówię, ale dzięki za te słowa. Naprawdę.
Uśmiechnął się, a następnie w ciszy przeszliśmy jakieś pół kilometra.
- To tutaj?
- Tak, mieszkam na ósmym piętrze.
- To co, do następnego?
- Do następnego.
Posłał mi szczery uśmiech i w dosłownie ostatniej chwili zatrzymał taksówkę, która przetransportowała go prawdopodobnie do domu. Ja wzięłam prysznic, zapaliłam dwa papierosy przed snem i kiedy już się kładłam dostałam wiadomość: "Musisz poznać mojego kota.''
Luty 2014
- Pali się!
Wołanie babci rozległo się w całym domu. Wszyscy zaczęli wybiegać. Ale to ja miałam największy problem żeby wydostać się z pożaru. Każdemu udało się jakimś cudem uciec. Bez szwanku. Ale mój pokój znajdował się na samej górze, na końcu korytarza. Ogień zdążył się rozprzestrzenić. Ostatnie co pamiętam to widok strażaka, który wbiegł do zadymionego pokoju i wyniósł mnie na plecach.
*
Babcia i dziadek po tygodniu od pożaru odwiedzili mnie w szpitalu. Oczywiście robili to codziennie, ale dopiero teraz powiedzieli o swoich planach na najbliższy czas.
- Madziu. Wszyscy chcemy wrócić do Polski.
- Naprawdę? Dlaczego się poddajecie? - zapytałam, bo modliłam się, żeby nie mówili poważnie. W Stanach mieszkali kawał czasu. Wszystkim było tam dobrze.
- To była grubsza sprawa. Menadżer, z którym współpracowałem jakieś dziesięć lat temu mści się, że zwolniłem go z pracy za kradzież. Podpalenia restauracji to jego sprawa. Tydzień temu to on podpalił nasz dom. On i jego szajka. To człowiek niezrównoważony psychicznie. A ja nie mam pewności, że jak trafi do więzienia to jego ludzie nie skrzywdzą nas ponownie.
- O nie... - wykrztusiłam, ale zrozumiałam, że to nie jest kaprys. Oni po prostu bali się o swoje życie, którego ja o mało nie straciłam. Dobrze, że wszystko co związane z pożarem skończyło się tylko na lekko poparzonych płucach.
- Cześć Arczi! - niepewnie weszłam na salę treningową. - Poznajesz swoją starą partnerkę?
- Meeeeg! Co ty tutaj robisz?! Co za niespodzianka! Czemu nie dzwoniłaś?
- Dowiedziałam się od ludzi z ekipy, że przenieśliście się z Krakowa do Warszawy, a ty dodatkowo trenujesz jakąś gwiazdę w programie no i przyszłam ci pogratulować.
Artur był moim wieloletnim tanecznym partnerem. Znałam go prawie tak samo długo jak Łomacza i przez całą moją karierę towarzyszył mi w każdym tańcu i każdej choreografii. Ja od dziewiątego roku życia tańczyłam we Wrocławiu. Głównie tańce latynoamerykańskie i właśnie wtedy pierwszy raz połączyli nas w parę. W liceum skupiliśmy się na stylach jazzowych i bardziej nowoczesnych. Później obydwoje podjęliśmy studia w Krakowie. I tam zawiązała się grupa. Teraz dowiedziałam się, że wszyscy są w Warszawie. A ja po powrocie do Polski nie miałam we Wrocławiu czego szukać. Na Warszawę padło znowu. Już chyba na zawsze stolica będzie mi się kojarzyć z ucieczką od toksycznego środowiska.
- Opowiadaj, co u ciebie! Słyszałem, że byłaś w Stanach! Nic mi nie mówiłaś!
- Arczi, przepraszam cie za wszystko.
- Przecież wiesz, że się nie gniewam.
- Przepraszam cie, że rzuciłam taniec i po studiach posłuchałam się brata. Teraz mogłoby być dalej zajebiście. Moglibyśmy nadal tańczyć, nadal robić fajne rzeczy, a ja wszystko spieprzyłam.
- Nie spieprzyłaś. Dostałaś szanse dobrej pracy w kadrze za dobre pieniądze. To jest jedna szansa na milion.
- Zawiodłam was wszystkich, całą ekipę.
- Nikogo nie zawiodłaś! Wszyscy zrozumieli twoją decyzje.
- Z kim teraz tańczysz?
- Z nikim. Postawiłem na naukę dzieciaków w naszej szkole tańca i oprócz takiej formy pracy nadal ciśniemy z grupą. Wycofałem się ze wszystkich konkursów duetowych. Nie brałem udziału w mistrzostwach Polski. Bo po co? Nie mam z kim.
- Naprawdę jest mi z tym źle. Mogłeś mieć teraz sukcesy.
- Mogłem, ale nie podjąłem się tańca i wygrywania konkursów z inną partnerką. Próbowałem szukać w naszej tanecznej ekipie, ale to wszystko nie to. W tańcu się trzeba zrozumieć. A ja rozumiem tylko ciebie.
- Dobre czasy, no nie?
- Dobre. Chciałbym zacząć znowu.
- Jeżeli tylko chcesz ze mną nadal tańczyć to...
- Zostaniesz moją tancerką? A przynajmniej spróbujesz? - uśmiechnął się.
- Oświadczyny przyjęte. Przenocujesz mnie?
- Jasne.
*
Po dwuletniej przerwie, jako dwudziestosiedmioletnia prawie Magdalena, choć trochę wróciłam do swojej największej życiowej pasji. Zespół z radością przyjął mnie do siebie z powrotem i chociaż zadeklarowałam, że pewniakiem nie jestem, współpraca nawiązała się od nowa. Obecnie byłam w trakcie rozmów z architektem na temat urządzania mojego mieszkania na Mokotowie. Nowy etap, nowa ja. Nie mogłam być znowu totalnie nieogarnięta. W Stanach jakoś to wyglądało - dom, praca, stały dochód, a w Polsce? Nic nie wiadomo. Możliwe, że nie jestem już tak dobrą tancerką jak kiedyś. A pieniądze, które zarobiłam rozeszłyby się na przyjemności. Własne mieszkanie było przymusem.
*
Warszawscy znajomi moich tanecznych przyjaciół jak się okazało to znani, polscy raperzy. Śmieszne to. Dwa inne światy, a jednak tyle wspólnego. Okazało się, że tancerze to całkiem niezły patent na większe i te bardziej znaczące koncerty. Stąd się znali, a przynajmniej tyle zdążył mi powiedzieć Arczi, kiedy pod klubem strofowałam go i wyzywałam od najgorszych. W sumie miałam już do czynienia ze znanymi siatkarzami, więc przyszedł czas na znanych artystów. Nie pozostało mi nic innego jak po prostu się zgodzić na wejście do środka. No i masz. Zobaczyłam swoich, można powiedzieć, że idoli. Dokładnie ich głosy brzmiały w moich uszach, gdy tramwajem numer 4 jechałam do szkoły tańca dziś rano.
- Nadal cie nienawidzę.
- Wyluzuj. To normalni faceci. Mieliśmy okazję występować na paru koncertach.
I w momencie, w którym przeklinałam w myślach Arcziego, mój muzyczny rap-Bóg wyciągnął do mnie dłoń.
- Meeeeee... - już prawie wypowiedziałam jego ksywę, ale uśmiechnął się nonszalancko. Czyżby zbieg okoliczności, że nasze pseudonimy zaczynają się niemalże tak samo?
- Piotrek.
- Magda.
Przywitałam się z resztą i trochę skrępowana spojrzeniami wyciągnęłam paczkę mentolowych marlboro. W końcu jestem kozakiem i nie robię sobie nic z tego, że niedawno miałam oparzone płuca, no nie? Oczywiście Arczi jak to za starych dobrych czasów bywało nie umiał trzymać języka za zębami i wygadał się, że byłam w Stanach i inne tego typu nieistotne rzeczy. Trochę jak Marcin Możdżonek. On w sumie powiedział Łomaczowi wszystko, co było, a przynajmniej miało być tajemnicą. Śmiesznie. Ja przecież nie lubię ludzi paplających sekrety lub nieistotne sprawy na lewo i prawo, ale ta dwójka jest akceptowalna. Co by nie było, atmosfera robiła się luźniejsza. Trochę pogadaliśmy, ekipa lekko się podchmieliła. Nie powiem, sama wychyliłam trzy drinki, ale nauczona doświadczeniem i przebywaniem zazwyczaj tylko i wyłącznie w męskim towarzystwie trzymałam klasę. Może delikatnie wzmogło mi się palenie. I tak bez znaczenia, skoro od szesnastego roku życia palę jak smok. Śmiechy-śmieszki i nabrałam humoru. Wyprowadzka numer sto pięćdziesiąt pięć pomyślnie zakończona. Magdalena zaklimatyzowana. W mieście oczywiście. No więc siedziałam nadal, sączyłam czwartego drinka, ale kątem oka spoglądałam na Piotrka. Pewnie wyglądałam, jakbym chciała go zjeść, ale nic dziwnego. Dawno żaden facet mnie tak nie zainteresował. Oczywiście wizualnie. Nie wyglądał jak raperzyna z osiedla. Lekki zarost, tatuaże, marynarka i ogólny wygląd niegrzecznego faceta powodowały, że chciałam trochę bliżej go poznać, co rzadko się zdarza. To raczej ludzie zabiegają o mnie. Ups. Rzadko się zdarza, żebym miała jakiś kompleks niższości, ale przyglądając mu się nadal tak właśnie się poczułam. Tym bardziej, że nie patrzył na mnie zbyt często. Zajęty był popijaniem whisky z colą. Cóż. Ja to chyba zawsze będę skazana na Łomacza. Ten to wiecznie na mnie spojrzy czy trzeba, czy nie trzeba. I kiedy przywołałam w myślach tego idiotę stało się coś totalnie żenującego. Tak bardzo chciałam wyjść na zewnątrz na papierosa i dać się zauważyć Piotrkowi, że wylałam na niego swojego drinka. Na tą piękną, bawełnianą marynarkę.
- O kurwa. - poczerwieniałam jak burak. Wszyscy zaczęli się śmiać. Nawet poszkodowany, ale jego komentarz ewidentnie nie przypadł mi do gustu.
- Gdyby koleżanka wypiła do końca tego drinka to musielibyśmy wnosić ją po schodach do mieszkania.
- Uważaj kolego, żeby ciebie po schodach nie trzeba było wnosić. - włączyłam agresora.
- Ja jestem w doskonałej formie. Ale ty się nie denerwuj. W Stanach kobiety piją mniej niż w Polsce, widocznie nie jesteś przyzwyczajona.
- Odpierdol się.
- Dobra, przecież żartuję. Luz?
- Nie bawią mnie te żarty. Ktoś na papierosa? - zwróciłam się do siedzącej ekipy. Kilka osób wstało i poszło za mną.
-Ej, Magda! Na spokojnie, przecież on sobie żartował.
- To słabo. - zaciągnęłam się i w międzyczasie w telefonie wyszukiwałam numer na taksówkę.
*
Przyszłam na trening. Był dla mnie szczególny bo w końcu mogłam dołączyć do grupy nie dzięki słowom, ale czynom. Choreografia Arcziego miała być jazzowa i od rana zajęliśmy się tańcem w duecie.
- Masz ochotę wyskoczyć dzisiaj z domu, na koncert? Idę ja i moja żona. Poznacie się.
- Wiesz co, chyba wolałabym zostać w domu.
- No nie daj się prosić!
- Wolałabym trochę posiedzieć i nacieszyć się spokojem. Tym bardziej po wczorajszym dniu. Mam lekkiego kaca.
- Słabo. Myślałem, że potowarzyszysz nam na koncercie ...
- Pana, którego wczoraj oblałam wodą? Nie dziękuję, ale przekaż mu, że jeżeli chce to mogę wyprać mu tę koszulę. Marynarki się nie podejmę bo nie mam jeszcze pralki.
- Okej. - uniósł ręce w geście kapitulacji. - Jak chcesz. Tylko prawdopodobnie za chwile tutaj będzie.
- Halo, halo. Pani Obrażalska. Nie ignoruj mnie. - o wilku mowa.
- Naprawdę nie mam dziś ochoty na rozmowę z osobnikami płci przeciwnej.
- Słyszałem, że nie chcesz iść dziś na koncert wujka Piotrka. Nieładnie. A ja mam dla ciebie vip-bilet.
- Mówisz to, żeby mnie zdenerwować?
- Gdzie tam.
- Wujku Piotrku, wybacz, ale dzisiaj zostaję w domu. Delektuję się swoim towarzystwem.
- To może chociaż podwiozę cie do domu?
- Mam nogi. A poza tym, za pięć minut powinnam mieć autobus. Cześć.
*
W mieszkaniu zajęłam się sprzątaniem i pieczeniem sernika. Do urządzenia została mi jeszcze sypialnia i kupno pralki do łazienki. I tak leciał mi czas w moim warszawskim zakątku. Ot całkiem produktywne zajęcie. I było nieźle dopóki nie zadzwonił Możdżonek.
- Grzesiek będzie miał dziecko. Lepiej, żebyś dowiedziała się ode mnie niż od swojego brata na przykład.
- Wolałam nie wiedzieć o tym wcale. Dzięki. A było już tak dobrze.
- Magda. Musisz zacząć ogarniać swoje życie bez niego. W końcu. Jesteś już dużą dziewczynką.
- Mówisz mi to od dwóch lat. Tylko, że to wcale nie jest takie proste. Już chyba nauczyłam się z tym
żyć.
- Jak będziesz tak pierdolić to przestanę do ciebie dzwonić.
Ała. Marcin i ,,pierdolić'' to tak dziwne doznanie dla uszu, że człowiek zaczyna nie dowierzać.
- Nie zrobisz mi tego.
- No to ruszaj dupsko.
- Dobrze tato, nie krzycz. Kupiłam mieszkanie.
- Wow, jakiś postęp! Przyjedziemy do ciebie z Hanią.
No właśnie. Może Marcin miał zwyczajnie w świecie rację, że już czas coś ze sobą zrobić? W końcu podjęłam ważną decyzję. Zamieszkałam na dobre w Warszawie, wróciłam do tańca i odnowiłam stare znajomości. Może to za mało? Może powinnam po prostu za kimś się rozglądnąć?
*
Drzemka po rewelacjach od Marcina dobrze mi zrobiła. Ale na rozmowy nie miałam ochoty. Wydzwaniała do mnie Weronika, która prawdopodobnie pocztą pantoflową, bo od mojego brata Rafałka dowiedziała się o potomku państwa Łomacz. Dobijał się również Arczi. Biedak chyba nie zrozumiał, że koncert nie jest spełnieniem moich marzeń. Podświetlający się co chwilę ekran rozbudził mnie na tyle, że wstałam, aby zaparzyć sobie herbaty. A jeszcze bardziej postawiło mnie na nogi, kiedy zobaczyłam na ekranie obcy numer z tekstem, o który doskonale wiedziałam kogo posądzić.
- Myślałem, że wpadniesz z Arczim, chciałem postawić ci drinka.
- Słaby podryw.
- Ty chyba nie lubisz mężczyzn.
- Poprawka. Ja nienawidzę mężczyzn.
- I widzisz? Gdybyś przyszła na koncert i przyjęła moje zaproszenie na drinka to byśmy się poznali i byłbym pierwszym znanym ci facetem, którego byś zaakceptowała. Gwarantuje.
- Masz niesamowicie wielką, a nawet przerośniętą pewność siebie.
- Ałaaa. Sadystka.
- Dobra, który klub i czym najszybciej dojadę?
- Wiedziałem!
*
Miałam ogromną nadzieję, że jutro nawiedzi mnie Arczi i będę mogła ukręcić mu jaja za to, że rozdaje mój numer telefonu. Nie mniej jednak ubrałam się i pojechałam na pokoncertowe after party. Arczi i Piotrek siedzieli w jednej loży razem z kilkoma osobami, które już poprzedniego wieczoru zdążyłam poznać. Piotruś Pan od razu mnie zauważył i z miną na cwaniaka podbił do mnie niczym do zagubionej dziewoi szukającej atrakcji.
- Hej, jesteś tutaj sama? - ironizował.
- Daruj sobie tę wieśniacką bajerę. Obiecałes mi drina.
- Żartuję przecież. Ale jeżeli chodzi o obietnice to zawsze dotrzymuję.
- Mam ochotę ukręcić Arcziemu jajca. Nie podoba mi się, że rozdaje mój numer.
- Nie przeżywaj. Nie zgwałcę cie, nie napadnę ani nie okradnę. Easy. Co ci wziąć?
- Cosmopolitan.
- Amerykańsko. Nie patrz tak na mnie. Ja naprawdę nie jestem gwałcicielem i nie zamierzam ci niczego dosypywać. Powiedz mi coś o sobie.
- No mówiłam ci, że jestem Magda. Nieznajomym więcej nie powiem.
- Widzisz... A ja jestem Piotrek, mam trzydzieści dwa lata i pochodzę z Warszawy.
- Naprawdę? Myślisz, że tego nie wiem, skoro mam wszystkie twoje płyty na półce?
- Serio? Chyba nie ma lepszej pochwały dla artysty. Ale chciałbym żebyś mi coś o sobie powiedziała.
- Kompletnie nieciekawa ze mnie osoba. Mam dwadzieścia -jeszcze- sześć, przez prawie całe swoje życie tańczyłam. Pochodzę z Wrocławia, ale urodziłam się na szczęście w Stanach.
- Czemu na szczęście?
- Bo w każdej chwili mogę tam spierdolić.
- Ciekawe myślenie.
- To nie myślenie tylko fakt, drogi Piotrze. Mieszkałam tam przez ostatnie dwa lata.
Od słowa do słowa i rozmowa zaczęła się kleić. Hej, on jest całkiem inteligentny. I ma wiedzę o świecie większą niż cała reprezentacja siatkarzy z wyłączeniem Możdżonka. Mniejsza o to. Całkiem fajny ten Piotrek.
- Chyba wypadałoby uciekać. Dziękuję za drinka.
- Liczę na rewanż.
- Pomyślę.
- Może odprowadzę cie do domu?
- Spoko, wezmę taksówkę.
- Lubisz te taksówki, ostatnio też w taki sposób wracałaś. Nie daj się prosić. Chodź.
*
Faktycznie dałam się namówić na wspólny spacer w stronę mojego mieszkania. Zaliczyłam przy okazji żenadę roku pytając się człowieka, którego widzę na żywo drugi raz w życiu, czy z tą blizną na twarzy, o której rapuje to prawda. Myślałam, że zrobi się nie zręcznie, a raczej pomyślałam już po ptakach. Na szczęście Piotrek okazał się na tyle zdystansowany, że z uśmiechem na ustach opowiedział mi o trepanacji czaszki i miejscu, w którym oberwał.
- Naprawdę byłaś kierownikiem siatkarskiej kadry? Nie do wiary, to takie męskie zadanie.
- Żebyś wiedział. Chodziłam w dresach kilka miesięcy i zbijałam sobie piątkę z dwumetrowymi chłopami. Kiedyś z ośrodka szkoleniowego zostałam oddelegowana z dokumentami do Warszawy i w drodze powrotnej zepsuło mi się auto. Razem z reprezentacyjnym lekarzem utknęłam na na jakimś zadupiu. Przyjechał po nas jeden siatkarz. Nie było mi wtedy do śmiechu, ale dziś miło to wspominam. Była też taka akcja, że poginęły nam wszystkie walizki i siedziałam kilkanaście godzin na telefonie, żeby cokolwiek załatwić. Nie spałam prawie trzydzieści sześć godzin i wylądowałam pod kroplówką. Wiesz jacy byli kochani? Przynosili mi drożdżówki! Lubili mnie bardziej niż mój własny, rodzony brat, fizjoterapeuta kadry.
- To co się stało, że się zesrało? - zapytał iście poetycko.
- Za dużo było pracowników. Zwolnili mnie i jeszcze jedną osobę ze sztabu w trakcie Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Wtedy wylądowałam w Warszawie, wynajęłam mieszkanie, pomieszkałam może dwa tygodnie zapijając się z rozpaczy i skorzystałam z opcji wyjazdu do Stanów. To miało być już takie na zawsze, ale podpalili dom moich dziadków, wujka i kuzynostwa, z którymi mieszkałam no i stracili wszystko. Cały dorobek życia. Ze strachu wszyscy przenieśli się do Polski. Ja nie chciałam zostawać i po ponad dwóch latach też zdecydowałam się wrócić. No i kupiłam mieszkanie na Mokotowie.
- Co?! Wróciłaś do Polski bo podpalili wam chatę? W której części Mokotowa mieszkacie?
- Sama mieszkam. Wszyscy są we Wrocławiu. Tam jest cała moja rodzina. Byli tylko rodzice, teraz są też dziadkowie i reszta ferajny.
- Dlaczego nie wracałaś do Wrocławia tylko tułałaś się po innych miastach?
- Żeby się nie rozwodzić... Nie utrzymuję z rodzicami, bratem i bratową kontaktu od kiedy zakończyłam przygodę z reprezentacją. Nigdy nie było nam po drodze. Podjęłam decyzję o całkowitym odłączeniu się od rodziny, pomimo że mając lat dziewiętnaście wyjechałam do Krakowa na studia. Z resztą... Przepraszam, że ci o tym mówię. Nie znamy się, a ja wyjeżdżam z taką prywatą. Rzadko mi się to zdarza.
- Przestań, nie przepraszaj. Może jestem raperem, snobem i dresem w garniaku, ale umiem słuchać. I lubię słuchać. Szczególnie bardzo mądrych ludzi. Kurcze. Fajna jesteś.
- Kurcze. Dzięki.
- Słuchaj, chętnie pogadałbym z tobą jeszcze. Jak będziesz miała czas, a ja nie będę miał koncertu poza Warszawą to możemy wyskoczyć na piwo.
- Teraz ja powinnam coś postawić za tego drinka.
- Przynajmniej mam pretekst.
- I będziesz mnie nachodził. - zaśmiałam się. - Dobrze, Piotrek. Ja też chętnie wyjdę na piwo.
- Magda, to ty?
A tymczasem niespodzianka. Pod moją szkołą tańca, obok której przechodziłam rozmawiając z Piotrkiem, znalazł się nie kto inny jak...
- Werka! - krzyknęłam szczęśliwa widząc moją kuzynkę. - Nie mówiłaś, że będziesz w Warszawie! Jesteś okropna! Ja ci pisałam na bieżąco SMS co robię, a ty przygotowałaś mi taką niespodziankę?!
- Meg, posłuchaj. - przerwała mi z grobową miną. - Ja nie jestem tutaj sama. Proszę, poczekaj tu.
Przeraziłam się. Jej mina nie sugerowała niczego dobrego. I rzeczywiście potwierdziło się. Z samochodu wysiadł Łomacz.
- Chciałbym porozmawiać na osobności. - dał do zrozumienia, że Weronika i Piotrek mają się ulotnić, a przynajmniej odejść kawałek.
- To ja może... - mój towarzysz zmieszał się nieco i chyba chciał już pójść.
- Ale ja bym nie chciała. Piotrek zostań. W tym momencie spotkałam się z tobą i nie zamierzam tego przerywać, więc nie idź, proszę.
Mimo to obydwoje odeszli kilka metrów.
- Zanim mi przerwiesz, posłuchaj. - kontynuował Greg.
- Co ty tutaj robisz?
- Chcę z tobą porozmawiać.
- Teraz? Po dwóch latach chcesz ze mną rozmawiać?
- Meg, ja sobie wszystko przemyślałem.
- Nie rozumiem?
- Próbowaliśmy odbudować naszą relację jeszcze kiedy pracowałaś w kadrze, ale nie wyszło. Chciałbym dać nam ostatnią szansę i znów zacząć tę przyjaźń. Przecież znamy się siedemnaście lat! Dotarło do mnie, że nie można tego zmarnować. Chcę przyznać się do winy i prosić o wybaczenie. Jedno z nas musi odpuścić. I to będę ja. Nie mam ochoty już dłużej ciągnąć tego konfliktu. Magda, proszę wybacz mi. Wróć do Wrocławia. Pamiętasz jak kiedyś prosiłem cię o to, żebyś po maturze nie wyjeżdżała do Stanów? Posłuchałaś mnie.
- Nie. No po prostu, kurwa, nie. Nie do wiary. Ty po tym wszystko co się stało, po tym jak odrzuciłeś moją przyjaźń dla twojej, pożal się Boże, przyszłej żony przyjechałeś tu i prosisz mnie o wybaczenie i powrót do Wrocławia? Wykorzystujesz moją kuzynkę i wkupiasz się w łaski mojej rodziny, żeby było ci łatwiej mnie urobić?
- To nie jest tak! Po prostu dojrzałem do pewnych decyzji i nie chcę cię więcej tracić. Chcę aby nasza przyjaźń trwała, a relacja była normalna.
- A ja chcę, żebyś się odpierdolił.
- Meg...
- Nie meguj mi tutaj tylko pakuj się i spierdalaj. Jeżeli jeszcze raz pojawisz się w tym miejscu to zgłoszę sprawę na policję, jako nachodzenie i nękanie. Ewentualnie porozmawiam z kim trzeba i puszczę taką bajkę, że wywalą cie z klubu. To jest moje życie. Moje nowe życie, w którym po tym wszystkim co się wydarzyło nie ma dla ciebie miejsca. Kochałam cię tyle lat, a ty spieprzyłeś piętnaście, a teraz siedemnaście lat znajomości. Między nami wszystko jest skończone.
- Kochałaś?
- Miałam nadzieję, że może nam się uda. Ale kiedy stałam się panią swojego życia, stwierdziłam, że ja wcale nie potrzebuję być w czyimś życiu dodatkiem, jeśli powinnam być jedną z ważniejszych osób.
- Mam sobie pójść?
- Tak. Masz sobie pójść. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
*
Grzegorz i Weronika odjechali.
- Właściwie to nie musisz mnie już więcej poznawać. Wszystko już o mnie wiesz, a znasz mnie dwa dni. Nie chciałam żebyś tego słuchał, ale zwyczajnie się bałam.
- Bałaś się, że za tobą pójdzie?
- Tak.
- Mógłby ci coś zrobić?
- Nie, ale jeżeli dowiedziałby się gdzie mieszkam, mógłby mnie nachodzić i ciągle przypominać mi jak bardzo mnie skrzywdził. Jeżeli zobaczył, że nie jestem sama, poczuł się zagrożony. Czuję się fatalnie, że cie wykorzystałam. Ale są takie momenty, że człowiek po prostu traci pod nogami grunt.
- Hej, ty go nie straciłaś! Byłaś twarda i ostra jak żyleta. Osobiście nie chciałbym ci podpaść. A ten gość chyba sobie zasłużył na to, żebyś go tak potraktowała.
- Rzadko to mówię, ale dzięki za te słowa. Naprawdę.
Uśmiechnął się, a następnie w ciszy przeszliśmy jakieś pół kilometra.
- To tutaj?
- Tak, mieszkam na ósmym piętrze.
- To co, do następnego?
- Do następnego.
Posłał mi szczery uśmiech i w dosłownie ostatniej chwili zatrzymał taksówkę, która przetransportowała go prawdopodobnie do domu. Ja wzięłam prysznic, zapaliłam dwa papierosy przed snem i kiedy już się kładłam dostałam wiadomość: "Musisz poznać mojego kota.''
Komentarze