#17 Jesteś za stara, żeby chować się przed przeszłością

- Chcę tu zostać. - powiedziałam niemal szeptem, kiedy babcia i dziadek stanęli w drzwiach. Niestety, po osiemnastu godzinach podróży nie miałam sił, żeby choć trochę podnieść głos.
- Meeegi. - rozczulił się dziadek i przytulił mnie z całej siły. Babcia głaskała mnie po włosach, wujek z ciocią i kuzynem poszli rozpakowywać bagaże.
- Będę sprzątać, gotować, prać... Potrzebuje tylko miejsca, kawałek swojej przestrzeni... Mogę mieszkać na podłodze, obojętnie! Ja znajdę pracę, przyniosę coś do domu, na pewno. Poza tym, mam swoje oszczędności. Będę płacić!
- Dziecko, jakie pieniądze?
Byłam wyczerpana. Życiem. Wymęczył mnie wypijany w ilościach sporych alkohol i brak snu. Non stop szukanie ulgi w alkoholu.  Cztery razy w tygodniu. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nie wyglądam dobrze. O samopoczuciu nie wspominając. Usiadłam na krześle w jadalni. Dziadkowie przykucnęli obok patrząc na siebie w zdezorientowaniu. Babcia przerwała niezręczną ciszę.
- Zjesz trochę pierogów?
Rozpłakałam się jak małe dziecko. Przez te pieprzone pierogi.
- Od pół roku nie jadłam normalnego obiadu.
- Na górze jest twój pokój. Ten, do którego zawsze przyjeżdżasz. To twój dom, do którego o każdej porze dnia i nocy wszyscy mogliście przyjechać.
Ilość ciepła, jaką dziadkowie przelali na mnie w ciągu minuty proporcjonalnie była taka, jak od moich rodziców w dwadzieścia lat. Czyli właściwie nieproporcjonalna. Przeszłam się po salonie. Wszędzie porozrzucane zabawki, kocyki i inne pierdoły dla dzieci.
- Później zrozumiesz. Goń na górę. - uśmiechnął się pod wąsem dziadek, a ja z uśmiechem na ustach zaczęłam wnosić swoje rzeczy. Tęskniłam za tym cudownym, rodzinnym klimatem, chociaż głośno o tym nie mówiłam. Uczuciowość dno. Tęskniłam za babcią, dziadkiem, wujkiem, ciocią, piętnastoletnim kuzynem, a przede wszystkim za kuzynką. Weronika tak jak ja urodziła się w Stanach. Tutaj się wychowała, tutaj skończyła szkoły i poszła na studia. Byłyśmy w  kontakcie. Pisałyśmy kilka razy w tygodniu, a kiedy chodziłyśmy do liceum wysyłałyśmy do siebie listy. Była mi bliska tak samo jak Grzesiek. Mimo wszystko różniła nas przede wszystkim odległość. Kiedy ja zaczynałam zajęcia, ona kładła się spać. Kiedy moje przerwy od nauki trwały dwa tygodnie, ona już po kilku dniach wracała do szkoły. Kiedy ja pracowałam w McDonaldzie żeby zarobić na swoje pierwsze auto bo rodzice wydali oszczędności na staże Rafała w Anglii - ona leciała z rodzicami na ekstra wakacje i wysyłała masę zdjęć szczęśliwej rodziny. Była lepsza. A ja ciągle za nią. Mimo to, kochałam ją jak siostrę, bo przecież prawie nią była. Namawiała mnie na przeprowadzkę. Skończyłam osiemnastkę, rodzice przestali interesować się mną, a nasz kontakt ograniczył się tylko do opłacania mieszkania na studiach. Inwestowanie w Rafała tłumaczyli tym, że on ma ambicje i trzeba w nie wpychać każdy grosz. Ja też ambicji miałam co nie miara. Tylko nie takich, jakie chcieliby rodzice. Po nocnych zmianach zamiast iść spać szlifowałam język, żeby w razie wyjazdu za granicę nie narobić sobie wstydu. Zdaniem rodziców miałam tylko zarabiać. To z jednej strony dobrze. Nauczyli mnie szacunku do pieniądza, zapisywania swoich wydatków i planowania tego, na co mogę sobie pozwolić. Po osiągnięciu pełnoletności mogłam robić co chciałam, jednak bez ich wsparcia. Mogłam też wyjechać i spełnić marzenie o mieszkaniu w Stanach. Wszyscy na mnie czekali. Na drodze stanął Grzesiek, a właściwie jedno jego zdanie. Powiedział mi wtedy: ,,Bez ciebie sobie nie poradzę''. No i się rozpakowałam. Złożyłam papiery na studia do Krakowa, czego robić nie miałam bo studiować nie chciałam. Nie pożałowałam nigdy, ale marzenia schowałam na dalszy plan. Bo myślałam, że bez niego też sobie nie poradzę. A teraz muszę.

Otworzyłam pokój, który zajmowałam, kiedy przebywałam w Stanach. Koszulki Lakersów, zdjęcia z meczy NBA, masa wywołanych zdjęć, kilka ciuchów. Położyłam walizkę i bez wahania udałam się do pokoju Weroniki. Nie pukałam, ale to co ujrzałam sprawiło, że zamarłam. Wera siedziała przy dziecięcym łóżeczku i poprawiała kołderkę. Na mój widok zrobiła wielkie oczy i wstała. Na podłodze, obok jej nóg siedział mały szkrab. Na oko trzy lata.
- Urodziłam miesiąc temu. Nazywa się Sara. A to jest Leon. Przepraszam, wiem, że nic nie powiedziałam, ale... Nawet jak byłam w Polsce, było mi wstyd...Uśmiechnęłam się i podeszłam do łóżeczka.
- Wera, śliczną masz córkę. I syna. Kopia Marca.
- Od pół roku jestem sama. Marc zostawił mnie, bo jak stwierdził nie jest gotowy na bycie ojcem, choć był z Leonem trzy lata. Wyjechał z Los Angeles do Bostonu. Kończy specjalizację kardiochirurgiczną i rozpoczyna tam pracę. Całkowicie urwał ze mną kontakt. Po siedmiu latach związku spakował się i zostawił mnie z dzieckiem. Powiedział tylko na odchodne, że będzie dobrze. Przesyła na moje konto co miesiąc dwa tysiące dolarów, ale skutecznie odsyłam mu te pieniądze. Chciał, żebym zatrzymała mieszkanie, ale wymeldowałam się i wyprowadziłam po kilku dniach. Z tego co mówił jego brat wiem, że kupił mieszkanie w Bostonie i spotyka się z kimś nowym. Z resztą... Popatrz na mnie. Przytyłam dwadzieścia kilogramów. On nie chciał już na mnie patrzeć... Czasami zostawał na oddziale i nie spał w domu... Mierzył mnie wzrokiem kiedy ubierałam stare bluzki i nie mogłam się w nie zmieścić.
- Nic nie wiedziałam. -
zaczęłam wycierać łzy spływające po jej policzkach swoimi kciukami. - Najważniejsza jest w tym momencie rodzina. Musisz być silna dla nich, a nie dla niego. Dobrze zrobiłaś, że się wyprowadziłaś. Naprawdę...
- Rodzice i dziadkowie przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Wróciłam do swojego dawnego pokoju, potulnie. Jak mała dziewczynka. Ale dość już o mnie. Do kiedy zostajesz?
- A do kiedy mogę?
- Ile tylko chcesz. I ile potrzebujesz.

- Potrzebuję na zawsze. A przynajmniej na czas dłużej nieokreślony.
- Meg, stało się coś, prawda?
- Nic. A właściwie to wszystko. 
- Uśpię małą i pójdziemy na taras. 


Ułożyłam się na hamaku. W moją twarz świeciło delikatne słońce przysłonione drzewami. Z przymkniętymi oczami wsłuchiwałam się w szum gałęzi. Poczułam, że jestem daleko. Daleko od Grzegorza, za którym tak niesamowicie tęsknie, daleko od rodzinnych, toksycznych relacji. Weronika położyła się w drugim hamaku, który znajdował się tuż obok mojego. Przyniosła mi cienki koc. Czułam jej spojrzenie.
- Wiesz, że nie wyglądasz najlepiej. Dziadkowie martwią się o ciebie. Jak tutaj szłam obydwoje wyglądali za tobą przez szybę drzwi od tarasu. Ja martwię się chyba bardziej. Pamiętaj, że możesz mi powiedzieć wszystko.
- Masz własne problemy. To ja powinnam wysłuchać ciebie i nie zamęczać cie swoimi kłopotami.
- Nie pieprz głupot. Walnij prosto z mostu. Jestem tutaj teraz dla ciebie.
- Wiesz co, zawsze mi się wydawało, że są w życiu każdego z nas takie rzeczy, które nigdy się nie zmieniają. I będą nawet wtedy, gdy pieprznie wszystko inne. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że go w końcu nie będzie. Zawsze był. Moja bratnia dusza. Ktoś, kto mógł być w dziesięciu związkach na raz, ale tylko mnie traktował jako kogoś, kto zajmuje w jego sercu miejsce numer jeden.
- To wiem, Grzesiek z tego co mówiłaś nie traktował swoich kobiet poważnie i byłaś pewna swojej pozycji. Poza tym... Ja również myślałam, że mój związek z Marciem będzie ... Forever. Wiesz.
- Ha. Byłam tak pewna, że nie wiadomo kiedy spadłam ze stołka. Wyparła mnie jakaś inna Magda z długimi blond włosami. Grzesiek wziął wczoraj ślub cywilny.
- Ale numer. Kurwa. Czekaj. Od początku.
- Zaczęło się od tego, że dwa lata temu bzykaliśmy się po jakiejś imprezie. W sumie od pewnego czasu działo się to regularnie. Zaszłam w ciąże. Poroniłam w trzecim miesiącu. Grzegorz był na zgrupowaniu, chciałam mu powiedzieć, że jestem w ciąży jak dostanie wolne. Ale zadzwoniłam do niego ze szpitala, jak było już po wszystkim.
- Dlaczego nic nikomu nie powiedziałaś?! Magda... Ale w sumie. Ja nie powiedziałam, że urodziłam dwójkę dzieci.
- Przyrzekliśmy sobie, że to nas nie poróżni. Dopóki nie zapragnął się ustatkować. Wtedy się zaczęło. Obarczył mnie winą praktycznie o wszystko, chociaż obydwoje graliśmy do jednej bramki. Planował zaręczyny i ślub za moimi plecami z kobietą, w której ponoć się zakochał. A ona kazała mu zerwać ze mną kontakt. Nie chciał powiedzieć mi tego wprost. Sprowokował mnie przy Rafale i Justynie. Wygarnął, że ze sobą sypialiśmy, a później chciał odkręcić sprawę i tłumaczył się, że chciał abym go znienawidziła. Bo tak podobno byłoby łatwiej zakończyć relację. Podeptał piętnaście lat przyjaźni tylko po to, żeby jego kobieta mogła spokojnie spać.
- I ty zgodziłaś sobie odebrać Grześka? Tak po prostu, bez walki? Odebrała ci przyjaciela.
- Przyjaciela, kochanka... Kogoś, kogo kocham. A nigdy mu tego nie powiedziałam. Było mi wygodnie nie mówić o uczuciach i mieć go i tak dla siebie.
- A czy on powiedział ci kiedyś, że cie kocha?
- Nie. Kiedy byłam się pożegnać przed wyjazdem powiedział dokładnie to samo co sześć lat temu.
- Że sobie bez ciebie nie poradzi?
- Pękało mi serce. Tak bardzo chciałam z nim zostać. Nie chciałam go puścić. Ale perspektywa tego, że straciliśmy nasze dziecko, a ja nie nadaje się w jego oczach na miłość jego życia po prostu nas przytłoczyła. Może gdybym powiedziała mu dwa lata temu, że idę z nim do łóżka bo go kocham, a nie dlatego, że mam parcie na faceta między nogami, dzisiaj bylibyśmy szczęśliwi razem. Ale skąd miałam wiedzieć, czego on zaczyna chcieć skoro mi o tym nie mówił?  Zatrzymaliśmy się na etapie zabawy i życia bez zobowiązań.
- Czego chcesz?
- Chcę zapomnieć. O niewykorzystanych szansach, których dostaliśmy od losu w ciągu tylu lat miliony. Nie chcę patrzeć na to, jak chodzi o naszym wrocławskim osiedlu z nią. Albo co gorsza ze swoją rodziną. Nie chcę wracać do miejsca, gdzie nie ma dla mnie osoby, która zobaczy, że mam problem i powie mi chociaż jedno dobre słowo. Od kilku miesięcy nie mam kontaktu z rodzicami. Odcięłam się od nich. Straciłam pracę. Zwolnili mnie ze sztabu reprezentacji. Cięcia etatów. Zostałam na lodzie. Bez bliskich, bez pracy, bez mieszkania. Brakuje mi drugiego człowieka.
- Dobrze trafiłaś. Jesteśmy w tym, wiesz... together.
- Razem.
- Tak. Wybacz, ale czasami zastanawiam się po jakiemu mam mówić. - roześmiała się szczerze.



*


- Dziadku? - zapytałam nieśmiało, kiedy drugiego dnia od przyjazdu wróciłam późnego wieczoru ze spaceru. - Jest dwunasta.
- Wiem, skarbie. Muszę przejrzeć parę rzeczy.
- Stało się coś?
Dziadek zdjął okulary, wyprostował plecy i głośno wzdychnął.
- Restauracja...
- Twoja i wujka? Co z nią?
- Dwa tygodnie temu w kamienicy był pożar. Zapaliła się instalacja w piwnicy. Spłonęło pół kamienicy. W tym doszczętnie cała restauracja. Na szczęście nic nikomu się nie stało, piszczały czujniki i goście oraz personel zdążyli uciec.
- Tak mi przykro...
- Pieniądze z ubezpieczenia oraz oszczędności muszą wystarczyć na zainwestowanie w nową restaurację. Mamy wybrany lokal, wystarczy tylko podpisać umowy i sporządzić niezbędne dokumenty. Mnóstwo roboty. Do tego musimy zając się współpracą z dostawcami żywności, znaleźć dystrybutorów napojów, kupić sprzęty, naczynia... Roboty jest od groma. W dodatku od kilku miesięcy działaby bez menadżera. Jakiś czas przed pożarem Rob ożenił się i wyjechał za żoną do San Diego. Zwolnił się. Na szczęście reszta personelu została utrzymana. Mam nadzieję, że razem uda nam się otworzyć nowy biznes. Ja niestety nie jestem już młody. Dobiję za dwa lata siedemdziesiątki. Umysł nie ten.
- Rekrutacja na menedżera otwarta?
- Tak, ciągle zbieramy CV.
- A czy list motywacyjny zaczynający się słowami ,,Moje życie to bagno i potrzebuje pracy'' sprawiłby, że dostałabym tę robotę?
- Megi. To ogromna odpowiedzialność.
- Wiem.
- Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jesteś wykształcona w tym kierunku i świetnie dałabyś sobie radę.
- Ale?
- Nie chce obarczać cię dodatkowymi obowiązkami, bo wiem, że masz problemy.
- Skąd?
- Maggie. Nie udawaj. Wszyscy się martwiliśmy, kiedy zmieniłaś numer i nie wiadomo gdzie mieszkałaś. Rodzice odchodzili od zmysłów. Wiem, że nigdy nie szczędzili ci krytyki, ale to ciągle rodzice. I nie raz pocieszałem twojego ojca, który płakał do słuchawki i jeździł po Krakowie cie szukać. To, że dzieli nas odległość nie oznacza, że my nic o tym nie wiedzieliśmy.
- I właśnie dlatego potrzebuję pracy. Bo chcę zacząć od nowa. 
Dziadek wstał i idąc do sypialni położył mi rękę na ramieniu.
- Za dwa dni zaczynasz.

*


Rok później - lipiec 2013.

- Megi, poczta do ciebie. - Werka przyniosła mi różową kopertę i położyła obok talerza, na którym jadłam mój posiłek przed treningiem.
- Od Rafała? Co mój kochany brat może mi wysyłać oprócz życzeń świątecznych? - zabrałam się za otwieranie szczelnie zaklejonej koperty.
- Może życzenia urodzinowe?
- W różowej kopercie?  - zaśmiał się akurat przechodzący przez kuchnie dziadek.
- Może dla Rafiego dwudzieste szóste urodziny to już czas na kolorowe koperty?
- Może nie powinno mnie to obchodzić, ale chciałabym już wiedzieć, co to.
- Werona, zaraz wszystkiego się dowiemy. Otwieram, otwieram... Mam. Zaproszenie na ślub. Od Marcina. Kochany... I jest karteczka...O kurwa.
Woda się rozlała, zjedzona sałatka prawie wylądowała z powrotem na talerzu, a Weronika ucierpiała i dosłownie zmiażdżyła mnie spojrzeniem bo jej nogi były całe mokre.
- To w końcu od kogo jest ta poczta? Możdżonek dał to Rafałowi a ten wysłał tutaj?
- No na to wygląda.
- A dlaczego taka reakcja?
- Bo tam będzie Łomacz? - raczej zapytałam niż stwierdziłam.
- To oni się tak lubią? Dobra. Co zrobisz?
- Nie wiem. - wzięłam torbę i skierowałam się w stronę wyjścia. - Idę na spacer.
- Czeeeekaj. Wezmę małą do wózka i pójdziemy z tobą. Albo nie. Poproszę babcie i zostanie z dziećmi.
Spacerowałyśmy po uliczkach dzielnicy Westwood. W pierwszym lepszym sklepie kupiłam papierosy i paliłam jednego po drugim nic nie mówiąc. Wera dotrzymywała mi kroku, a kiedy w końcu usiadłyśmy na szarym końcu jednej z ulic, gdzie rozpościerał się zielony widok, nie wytrzymała.
- Fuck, Meg... Czego ty się do cholery boisz?
- Nikt nie mówił mi o nim przez rok.
- A jakbyś się poczuła, gdyby Marcin nie zaprosił cie na ślub? To jego dzień, skoro wysłał ci zaproszenie to chce, żebyś tam dla niego przyjechała. Grzesiek jest dla niego tak samo ważny jak ty. Nie mógł wybierać.
- I co? Mam tak o sobie przyjechać do Polski? Marcin jest ze mną w stałym kontakcie, ale o żadnym zaproszeniu nic nie mówił...
- Chciał zachować resztki normalności. Chciał, żebyś została zaproszona tak jak wszyscy, papierowo. Zrób mu przyjemność i leć do Polski.
- Świetny pomysł. I mam niby patrzeć na Grześka jak maca pod stołem swoją żonę i udawać zadowoloną?
- Masz dwadzieścia sześć lat. Zrozum w końcu, że jesteś za stara, żeby chować się całe życie przed przeszłością.
- Ten ślub jest za dwa tygodnie.
- Myślisz, że ktoś go przetrzymał?
- Myślę, że Marcin bał mi się cokolwiek wysyłać i dlatego tyle zwlekał.
- Jak wrócisz do domu to zarezerwuj sobie lot. I daj znać Marcinowi, że będziesz. Miej klasę. I pokaż, że przyjeżdżasz do Polski w lepszej formie niż z niej wyjechałaś.


*


Nie powiedziałam Marcinowi i Hani dokładnie o której będę. Wiedzieli, że będę siódmego sierpnia w Olsztynie i zapukam do ich drzwi z walizką pełną ubrań. O osiemnastej dotarłam pod zapisany w pamięci telefonu adres.
- Myślałam, że od Warszawy to chwila moment. A ja jechałam i jechałam. Cześć przyszli młodzi!
- Aaaaaa, Maaaadzia! - dobra. Hania była jedyną osobą, której zawsze byłam w stanie wybaczyć mówienie do mnie w ten sposób. - Pogadamy pewnie na poprawinach albo w poniedziałek, bo dziś zgodnie z obietnicą zostawiam mojego przyszłego męża i uciekam na wieczór panieński. Może jednak dasz się skusić?
- Nie kochana. Zostanę i przemagluje twojego przyszłego męża, żeby zawsze był ci taki posłuszny, jak przed ślubem.
Z Hanką minęłyśmy się dosłownie w drzwiach. A ja rzuciłam się na Marcina, którego chyba trochę wzruszył mój przyjazd. Cienki jest. Jak sik pająka.
- Rok cie nie widziałem, a ty nabrałaś kolorów. Masz rumiane policzki a nie białą twarz jak kartka papieru.
- Nie no. Tylko to widzisz?
- O w pyte. - podparł się pod boki. - Ty masz krótkie włosy!
- Nie no. Nie ma to jak obciąć się po pięciu minutach, że z prawie czarnych włosów po dupę zostało mi jakieś dwadzieścia procent.
- Ale wyglądasz... Zajebiście!
- Jednak jesteś fajny. Dobra, nie ma co gadać. Gość w dom, Magda do lodówki. Co masz dobrego?
- Naleśniki.
- O. I to jest odpowiedź.

Zadowolona i najedzona Magdalena rozsiadła się na fotelu. Jednak nic mnie kultury te Stany nie nauczyły.
- Wydobrzałaś. - stwierdził Marcin. - Naprawdę dobrze wyglądasz.
- Dzięki. Ty zarosłeś trochę, ale nadal okej.
- Dobrze ci tam, no nie?
- Jestem menadżerem w reaktywowanej po pożarze restauracji dziadka i wujka. Prowadzę księgowość, zajmuje się reklamą, rozliczam i przyjmuję ludzi...
- Nie nudzisz się.
- No nie. Oprócz tego rozkoszuję się widokiem dwóch małych brzdąców, synów mojej kuzynki Werki. No i z kuzynem, trochę większym brzdącem grywam w koszykówkę.
- Masz kontakt z rodziną?
- Z wyjątkiem około dwóch telefonów w miesiącu do Rafała i wysyłaniem prezentów dla jego córki to nie bardzo. Dziadkowie tak. Rozmawiają przez skejpa.
- A z ...
- Nieeee, z nim nie mam wcale. Nie rozmawialiśmy od ponad roku.
- Magda, ja wiem, że to wszystko wyszło źle, ale nie chciałem wybierać pomiędzy tobą a nim. Będzie sam. Jego żona ma inne wesele i postanowili się rozdzielić.
- Ou. Jak mi przykro. - odpowiedziałam ironizując i podgryzając przy tym naleśnika z czekoladą.
- A jak on się ma?
- Kto?
- No Możdżon... A o kim rozmawiamy?
- Aaaa, no dobrze. Chyba.
- Chyba?
- Oj no nie wiem. Miał tam jakieś problemy, ale za dużo nie wiem, bo to mi tylko Kubuś Rudzielec coś napomknął. Że niby z tą swoją się dogadać nie mogli, bo Grzesiek był u Bartmana no i Bartman kazał mu cię szukać.
- Ploty, ploteczki. Dobra, w sumie to mnie to nie interesuje. Przyjechałam tutaj dla was. I mam parę prezentów, ale to za dwa dni.


*

Ekipa zaczęła zbierać się pod kościołem. Bartman, Rudy, Rucek, Guma... Dryblasy jakich mało. No i Greg. W obcisłej fuksjowej sukience przed kolano i w sandałkach na szpilce z wypiętą piersią zmierzałam ku znajomym twarzom. Z początku nikt mnie chyba nie poznał, ale kiedy podeszłam bliżej i stanęłam ramie w ramię z Pawłem Królem Rozegrania Zagumnym rozległo się:
- MAGDAAAA?
- No ja.
No i zaczęliśmy się witać, a kiedy przyszła kolej Grzegorza ugięły mi się nogi, ale w głowie powtarzałam sobie, że nie mogę dziś zawieść Marcina i uciec sobie jak najdalej, choć bardzo bym chciała.
- To co, wchodzimy? Zaraz zaczynają.
- Jasne! - zadowolony z pomysłu Bartman dotrzymał mi kroku i jeszcze przed wejściem do kościelnej ławki szepnął mi do ucha, że ma ochote mnie zabić, ale w sumie cieszy się, że jestem tu dziś z nimi.

*

Na weselu wszyscy się wstawili. Łącznie ze mną. Oczywiście nie do nieprzytomności, ale skoro już przyjechałam to z kilkoma osobami musiałam się napić. Nie wspominając już, że nogi od tańca wchodziły mi do tyłka. Nawet zatańczyłam z Grzegorzem. Chociaż był to raczej niemy taniec, bo przez całą piosenkę nic do siebie nie powiedzieliśmy. I dobrze, że po chwili Piter wyrwał mnie z jego objęć.
 Po trzeciej rano pijana zamówiłam taksówkę. I nie wiedzieć czemu znalazłam się w niej z Grzegorzem, który najpierw wodził mnie wzrokiem, a później szeptał coś na ucho. Że niby ładnie wyglądam, że nie może się napatrzeć i że tęsknił. Bełkotał jeszcze parę innych rzeczy, ale ciężko mi było go zrozumieć. Jednak zamiast kopnąć go  w tyłek i zamknąć się w Marcina mieszkaniu, wytargałam go z tej nieszczęsnej taksówki i ściągając mu marynarkę od wejścia do windy całowałam jak głupia. Albo co najmniej tak, jakbym nigdy tego nie robiła. Boże. Co ja w tej windzie chciałam z nim zrobić, to głowa mała. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że wszystko o czym myślałam zostało zrobione.


*


Dopiero południu, kiedy od godziny powinnam być na poprawinach wstałam i zdałam sobie sprawę z tego, że przespałam się z moim byłym przyjacielem, w dodatku żonatym. Zawinięty w prześcieradło spał sobie w najlepsze. Spanikowałam. Szczęście, że nie miałam wypakowanej walizki. Ubrałam się w rzeczy weselne i popędziłam na PKP nie zamykając mieszkania. Kierunek Warszawa, następnie lotnisko, modlitwa o dostępny do Nowego Yorku bilet samolotowy i wstyd. Wstyd, że zachowałam się jak podła szmata.


*
O czwartej rano czasu amerykańskiego ślęczałam pod drzwiami domu. Zgubiłam w Polsce klucze. Obraz nędzy i rozpaczy. Plus walizka bez kółek. Odpadły przed Okęciem. Aaa, jeszcze deszcz. Otworzył mi przestraszony dziadek.
- O Jezu. - skwitował, następnie przyniósł mi ręcznik, żebym się nieco osuszyła i zaniósł na górę walizkę. Położyłam się na łóżko. Wschodziło słońce. Pożałowałam. Pożałowałam powrotu do Polski. 







Komentarze

VE. pisze…
Gregor, nadal cię nie lubię. Za bycie złamasem i mieszanie w głowie.

Popularne posty z tego bloga

#1 Hej Spała, wioska niemała...

#7 To ty nic nie wiesz?!

#13 Ona kazała mi wybierać.