#16 Zrobiłem ci straszne świństwo
Przegraliśmy. Stałam jak kołek tuż za bandami reklamowymi. I płakaliśmy wszyscy. I ja i oni.
- Idź tam. Nie możesz się gniewać tylko i wyłącznie dlatego, że już z nimi nie pracujesz.
Pożałowałam, że Faustyna wyciągnęła mnie do Londynu na mecze i załatwiła bilety, chociaż to ja bez problemu mogłam to zrobić. Nie spodziewałam się, że dziś zastanę taki obraz. Co się stało? Dlaczego upadli? Z tak dobrej formy wypaść z gry o najwyższe cele, gdzie było się pewniakiem? Przebiłam się przez tłum dziennikarzy i zauważona przez mojego byłego szefa przemknęłam do strefy sztabu. Chciałam zapytać, co poszło nie tak i gdzie popełnili błąd, ale widząc ich pospuszczane głowy - odpuściłam. Poczułam się jednością. Częścią tego składu. Bo przecież ciągle nią byłam. Nawet jeżeli nie miałam na sobie biało-czerwonej koszulki.
- Drogi sztabie... - odezwał się doktor. - Chyba wypada nam do nich iść.
Nawet ten człowiek powątpiewał. Nie wiedział, czy jest sens wyjść zza ławki do tych, którzy o swoje marzenia walczyli na parkiecie. Przebiłam się przez jeszcze jedną grupę dziennikarzy i odburknęłam, że nie ma niczego przyjemnego w robieniu zdjęć zapłakanym sportowcom. A płakali najwięksi twardziele.
- Miiiiisiek... - wypowiedziałam niemal szeptem widząc idącego w moją stronę Kubiaka i przytuliłam go z całej siły.
- Dzięki, że jesteś. Naprawdę.
- Jesteśmy drużyną, no nie? No, nie maż się tylko idź do Moniki. - wysłałam zapłakanego Michała do partnerki, a kiedy odwróciłam się zobaczyłam płaczącego Łomacza. Magdaleno - pękło ci serce. W tym momencie przypomniało mi się, kiedy płakał na pogrzebie swojego ojca trzymając mnie za rękę. Usiadłam na parkiecie nie mówiąc nic, bo wiedziałam, że to on zacznie pierwszy.
- Zrobiłem ci straszne świństwo, a ty jesteś przy mnie, kiedy moja kariera leży. Podchodzisz, siadasz obok i patrzysz jak płaczę. I czekasz w spokoju aż zacznę mówić. Aż wyrzucę z siebie wszystko i powiem, że jest do dupy, życie jest niesprawiedliwie i to nie powinno tak wyglądać.
- Zawsze tak mówisz. Zdarza ci się tupnąć jeszcze nogą, ewentualnie rozsypać coś, co trzymasz w momencie frustracji w ręce i użyć klaksonu w samochodzie.
- A ty pytasz mnie wtedy, komu masz skopać dupę. - uśmiechnął się przez łzy.
- Co poszło nie tak?
- Szczęścia nam zabrakło. Wracamy do domu. Czuję się, jakbym był nagi normalnie, bo mnie okradli z ciuchów i wystawili przed tłum...
- Teraz myśl o tym, żeby wesele się udało. Chociaż łatwo mówić...
- Chciałem powiedzieć ci sam. Pewnie wiesz od Jarskiego.
- Nie, Marcin mi powiedział. Kiedy to?
- Za tydzień. Chciałem wrócić z medalem parę dni przed uroczystością.
- No, eeee... Szybka decyzja.
- Ta, W Zielonej Górze będzie wesele. Dałem twojemu bratu zaproszenie dla ciebie.
- Brat podał Marcinowi, a Marcin wysłał mnie.
- Mogłabyś przyjechać do Wrocławia, kiedy wrócimy do domów?
- Greg, ale po co? Wrócisz do narzeczonej, będzie cie pocieszać, będziecie przejmować się ślubem...
- Nalegam.
- Nie wiem. - wstałam otrzepując swój tyłek. - Nie uważasz, że to by było nie w porządku wobec twojej kobiety?
- O niczym się nie dowie. Poza tym, ja chyba mam prawo do prywatności przed ślubem.
- Nie wiem. - powtórzyłam i udałam się w stronę wyjścia z hali.
Siedziałam na skale i słuchałam jak uderza o nią woda. Lubiłam to miejsce. Jedyne takie w okolicach Wrocławia, gdzie faktycznie można było posiedzieć i pomedytować przy całkiem ładnej scenerii. Z kaptura wysmykiwały mi się włosy. Obok siedział Grzegorz. Tak jak ja opatulony w bluzę, patrzył na pływające kaczki. Byliśmy tutaj po testach w ósmej klasie do szkoły średniej, po maturze, na każdych feriach, wakacjach i innych tego typu. Pierwszy raz wpadłam tutaj do wody, która przykrywała mnie z dziesięć razy i trzymałam Grega za nogę, żeby wyjść. Później miałam zapalenie płuc, ale po chorobie i tak wróciłam w to samo miejsce.
- Już niedługo będzie po wszystkim. Życie wywróci mi się do góry nogami.
- Będziesz mężem.
- No, chyba nie do końca to do mnie dociera. Sto osób na weselu, chociaż to ślub cywilny. A później ma się do mnie wprowadzić.
- Przyzwyczaisz się.
Przyjechałam do Wrocławia na prośbę mamy Grega, do samego końca wahając się. Grzesiek wrócił po Igrzyskach, ale wiedział, że zobaczy mnie tylko wtedy, kiedy ulegnę jego mamie, dlatego postanowił ją wykorzystać. I tak oto siedzimy obok siebie. Dwójka być może jeszcze przyjaciół. Jedno bez chęci do życia, drugie otwierające nowy rozdział w swoim.
-Czemu nie zapytałaś, dlaczego tak szybko?
- Po co? To twoje życie. Zdecydowałeś, że nie chcesz mnie w nim, a przynajmniej nie w takiej ilości w jakiej byś chciał. Ja to zrozumiałam, odcięłam się od ciebie i od twojego życia, chociaż niewątpliwie życzę ci wszystkiego najlepszego. Dlatego nie pytam o nic,
- Tak? To dlatego wyprowadziłaś się i nikomu nie powiesz gdzie jesteś? Dlaczego uciekłaś przed wszystkimi? Nie ma dnia, żebym nie myślał o tym, co się z tobą dzieje. Myślisz, że nie pytam Marcina i innych o ciebie? Wysłuchuję od twoich rodziców, abym próbował chociaż na pięć minut ściągnąć cię do Wrocławia, bo może w to nie uwierzysz, ale martwią się o ciebie. Powiedz wprost dlaczego to zrobiłaś?!
- To nie jest na temat.
- Jest. Niby kiedy mamy o tym porozmawiać skoro nawet nie mam do ciebie telefonu?
- Wiesz jak to jest, kiedy jedyna osoba, dla której byłeś kimś ważnym odchodzi i zaczyna na nowo bez ciebie?
- Wiem. Bo odeszłaś.
- Bo mi na to pozwoliłeś. - uniosłam głos. -I tak naprawdę gówno wiesz.
Nie skomentował. Upuścił głowę.
- Nigdy w życiu nie chciałem, żeby to tak wyglądało. Chciałem się ustatkować, zrobiłem przy tym szopkę, zamieszanie i wszystkie temu pochodne, ale nigdy nie chciałem, żeby cie nie było.
- Gdybyś nie chciał, to tak by się nie stało.
- Ale...
- Nie przerywaj mi. - wstałam ze skały i z wściekłością w głosie zaczęłam praktycznie
monolog. - Nie zrozumiem twojej decyzji, Do końca swojego życia będzie dla mnie niesprawiedliwa i bolesna. Nie zaakceptuję nikogo innego przy twoim boku. Bo to moje miejsce. I nie mogę pogodzić się z tym, że ktoś mnie z niego wypchał, a następnie wpierdolił się na nie swoimi buciorami i zatrzasnął przede mną drzwi, których ty nie otworzyłeś. Dla mnie nie liczył się nikt inny. Szłam za tobą w ogień. Wszędzie. Wybiegłam na boisko jak zasmarkany od płaczu siedziałeś z głową między kolanami i starałam się, abyś poczuł, że nie jesteś w tym sam. A jej nie było. Byłam ja. Wiesz dlaczego tam byłam? Wiesz dlaczego nie było mi obojętne po tym wszystkim co mi zrobiłeś i powiedziałeś? Bo jeżeli się kogoś kocha, to się ślepnie. Jestem ślepa, Greg. Już tyle czasu jestem ślepa, a ty wbijasz mi nóż w plecy za każdym razem kiedy ze mną rozmawiasz. I weź sobie ten ślub. Ubierz garnitur i patrz jej w oczy. Swojej ukochanej. Swojej wielkiej miłości. I nie karz mi proszę nigdzie przyjeżdżać. Nie wykorzystuj swojej mamy, żeby wysyłała do mnie jakiekolwiek mejle. Nie próbuj zdobywać mojego numeru telefonu, nie próbuj dowiedzieć się, gdzie mieszkam, bo i tak nikt tego nie wie. Nikt nie zna adresu. I ty tym bardziej nie będziesz go znał. Nienawidzę cie. Nienawidzę tego, że cie kocham, a przecież mi nie wypada, a nawet nie wolno.
- Aha. I teraz sobie idziesz po tym co mi powiedziałaś.
- Nie, kurwa. Będę stać i patrzeć.
- Grzesiu! Nie odbierasz telefonu, a ja od pół godziny stoję na parkingu i czekam. O. A to jest Magda? Wiele o tobie słyszałam. Miło mi cię poznać, moja imienniczko.
- Do kiedyś, Greg. - rzuciłam obracając się i mierząc wzrokiem jego przyszłą żonę.
Siedziałam w kawiarni z Możdżonkiem i obydwoje raczyliśmy się mocna kawą, która miała nas rozbudzić w piątkowy, deszczowy wieczór. Marcin przyjechał mnie odwiedzić, a przy okazji
podrzucił swoją narzeczoną do rodziców. Oczywiście nie byłam priorytetem, ale skoro udało mu się wygospodarować odrobinę czasu na ujrzenie mojego oblicza - jestem na tak.
- Mam nadzieję, że będziesz wpadać do Kędzierzyna.
- Obiecuję, że się postaram. Dostałam propozycję pracy.
- Gdzie?
- W Bełchatowie.
- Mówisz poważnie?
- Śmiertelnie. Rozważam to, ale raczej odpuszczę.
- Wybierwsz się jutro do Wrocławia?
- Po co?
- Magda, nie udawaj. Dobrze wiemy, że masz zaproszenie na ślub Grześka.
- Rozmawiałam z nim przedwczoraj.
- Pewnie pokłóciliście się setny raz i stwierdziłaś, że nie przyjedziesz.
- Zupełnie jakbyś zgadł.
- Może warto schować dumę do kieszeni?
- Marcin, ja powiedziałam coś, czego nie powinnam. Lepiej, żebym się nie pokazywała.
- Wy już chyba wszystko sobie powiedzieliście, więc...
- No właśnie aż za bardzo wszystko.
- Magda. Mam piętnaście minut, bo Hanka przyjedzie i będzie mi truła dupę, że chciałaby wracać. Mów wreszcie konkrety.
- No... - upiłam łyk kawy i wyciągnęłam papierosa - Idę zapalić.
Wyszedł za mną i czekał aż zacznę coś mówić.
- To jak? Dowiem się coś?
- Nie pojedziesz jeżeli ci nie powiem?
- Pojadę, ale zasypię cie telefonami.
- Byłam we Wrocławiu na początku tygodnia. Grega mama skontaktowała się ze mną przez mejla. Namówiła mnie na przyjazd. Spotkaliśmy się, zaczęliśmy rozmawiać, było spokojnie dopóki on nie zaczął znowu mnie prowokować. No i wspomniałam mu, że go kocham i tego typu...
- Co? Maaaaaagda, coś ty narobiła...
- Teraz już rozumiesz dlaczego nie jadę na tą imprezę?
- Czemu nie powiedziałaś mu tego wcześniej? Narobiłaś mu w głowie mętliku!
- Marcin, nie krzycz! Jakiego mętliku? - szepnęłam - Przecież on weźmie ten ślub i tyle.
- Ty chyba nie wiesz jak chłopy funkcjonują! A jak zrezygnuje i powie, że zbrzydły mu wszystkie kobiety?!
- Dobra, nie musisz mi aż tak dosadnie uświadamiać, że przesadziłam. Parę dni temu odezwał się mój chrzestny.
- W sensie ten ze Stanów?
- Tak. Przyjechał do moich rodziców. Wyjechałam po niego na Okęcie. Trochę się zdziwił, jak mnie zobaczył.
- Powiedziałaś mu gdzie jesteś?
- Trochę. Ale obiecał, że jeżeli nie chcę, aby rodzice cokolwiek wiedzieli to niczego im nie powie. Jadę do Wrocławia. Dziś o dziewiętnastej mają odebrać mnie z ciocią z dworca i wziąć do rodziców.
- Chcesz się pogodzić?
- Nie. Zabrać resztę rzeczy.
- Magda, chcesz powiedzieć, że...
- Tak, wyprowadzam się do Stanów.
- Co?! Jak?! Przecież musisz mieć zieloną kartę! Albo wizę! Nie wpuszczą cie nawet za bramki!
- Możdżonek. Oddychaj. Daj mi dojść do słowa. Mam podwójne obywatelstwo.
- I nikomu nic nie powiedziałaś? Przecież byliśmy w Kanadzie! A ty nie powiedziałaś ani słowa... Magda!
- Kanada to nie USA.
- I CO TERAZ?! CHCESZ WYJECHAĆ SOBIE OD TAK?! - wrzasnął na mnie.
- Moi dziadkowie mieszkają w Stanach od ponad trzydziestu lat. Razem z nimi brat ojca. Chcieli ściągnąć tam moich rodziców, ale oni woleli zostać w Polsce. Ojciec się zakochał, a matka nie chciała nigdzie ruszać się z Wrocławia. Zostali. Pojechali tam na wakacje, kiedy moja mama była w ósmym miesiącu ciąży i nie przewidzieli, że będę chciała wyjść na świat szybciej. Urodziłam się w Los Angeles. I pokrzyżowałam rodzicom wszystkie plany. Ojciec z Rafałem wrócili do Polski, a ja z mamą zostałam trzy miesiące tam. U wujka. Dziadkowie żyją, mają sześćdziesiąt sześć lat, maja się cudownie i ani myślą wrócić na starość do ojczyzny. Wujek z ciotką tak samo. Oni żyją po amerykańsku. Inaczej. Kiedy byłam młodsza moim marzeniem było się tam przeprowadzić i wykorzystać moje obywatelstwo. Rodzice nie chcieli o tym słyszeć. Twierdzili, że rodzeństwo musi trzymać się razem, a Rafał obywatelstwa nie ma. Powiedzieli, że mogę decydować o swoim miejscu zamieszkania jak skończę osiemnaście lat. Bilety były dla mnie nieosiągalne, potrzebowałam pieniędzy na studia i życie, a na to od rodziców bym nie dostała. To był jeden z głównych powodów, dla którego ciągle prowadziliśmy batalię.
- Teraz jesteś duża i wiesz co robić.
- Marcin. To nie jest koniec świata. Zawsze możecie z Hanią przylecieć, poza tym ja też na pewno będę was odwiedzać. To jest dla mnie bardzo ważne. Mogę zacząć od nowa tam. Myślałam o tym od kiedy wyniosłam się z kawalerki w Krakowie. Nie chciałam naciskać na wujka, mieli trochę problemów i nie chciałam, żeby zajmował się moimi biletami i organizacją całego wyjazdu.
- Czyli dziś się żegnamy?
- A przytulisz mnie brodaczu?
I wyściskał mnie wielkolud tak, że prawie wypruł mi flaki, ale głos mu się łamał bardziej niż mnie. Z Marcinem połączyło mnie coś fajnego. Jakaś taka więź, od pierwszych godzin znajomości, która doprowadziła nas do dobrego kumpelstwa i ogromnego zaufania. Pomachał mi jeszcze na pożegnanie i wsiadł do auta ruszając do Kędzierzyna na zwieńczenie kontraktu.
Stałam za ścianą w mieszkaniu, kiedy wujek wszedł do salonu i ogłosił rodzicom, że ma dla nich niespodziankę, która chciałaby coś ogłosić. I oto wyszłam, cała w bieli na sobie i w purpurze na twarzy. Mamie wypadła z ręki herbata, ojciec aż założył okulary a moja bratowa złamała drugie przykazanie.
- Czekałam na ciebie. Tak bardzo się bałam, że coś ci jest. Że nie masz gdzie spać... - mama była wyraźnie wzruszona, ale nie chciała podchodzić. Bała się chyba mojej reakcji.
- Wróciła prosić o przebaczenie. Nawet na chrzcinach zrobiła z siebie ofiarę i wyszła, wielce obrażona, królewna.
Moja bratowa jak już nie raz myślałam, stała się córką moich rodziców.
- Justyna. - upomniała ją mama. - Magda, proszę, powiedz coś. Cokolwiek.
- Meble z mojego pokoju możecie wyprzedać. Wezmę to, co uważam za stosowne ze sobą.
- Kupiłaś w końcu mieszkanie? - moja bratowa znowu zabrała głos, a mnie aż ścisnęło w środku.
- Jutro o piętnastej Meg leci z nami do Nowego Jorku.
- Przyjechałaś pochwalić się wakacjami?
- Nie. - wydusiłam z siebie, chociaż nie za bardzo mogłam cokolwiek powiedzieć. - Wyprowadzam się do Stanów. Przyjechałam wziąć rzeczy. Justyna, przejmiesz moje miejsce. Moi rodzice nigdy nie byli zadowoleni ze swojej córki, nie spełniałam ich oczekiwań. Teraz mają ciebie.
- Dziecko, nie mów tak.
- Mam nadzieję, że wasz syn nadal będzie wam sprawiał taką przyjemność swoją osobą, jaką sprawiał i sprawia, a synowa sprawdzi się w stu procentach. Pozwólcie mi spakować się w ciszy. Prześpię się w hotelu.
- Ale tutaj jest twój dom. Tutaj masz nas, Grzegorza... Przecież jutro jego ślub... Tak bardzo chciał, żebyś na nim była...
Nie chciałam słuchać mamy. Tym bardziej, że wypowiadała się za wszystkich. Justyna tylko dopowiadała swoje zgryźliwe teksty, a ojciec milczał jak zaklęty. Tak jakby przyszedł obcy człowiek i stanął w progu, pieprząc pod nosem jakieś farmazony.
Pakowanie nie zajęło mi dużo czasu. Ciocia, wujek i kuzynka mieli jedną średniej wielkości walizkę i ustaliłam z nimi, że pomogą mi z moimi bagażami - sztuk cztery. Nie chciałam ich do tego namawiać, ale to wspólny pomysł. Od zawsze bardzo chcieli nas w Stanach i tęsknili za nami. Uwielbiali polskie święta, proponowali własny kąt i zatrzymywali ile tylko mogli. Dziadkowie przeżywali, że chcieliby mieć przy sobie wszystkie wnuki, a nie tylko część. A ja najbardziej na świecie kochałam swoich dziadków, bo byli dla mnie po prostu najlepsi i najbardziej wyrozumiali. I chciałam im zrobić niespodziankę.
- Megi, mogę?
- Jasne.
Ciocia usiadła obok mnie na dywanie i patrzyła na przymkniętą walizkę ze zdjęciami, które chciałam wziąć ze sobą.
- Wiem, że masz ogromny żal do swoich rodziców, że wasze relacje nie wyglądają tak, jak powinny. Wiem też, że nie jest dobrze pomiędzy tobą a twoim Gregiem. Widzę, że coś cie boli i wszystko bardzo przeżywasz. Obiecuję ci, że w miarę możliwości postaramy się, aby było ci tam dobrze. Jeżeli chcesz i twoje serducho mówi ci, że powinnaś wyjechać i zostawić wszystko co złe tutaj, to pamiętaj, że to dobra decyzja. Jesteś dorosłą, wykształconą kobietą. I jeżeli tego chcesz, to nikt nie ma prawa mówić ci niczego ani krytykować twojej decyzji. Musisz też zrozumieć mamę. To są tysiące kilometrów. Inne życie, inna kultura, inny język i inni ludzie. Możesz mieć lat dziesięć, ale nawet jeśli masz lat dwadzieścia cztery, to sytuacja wygląda tak samo. Boi się o swoje dziecko, bo bardzo cię kocha. Ale jedni pokazują miłość bardziej, inni mniej. Pamiętaj, że zawsze o ciebie dbali. Że miałaś wszystko, czego potrzebowałaś. Pomogli ci się wykształcić. Może nie spisali się jako rodzice. Ale spisali się jako osoby za ciebie odpowiedzialne. I jeszcze jedno. Choć nie wiem, czy mogę.
- Tak? - odpowiedziałam cicho.
- Nie wiem co stało się między tobą a Grzegorzem. Twoja mama wspomniała coś o jakimś ślubie. Jeżeli kiedyś będziesz chciała o tym porozmawiać to pewnie sama mi powiesz. Ale pamiętaj, że warto jeszcze przed wyjazdem jechać do niego i poinformować o twojej decyzji. Łączyła was piękna relacja i nawet jeżeli spieprzyło się coś doszczętnie, to z szacunku do czasu, jaki przeżyliście wspólnie powinnaś go zobaczyć.
- Pójdę do niego. Jeszcze dziś.
- Dobrze. Nocujemy z wujkiem i Kamilą w hotelu dwie ulice dalej, ale to już pewnie wiesz. Jeżeli nie będziesz chciała zostać na noc tutaj, przyjedź do nas. Wynajęliśmy czwórkę, bo wszystko inne było zajęte.
- Na pewno przyjadę. - uśmiechnęłam się lekko.
Otworzył mi drzwi i był naprawdę bardzo zdziwiony. W niedługim czasie pojawiam się trzeci raz. Bez słowa wpuścił mnie do mieszkania, na drzwiach wisiała elegancka biała koszula i granatowy garnitur.
- Między nami się posypało. Obydwoje wiemy dlaczego. Wiemy też, że padło bardzo wiele słów, które nie powinny paść nigdy. Albo nie przy okazji takich wydarzeń jakie miały miejsce. Nie przyszłam ci znowu namieszać, bo gorzej się już nie da. Chciałam ci tylko powiedzieć, bo wiem, że na to zasługujesz, jedną ważną rzecz. Wyjeżdżam do Stanów. Mam pewną pracę i lokum.
- Na ile?
- Na stałe. Wyjeżdżam z Polski.
- Meg, ale ty mi nie możesz tego zrobić. Nie... Po prostu nie możesz.
- Zrozum. - złapałam go za ręce i przyciągnęłam do siebie. - Tak będzie lepiej.
- Dla kogo? - rozpłakał się. Normalnie stał i wył jak małe dziecko. Aż mnie samą do tego zmusił.
- Dla ciebie i dla mnie. Proszę. Pozwól mi uwolnić się od tej chorej sytuacji. Poza tym, ja podjęłam decyzję. Jest ostateczna i nieodwołalna. Zobaczysz. Wszyscy będą szczęśliwi.
- Magda... - zakrył twarz dłońmi. - To są dziesiątki tysięcy kilometrów. Nie mieści mi się to w głowie.
- Pamiętasz jak wyjeżdżałam na studia do Krakowa i obydwoje kupiliśmy jednakowe ramki i wywołaliśmy takie same zdjęcia? Mówiłeś, że zawsze wozisz je ze sobą i wyciągasz kiedy ci smutno i kiedy przegrasz mecz. Później zbiłeś ramkę i przyniosłeś do mnie, żebym ją naprawiła bo drugiej takiej samej nie będzie. Zrobiłam to już dawno, ale zapomniałam ci dać. Swoją już spakowałam. Oddaję twoją. Obiecaj, że nie wyrzucisz jej do śmieci. Połóż gdzieś i czasami spójrz. Ja na pewno popatrzę. Codziennie. Kilka razy.
- Nic i nikt mi ciebie nie zastąpi. Pamiętaj. Jesteś niezastąpiona. - przytulił mnie. I płakał. Ciągle leciały mu łzy wielkości grochu.
- Jesteś najpiękniejszym, co miałam przy sobie w swoim życiu. Nawet jeżeli obecnie nasze drogi się rozchodzą, bo nie potrafimy wrócić na stare tory. To jest koniec. Jutro zaczynasz coś na pewno cudownego. I ciesz się tym. Wszystko będzie dobrze. Na mnie pora. Na pewno nie mówię żegnaj. Bo wierzę, że do zobaczenia.
Uciekłam z klatki Grega najszybciej jak mogłam. Na dole czekała na mnie Justyna, która chyba chciała mnie przeprosić za swoje zachowanie i zaoferowała transport na jego osiedle.
- Witamy na pokładzie samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT. Za chwilę rozpocznie się podróż o numerze 1867 z Warszawy do Nowego Jorku. Proszę zapiąć pasy i przygotować się do startu. Przed kokpitem pracownicy obsługi zaprezentują, jak powinni państwo to zrobić...
Zapięłam pasy bo doskonale wiedziałam jak to zrobić i żeby bardziej nie stresować się całą podróżą założyłam słuchawki z ulubioną muzyką, wyciągnęłam krzyżówki i wciągnęłam na nos okulary. Przede mną dwanaście godzin lotu do Nowego Jorku.
- Idź tam. Nie możesz się gniewać tylko i wyłącznie dlatego, że już z nimi nie pracujesz.
Pożałowałam, że Faustyna wyciągnęła mnie do Londynu na mecze i załatwiła bilety, chociaż to ja bez problemu mogłam to zrobić. Nie spodziewałam się, że dziś zastanę taki obraz. Co się stało? Dlaczego upadli? Z tak dobrej formy wypaść z gry o najwyższe cele, gdzie było się pewniakiem? Przebiłam się przez tłum dziennikarzy i zauważona przez mojego byłego szefa przemknęłam do strefy sztabu. Chciałam zapytać, co poszło nie tak i gdzie popełnili błąd, ale widząc ich pospuszczane głowy - odpuściłam. Poczułam się jednością. Częścią tego składu. Bo przecież ciągle nią byłam. Nawet jeżeli nie miałam na sobie biało-czerwonej koszulki.
- Drogi sztabie... - odezwał się doktor. - Chyba wypada nam do nich iść.
Nawet ten człowiek powątpiewał. Nie wiedział, czy jest sens wyjść zza ławki do tych, którzy o swoje marzenia walczyli na parkiecie. Przebiłam się przez jeszcze jedną grupę dziennikarzy i odburknęłam, że nie ma niczego przyjemnego w robieniu zdjęć zapłakanym sportowcom. A płakali najwięksi twardziele.
- Miiiiisiek... - wypowiedziałam niemal szeptem widząc idącego w moją stronę Kubiaka i przytuliłam go z całej siły.
- Dzięki, że jesteś. Naprawdę.
- Jesteśmy drużyną, no nie? No, nie maż się tylko idź do Moniki. - wysłałam zapłakanego Michała do partnerki, a kiedy odwróciłam się zobaczyłam płaczącego Łomacza. Magdaleno - pękło ci serce. W tym momencie przypomniało mi się, kiedy płakał na pogrzebie swojego ojca trzymając mnie za rękę. Usiadłam na parkiecie nie mówiąc nic, bo wiedziałam, że to on zacznie pierwszy.
- Zrobiłem ci straszne świństwo, a ty jesteś przy mnie, kiedy moja kariera leży. Podchodzisz, siadasz obok i patrzysz jak płaczę. I czekasz w spokoju aż zacznę mówić. Aż wyrzucę z siebie wszystko i powiem, że jest do dupy, życie jest niesprawiedliwie i to nie powinno tak wyglądać.
- Zawsze tak mówisz. Zdarza ci się tupnąć jeszcze nogą, ewentualnie rozsypać coś, co trzymasz w momencie frustracji w ręce i użyć klaksonu w samochodzie.
- A ty pytasz mnie wtedy, komu masz skopać dupę. - uśmiechnął się przez łzy.
- Co poszło nie tak?
- Szczęścia nam zabrakło. Wracamy do domu. Czuję się, jakbym był nagi normalnie, bo mnie okradli z ciuchów i wystawili przed tłum...
- Teraz myśl o tym, żeby wesele się udało. Chociaż łatwo mówić...
- Chciałem powiedzieć ci sam. Pewnie wiesz od Jarskiego.
- Nie, Marcin mi powiedział. Kiedy to?
- Za tydzień. Chciałem wrócić z medalem parę dni przed uroczystością.
- No, eeee... Szybka decyzja.
- Ta, W Zielonej Górze będzie wesele. Dałem twojemu bratu zaproszenie dla ciebie.
- Brat podał Marcinowi, a Marcin wysłał mnie.
- Mogłabyś przyjechać do Wrocławia, kiedy wrócimy do domów?
- Greg, ale po co? Wrócisz do narzeczonej, będzie cie pocieszać, będziecie przejmować się ślubem...
- Nalegam.
- Nie wiem. - wstałam otrzepując swój tyłek. - Nie uważasz, że to by było nie w porządku wobec twojej kobiety?
- O niczym się nie dowie. Poza tym, ja chyba mam prawo do prywatności przed ślubem.
- Nie wiem. - powtórzyłam i udałam się w stronę wyjścia z hali.
*
Siedziałam na skale i słuchałam jak uderza o nią woda. Lubiłam to miejsce. Jedyne takie w okolicach Wrocławia, gdzie faktycznie można było posiedzieć i pomedytować przy całkiem ładnej scenerii. Z kaptura wysmykiwały mi się włosy. Obok siedział Grzegorz. Tak jak ja opatulony w bluzę, patrzył na pływające kaczki. Byliśmy tutaj po testach w ósmej klasie do szkoły średniej, po maturze, na każdych feriach, wakacjach i innych tego typu. Pierwszy raz wpadłam tutaj do wody, która przykrywała mnie z dziesięć razy i trzymałam Grega za nogę, żeby wyjść. Później miałam zapalenie płuc, ale po chorobie i tak wróciłam w to samo miejsce.
- Już niedługo będzie po wszystkim. Życie wywróci mi się do góry nogami.
- Będziesz mężem.
- No, chyba nie do końca to do mnie dociera. Sto osób na weselu, chociaż to ślub cywilny. A później ma się do mnie wprowadzić.
- Przyzwyczaisz się.
Przyjechałam do Wrocławia na prośbę mamy Grega, do samego końca wahając się. Grzesiek wrócił po Igrzyskach, ale wiedział, że zobaczy mnie tylko wtedy, kiedy ulegnę jego mamie, dlatego postanowił ją wykorzystać. I tak oto siedzimy obok siebie. Dwójka być może jeszcze przyjaciół. Jedno bez chęci do życia, drugie otwierające nowy rozdział w swoim.
-Czemu nie zapytałaś, dlaczego tak szybko?
- Po co? To twoje życie. Zdecydowałeś, że nie chcesz mnie w nim, a przynajmniej nie w takiej ilości w jakiej byś chciał. Ja to zrozumiałam, odcięłam się od ciebie i od twojego życia, chociaż niewątpliwie życzę ci wszystkiego najlepszego. Dlatego nie pytam o nic,
- Tak? To dlatego wyprowadziłaś się i nikomu nie powiesz gdzie jesteś? Dlaczego uciekłaś przed wszystkimi? Nie ma dnia, żebym nie myślał o tym, co się z tobą dzieje. Myślisz, że nie pytam Marcina i innych o ciebie? Wysłuchuję od twoich rodziców, abym próbował chociaż na pięć minut ściągnąć cię do Wrocławia, bo może w to nie uwierzysz, ale martwią się o ciebie. Powiedz wprost dlaczego to zrobiłaś?!
- To nie jest na temat.
- Jest. Niby kiedy mamy o tym porozmawiać skoro nawet nie mam do ciebie telefonu?
- Wiesz jak to jest, kiedy jedyna osoba, dla której byłeś kimś ważnym odchodzi i zaczyna na nowo bez ciebie?
- Wiem. Bo odeszłaś.
- Bo mi na to pozwoliłeś. - uniosłam głos. -I tak naprawdę gówno wiesz.
Nie skomentował. Upuścił głowę.
- Nigdy w życiu nie chciałem, żeby to tak wyglądało. Chciałem się ustatkować, zrobiłem przy tym szopkę, zamieszanie i wszystkie temu pochodne, ale nigdy nie chciałem, żeby cie nie było.
- Gdybyś nie chciał, to tak by się nie stało.
- Ale...
- Nie przerywaj mi. - wstałam ze skały i z wściekłością w głosie zaczęłam praktycznie
monolog. - Nie zrozumiem twojej decyzji, Do końca swojego życia będzie dla mnie niesprawiedliwa i bolesna. Nie zaakceptuję nikogo innego przy twoim boku. Bo to moje miejsce. I nie mogę pogodzić się z tym, że ktoś mnie z niego wypchał, a następnie wpierdolił się na nie swoimi buciorami i zatrzasnął przede mną drzwi, których ty nie otworzyłeś. Dla mnie nie liczył się nikt inny. Szłam za tobą w ogień. Wszędzie. Wybiegłam na boisko jak zasmarkany od płaczu siedziałeś z głową między kolanami i starałam się, abyś poczuł, że nie jesteś w tym sam. A jej nie było. Byłam ja. Wiesz dlaczego tam byłam? Wiesz dlaczego nie było mi obojętne po tym wszystkim co mi zrobiłeś i powiedziałeś? Bo jeżeli się kogoś kocha, to się ślepnie. Jestem ślepa, Greg. Już tyle czasu jestem ślepa, a ty wbijasz mi nóż w plecy za każdym razem kiedy ze mną rozmawiasz. I weź sobie ten ślub. Ubierz garnitur i patrz jej w oczy. Swojej ukochanej. Swojej wielkiej miłości. I nie karz mi proszę nigdzie przyjeżdżać. Nie wykorzystuj swojej mamy, żeby wysyłała do mnie jakiekolwiek mejle. Nie próbuj zdobywać mojego numeru telefonu, nie próbuj dowiedzieć się, gdzie mieszkam, bo i tak nikt tego nie wie. Nikt nie zna adresu. I ty tym bardziej nie będziesz go znał. Nienawidzę cie. Nienawidzę tego, że cie kocham, a przecież mi nie wypada, a nawet nie wolno.
- Aha. I teraz sobie idziesz po tym co mi powiedziałaś.
- Nie, kurwa. Będę stać i patrzeć.
- Grzesiu! Nie odbierasz telefonu, a ja od pół godziny stoję na parkingu i czekam. O. A to jest Magda? Wiele o tobie słyszałam. Miło mi cię poznać, moja imienniczko.
- Do kiedyś, Greg. - rzuciłam obracając się i mierząc wzrokiem jego przyszłą żonę.
*
Siedziałam w kawiarni z Możdżonkiem i obydwoje raczyliśmy się mocna kawą, która miała nas rozbudzić w piątkowy, deszczowy wieczór. Marcin przyjechał mnie odwiedzić, a przy okazji
podrzucił swoją narzeczoną do rodziców. Oczywiście nie byłam priorytetem, ale skoro udało mu się wygospodarować odrobinę czasu na ujrzenie mojego oblicza - jestem na tak.
- Mam nadzieję, że będziesz wpadać do Kędzierzyna.
- Obiecuję, że się postaram. Dostałam propozycję pracy.
- Gdzie?
- W Bełchatowie.
- Mówisz poważnie?
- Śmiertelnie. Rozważam to, ale raczej odpuszczę.
- Wybierwsz się jutro do Wrocławia?
- Po co?
- Magda, nie udawaj. Dobrze wiemy, że masz zaproszenie na ślub Grześka.
- Rozmawiałam z nim przedwczoraj.
- Pewnie pokłóciliście się setny raz i stwierdziłaś, że nie przyjedziesz.
- Zupełnie jakbyś zgadł.
- Może warto schować dumę do kieszeni?
- Marcin, ja powiedziałam coś, czego nie powinnam. Lepiej, żebym się nie pokazywała.
- Wy już chyba wszystko sobie powiedzieliście, więc...
- No właśnie aż za bardzo wszystko.
- Magda. Mam piętnaście minut, bo Hanka przyjedzie i będzie mi truła dupę, że chciałaby wracać. Mów wreszcie konkrety.
- No... - upiłam łyk kawy i wyciągnęłam papierosa - Idę zapalić.
Wyszedł za mną i czekał aż zacznę coś mówić.
- To jak? Dowiem się coś?
- Nie pojedziesz jeżeli ci nie powiem?
- Pojadę, ale zasypię cie telefonami.
- Byłam we Wrocławiu na początku tygodnia. Grega mama skontaktowała się ze mną przez mejla. Namówiła mnie na przyjazd. Spotkaliśmy się, zaczęliśmy rozmawiać, było spokojnie dopóki on nie zaczął znowu mnie prowokować. No i wspomniałam mu, że go kocham i tego typu...
- Co? Maaaaaagda, coś ty narobiła...
- Teraz już rozumiesz dlaczego nie jadę na tą imprezę?
- Czemu nie powiedziałaś mu tego wcześniej? Narobiłaś mu w głowie mętliku!
- Marcin, nie krzycz! Jakiego mętliku? - szepnęłam - Przecież on weźmie ten ślub i tyle.
- Ty chyba nie wiesz jak chłopy funkcjonują! A jak zrezygnuje i powie, że zbrzydły mu wszystkie kobiety?!
- Dobra, nie musisz mi aż tak dosadnie uświadamiać, że przesadziłam. Parę dni temu odezwał się mój chrzestny.
- W sensie ten ze Stanów?
- Tak. Przyjechał do moich rodziców. Wyjechałam po niego na Okęcie. Trochę się zdziwił, jak mnie zobaczył.
- Powiedziałaś mu gdzie jesteś?
- Trochę. Ale obiecał, że jeżeli nie chcę, aby rodzice cokolwiek wiedzieli to niczego im nie powie. Jadę do Wrocławia. Dziś o dziewiętnastej mają odebrać mnie z ciocią z dworca i wziąć do rodziców.
- Chcesz się pogodzić?
- Nie. Zabrać resztę rzeczy.
- Magda, chcesz powiedzieć, że...
- Tak, wyprowadzam się do Stanów.
- Co?! Jak?! Przecież musisz mieć zieloną kartę! Albo wizę! Nie wpuszczą cie nawet za bramki!
- Możdżonek. Oddychaj. Daj mi dojść do słowa. Mam podwójne obywatelstwo.
- I nikomu nic nie powiedziałaś? Przecież byliśmy w Kanadzie! A ty nie powiedziałaś ani słowa... Magda!
- Kanada to nie USA.
- I CO TERAZ?! CHCESZ WYJECHAĆ SOBIE OD TAK?! - wrzasnął na mnie.
- Moi dziadkowie mieszkają w Stanach od ponad trzydziestu lat. Razem z nimi brat ojca. Chcieli ściągnąć tam moich rodziców, ale oni woleli zostać w Polsce. Ojciec się zakochał, a matka nie chciała nigdzie ruszać się z Wrocławia. Zostali. Pojechali tam na wakacje, kiedy moja mama była w ósmym miesiącu ciąży i nie przewidzieli, że będę chciała wyjść na świat szybciej. Urodziłam się w Los Angeles. I pokrzyżowałam rodzicom wszystkie plany. Ojciec z Rafałem wrócili do Polski, a ja z mamą zostałam trzy miesiące tam. U wujka. Dziadkowie żyją, mają sześćdziesiąt sześć lat, maja się cudownie i ani myślą wrócić na starość do ojczyzny. Wujek z ciotką tak samo. Oni żyją po amerykańsku. Inaczej. Kiedy byłam młodsza moim marzeniem było się tam przeprowadzić i wykorzystać moje obywatelstwo. Rodzice nie chcieli o tym słyszeć. Twierdzili, że rodzeństwo musi trzymać się razem, a Rafał obywatelstwa nie ma. Powiedzieli, że mogę decydować o swoim miejscu zamieszkania jak skończę osiemnaście lat. Bilety były dla mnie nieosiągalne, potrzebowałam pieniędzy na studia i życie, a na to od rodziców bym nie dostała. To był jeden z głównych powodów, dla którego ciągle prowadziliśmy batalię.
- Teraz jesteś duża i wiesz co robić.
- Marcin. To nie jest koniec świata. Zawsze możecie z Hanią przylecieć, poza tym ja też na pewno będę was odwiedzać. To jest dla mnie bardzo ważne. Mogę zacząć od nowa tam. Myślałam o tym od kiedy wyniosłam się z kawalerki w Krakowie. Nie chciałam naciskać na wujka, mieli trochę problemów i nie chciałam, żeby zajmował się moimi biletami i organizacją całego wyjazdu.
- Czyli dziś się żegnamy?
- A przytulisz mnie brodaczu?
I wyściskał mnie wielkolud tak, że prawie wypruł mi flaki, ale głos mu się łamał bardziej niż mnie. Z Marcinem połączyło mnie coś fajnego. Jakaś taka więź, od pierwszych godzin znajomości, która doprowadziła nas do dobrego kumpelstwa i ogromnego zaufania. Pomachał mi jeszcze na pożegnanie i wsiadł do auta ruszając do Kędzierzyna na zwieńczenie kontraktu.
*
Stałam za ścianą w mieszkaniu, kiedy wujek wszedł do salonu i ogłosił rodzicom, że ma dla nich niespodziankę, która chciałaby coś ogłosić. I oto wyszłam, cała w bieli na sobie i w purpurze na twarzy. Mamie wypadła z ręki herbata, ojciec aż założył okulary a moja bratowa złamała drugie przykazanie.
- Czekałam na ciebie. Tak bardzo się bałam, że coś ci jest. Że nie masz gdzie spać... - mama była wyraźnie wzruszona, ale nie chciała podchodzić. Bała się chyba mojej reakcji.
- Wróciła prosić o przebaczenie. Nawet na chrzcinach zrobiła z siebie ofiarę i wyszła, wielce obrażona, królewna.
Moja bratowa jak już nie raz myślałam, stała się córką moich rodziców.
- Justyna. - upomniała ją mama. - Magda, proszę, powiedz coś. Cokolwiek.
- Meble z mojego pokoju możecie wyprzedać. Wezmę to, co uważam za stosowne ze sobą.
- Kupiłaś w końcu mieszkanie? - moja bratowa znowu zabrała głos, a mnie aż ścisnęło w środku.
- Jutro o piętnastej Meg leci z nami do Nowego Jorku.
- Przyjechałaś pochwalić się wakacjami?
- Nie. - wydusiłam z siebie, chociaż nie za bardzo mogłam cokolwiek powiedzieć. - Wyprowadzam się do Stanów. Przyjechałam wziąć rzeczy. Justyna, przejmiesz moje miejsce. Moi rodzice nigdy nie byli zadowoleni ze swojej córki, nie spełniałam ich oczekiwań. Teraz mają ciebie.
- Dziecko, nie mów tak.
- Mam nadzieję, że wasz syn nadal będzie wam sprawiał taką przyjemność swoją osobą, jaką sprawiał i sprawia, a synowa sprawdzi się w stu procentach. Pozwólcie mi spakować się w ciszy. Prześpię się w hotelu.
- Ale tutaj jest twój dom. Tutaj masz nas, Grzegorza... Przecież jutro jego ślub... Tak bardzo chciał, żebyś na nim była...
Nie chciałam słuchać mamy. Tym bardziej, że wypowiadała się za wszystkich. Justyna tylko dopowiadała swoje zgryźliwe teksty, a ojciec milczał jak zaklęty. Tak jakby przyszedł obcy człowiek i stanął w progu, pieprząc pod nosem jakieś farmazony.
Pakowanie nie zajęło mi dużo czasu. Ciocia, wujek i kuzynka mieli jedną średniej wielkości walizkę i ustaliłam z nimi, że pomogą mi z moimi bagażami - sztuk cztery. Nie chciałam ich do tego namawiać, ale to wspólny pomysł. Od zawsze bardzo chcieli nas w Stanach i tęsknili za nami. Uwielbiali polskie święta, proponowali własny kąt i zatrzymywali ile tylko mogli. Dziadkowie przeżywali, że chcieliby mieć przy sobie wszystkie wnuki, a nie tylko część. A ja najbardziej na świecie kochałam swoich dziadków, bo byli dla mnie po prostu najlepsi i najbardziej wyrozumiali. I chciałam im zrobić niespodziankę.
- Megi, mogę?
- Jasne.
Ciocia usiadła obok mnie na dywanie i patrzyła na przymkniętą walizkę ze zdjęciami, które chciałam wziąć ze sobą.
- Wiem, że masz ogromny żal do swoich rodziców, że wasze relacje nie wyglądają tak, jak powinny. Wiem też, że nie jest dobrze pomiędzy tobą a twoim Gregiem. Widzę, że coś cie boli i wszystko bardzo przeżywasz. Obiecuję ci, że w miarę możliwości postaramy się, aby było ci tam dobrze. Jeżeli chcesz i twoje serducho mówi ci, że powinnaś wyjechać i zostawić wszystko co złe tutaj, to pamiętaj, że to dobra decyzja. Jesteś dorosłą, wykształconą kobietą. I jeżeli tego chcesz, to nikt nie ma prawa mówić ci niczego ani krytykować twojej decyzji. Musisz też zrozumieć mamę. To są tysiące kilometrów. Inne życie, inna kultura, inny język i inni ludzie. Możesz mieć lat dziesięć, ale nawet jeśli masz lat dwadzieścia cztery, to sytuacja wygląda tak samo. Boi się o swoje dziecko, bo bardzo cię kocha. Ale jedni pokazują miłość bardziej, inni mniej. Pamiętaj, że zawsze o ciebie dbali. Że miałaś wszystko, czego potrzebowałaś. Pomogli ci się wykształcić. Może nie spisali się jako rodzice. Ale spisali się jako osoby za ciebie odpowiedzialne. I jeszcze jedno. Choć nie wiem, czy mogę.
- Tak? - odpowiedziałam cicho.
- Nie wiem co stało się między tobą a Grzegorzem. Twoja mama wspomniała coś o jakimś ślubie. Jeżeli kiedyś będziesz chciała o tym porozmawiać to pewnie sama mi powiesz. Ale pamiętaj, że warto jeszcze przed wyjazdem jechać do niego i poinformować o twojej decyzji. Łączyła was piękna relacja i nawet jeżeli spieprzyło się coś doszczętnie, to z szacunku do czasu, jaki przeżyliście wspólnie powinnaś go zobaczyć.
- Pójdę do niego. Jeszcze dziś.
- Dobrze. Nocujemy z wujkiem i Kamilą w hotelu dwie ulice dalej, ale to już pewnie wiesz. Jeżeli nie będziesz chciała zostać na noc tutaj, przyjedź do nas. Wynajęliśmy czwórkę, bo wszystko inne było zajęte.
- Na pewno przyjadę. - uśmiechnęłam się lekko.
*
Otworzył mi drzwi i był naprawdę bardzo zdziwiony. W niedługim czasie pojawiam się trzeci raz. Bez słowa wpuścił mnie do mieszkania, na drzwiach wisiała elegancka biała koszula i granatowy garnitur.
- Między nami się posypało. Obydwoje wiemy dlaczego. Wiemy też, że padło bardzo wiele słów, które nie powinny paść nigdy. Albo nie przy okazji takich wydarzeń jakie miały miejsce. Nie przyszłam ci znowu namieszać, bo gorzej się już nie da. Chciałam ci tylko powiedzieć, bo wiem, że na to zasługujesz, jedną ważną rzecz. Wyjeżdżam do Stanów. Mam pewną pracę i lokum.
- Na ile?
- Na stałe. Wyjeżdżam z Polski.
- Meg, ale ty mi nie możesz tego zrobić. Nie... Po prostu nie możesz.
- Zrozum. - złapałam go za ręce i przyciągnęłam do siebie. - Tak będzie lepiej.
- Dla kogo? - rozpłakał się. Normalnie stał i wył jak małe dziecko. Aż mnie samą do tego zmusił.
- Dla ciebie i dla mnie. Proszę. Pozwól mi uwolnić się od tej chorej sytuacji. Poza tym, ja podjęłam decyzję. Jest ostateczna i nieodwołalna. Zobaczysz. Wszyscy będą szczęśliwi.
- Magda... - zakrył twarz dłońmi. - To są dziesiątki tysięcy kilometrów. Nie mieści mi się to w głowie.
- Pamiętasz jak wyjeżdżałam na studia do Krakowa i obydwoje kupiliśmy jednakowe ramki i wywołaliśmy takie same zdjęcia? Mówiłeś, że zawsze wozisz je ze sobą i wyciągasz kiedy ci smutno i kiedy przegrasz mecz. Później zbiłeś ramkę i przyniosłeś do mnie, żebym ją naprawiła bo drugiej takiej samej nie będzie. Zrobiłam to już dawno, ale zapomniałam ci dać. Swoją już spakowałam. Oddaję twoją. Obiecaj, że nie wyrzucisz jej do śmieci. Połóż gdzieś i czasami spójrz. Ja na pewno popatrzę. Codziennie. Kilka razy.
- Nic i nikt mi ciebie nie zastąpi. Pamiętaj. Jesteś niezastąpiona. - przytulił mnie. I płakał. Ciągle leciały mu łzy wielkości grochu.
- Jesteś najpiękniejszym, co miałam przy sobie w swoim życiu. Nawet jeżeli obecnie nasze drogi się rozchodzą, bo nie potrafimy wrócić na stare tory. To jest koniec. Jutro zaczynasz coś na pewno cudownego. I ciesz się tym. Wszystko będzie dobrze. Na mnie pora. Na pewno nie mówię żegnaj. Bo wierzę, że do zobaczenia.
Uciekłam z klatki Grega najszybciej jak mogłam. Na dole czekała na mnie Justyna, która chyba chciała mnie przeprosić za swoje zachowanie i zaoferowała transport na jego osiedle.
*
Zapięłam pasy bo doskonale wiedziałam jak to zrobić i żeby bardziej nie stresować się całą podróżą założyłam słuchawki z ulubioną muzyką, wyciągnęłam krzyżówki i wciągnęłam na nos okulary. Przede mną dwanaście godzin lotu do Nowego Jorku.
*
miały być dwa krótkie, wyszedł jeden długi. chyba długi. następne już o Magdzie w Stanach. :)
Komentarze
Ale zmiana otoczenia czasem wychodzi na dobre, może jej to pomoże. Oby.