#15 Muszę cię ratować
Jak mam otworzyć się na ten ból i strach
Rozpadnie się mój cały świat
Nie umiem, nie chcę, wolę tak...
Już wolę nie czuć nic.
- Miło. A co się stało? - kompletnie niewzruszony składał swoje ubrania.
- Mieszasz. Greg, ty znowu mieszasz. - aż kipiałam. Im dłużej stałam w jego pokoju tym było gorzej.
- Mieszać to ja mogę cukier w herbacie, żeby się rozpuścił.
Tą jego zasraną herbatą, dopiero co zrobioną, rzuciłam o ścianę. Oblałam wszystko dookoła, ale musiałam się na czymś wyżyć. A właśnie kubek miałam pod ręką.
- Ja do ciebie, kurwa, mówię! Próbuję do ciebie cokolwiek powiedzieć! Rozmawiaj ze mną!
- Meg. - podszedł do mnie, złapał moje nadgarstki. - Jak mam z tobą rozmawiać, jak nawet dobrze nie zaczęliśmy... Ty tylko krzyczysz.
- Dlaczego się wtrąciłeś? - patrzyłam w jeden punkt, gdzieś za jego ramię, byle nie spotkać się wzrokiem.
- Bo nie chcesz się spotykać z Kurkiem. Po prostu z nim poszłaś, bo chciałaś go spławić. Chciałaś, żeby raz na zawsze się od ciebie odczepił. Bo umowa była taka, że raz, to raz.
- Skąd ty to niby możesz wiedzieć? - próbowałam się wyszarpać, ale jego uścisk był coraz mocniejszy.
- Bo cie znam. Na wylot.
- Udajemy, że jesteśmy w dobrych kontaktach, postanowiłam ci pomóc i znowu pracować jako twój menadżer, więc doceń to i odwal się od mojej strefy komfortu. Tyle chyba możesz dla mnie zrobić. Ja od twojej się odczepiłam. Poza tym, sam gadałeś do Rafała...
- Boże! No gadałem, no! I co?! - teraz to jemu włączył się agresor, bo mnie pchnął na ścianę i sam się o nią oparł rękami. Zrobiło się niezręcznie. - To że gadałem, nie znaczy, że tak myślałem.
- Między nami jest zbyt wiele niedomówień. A nie wiadomo skąd się wzięły. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Ja nikogo nie mam i nie chcę mieć na twoje miejsce. Bo mi cie nikt nie zastąpi.
- Ciągle trzymałem się ciebie. Większość swojego życia. Jak poroniłaś wszystko się zmieniło. Zdałem sobie sprawę, że jestem dorosłym facetem, bez planów na przyszłość, a mój plan, którym mogło być to dziecko - straciłem. Wiem, ja wiem, że to nie była twoja wina. Wiem, że to genetyka. Wiem też, że to po prostu niefart. Postanowiłem się ustatkować. Poszukać. Mówiłem ci to. Poznałem kogoś, chyba nam się układa. Mam nadzieję, że w końcu poczuję, że mam coś, co czyni mnie szczęśliwym mężczyzną. Stabilny związek, dziecko, dom, nie wiem... Ale rozumiesz? To, że ona nie chce, żebym się z tobą przyjaźnił to już inna kwestia i z tego zadowolony nie jestem. Pracuję nad jej zazdrością, chciałbym nadal się z tobą przyjaźnić. Nadal mieć cie tak blisko jak do tej pory.
- Jak już jesteśmy szczerzy to powiem ci coś teraz od siebie. Nie mogę dla ciebie pracować, nie chcę się tego podejmować i chciałabym, żebyś to uszanował.
- Dobrze, szanuję.
- To idę do Andrzeja.
Nie powiedziałam nic. Zatkało mnie. On się wygadał, ja nie. Zrezygnował ze mnie, bo nie dałam mu dziecka, bo mój organizm albo siła wyższa nie pozwoliła mi donosić ciąży. Wszystko co powiedział nie dopuszczając mnie do słowa, było pokazaniem mi tego, ile znaczyła dla nas nasza przyjaźń. Tylko że ja się zakochałam. To taka mała, nic nie znacząca poprawka. I zdałam sobie sprawę z tego właśnie w tym momencie. Chyba nigdy nie myślałam o tym, co będzie jak odejdzie. Sam. W swoją stronę. Zawsze wydawało się, że Grzesiek jest już na amen. Problem w tym, że nic wiecznie nie trwa, a już na pewno nie przyjaźń, w której granica pomiędzy miłością została przekroczona w sposób krzywdzący dla jednej strony.
Weszłam do pokoju. I co zrobić? Rozpłakać się? Bo usłyszałam najgorszą prawdę? Szczerą? Najgorszy scenariusz? A może to moja wina? Może gdybym urodziła, miałabym go ciągle przy sobie? Teraz nie mogę. Wybrał. Może być gorzej?
*
Po nieprzespanej nocy zostałam niemalże zerwana ze śniadania przez Andrzeja. W jego pokoju siedział cały sztab, a na środku oprócz mnie stał jeden z masażystów.- Madzia...
- Szefie o co chodzi? Coś zrobiliśmy?
Andrzej podał mi kartkę. Decyzja o rozwiązaniu ze mną umowy przez PZPS.
- Prezes podjął decyzję, że sztab jest zbyt rozbudowany. Padło na was. Nie jest mi miło to mówić, zawodnicy już wiedzą ...
- Do kiedy mamy się wynieść?
Nie dopytywałam dlaczego teraz. Po prostu zostawiłam to bez komentarza. Zostałam wyrzucona z roboty. Magdalena Antczak - pierwsza bezrobotna Rzeczpospolitej.
- Dziś o 16 wylatujecie.
Była 10. Naprawdę jedyne o czym marzyłam, to wyjazd z Londynu i odcięcie się od całego siatkarskiego świata. Ale nie wypadało nie pożegnać się z zawodnikami. Tym bardziej, że nawiązało się tak wiele przyjaźni, przeżyło się tyle pięknych chwil, a ilość wkurwień na Bartmana wyszła poza skalę. Co powiedzieć dorosłym chłopom na pożegnanie? Cześć, pa, hej? Tym bardziej, że wcale to do mnie nie dotarło. Podeszłam do trenera i poklepałam do palcem po plecach. Domyślił się, że chciałabym przerwać chwilowo trening i zabrać głos.
- Wiem, że już o wszystkim zostaliście poinformowani. Za chwile mnie tu nie będzie, niestety decyzja jest nieodwołalna jak mniemam... - wzdychnęłam, ale kontynuowałam. - Jesteście pod opieką cudownych ludzi, naprawdę. Pozostaje mi trzymać za was kciuki i czekać na medal. Wierzę w złoto. Kocham was wszystkich i dziękuję. Do zobaczenia, bo wiem, że to nie koniec i gdzieś na pewno nasze drogi znowu się zejdą.
Skończyłam w momencie, kiedy mój głos zaczynał się łamać. Naprawdę będę tęsknić za tymi oszołomami, chociaż czasami leciały z ust kurwy i inne tego typu.
Spakowałam swoje rzeczy, a pod ośrodkiem czekała taksówka na lotnisko. Odprowadził mnie szef, który zanim weszłam mocno mnie objął. Jak ojciec, którego miałam, ale przytulał Rafała. A jeśli o nim mowa, to stał za Andrzejem i kiedy ten mnie puścił podszedł i szepnął, że próbował przekonywać PZPS, kiedy tydzień temu obiło mu się o uszy, że chcą mi podziękować za współpracę. Wiem, Rafik się starał. Może nie zawsze było i jest nam po drodze, może wiele od niego nie zależy, ale wiem, że wstawiał się za mną w reprezentacji zawsze, kiedy mógł. Tak po cichu.
- Zadzwonię jak dolecę. - odparłam z lekkim uśmiechem. Stwierdziłam, że własnemu bratu mogę zdradzić swój nowy numer.
Taksówka ruszyła, a ja siedziałam z kamienną twarzą w środku i miętosiłam w ręce swój bilet lotniczy. Odprawa poszła gładko, nawet obok mojego współwyrzuconego z roboty mnie nie posadzili. W każdym razie, samolot wystartował, a ja ubrałam kaptur i oparłam czoło o okno. Chciałam jak najszybciej wysiąść, jechać miejskim autobusem do mieszkania, wykąpać się, iść spać i zapomnieć. O całym świecie. Tak, dopadała mnie złość, wściekłość wręcz. Łzy zaczęły cieknąć mi po policzkach i nawet kiedy wylądowałam i udałam się po odbiór bagażu. Dopiero byłam w Londynie, już jestem w Warszawie. W komunikacji miejskiej. W tramwaju. Dojeżdżam z bagażami do mieszkania. Moja przygoda dobiegła końca. Jeszcze tylko sklep. Alkohol - dużo alkoholu.
*
Siedziałam zachlana na dywanie, a przynajmniej tak się czułam, kiedy butelka wódki zaczynała wirować mi w oczach. Nie rozpakowałam walizek, a do jedzenia miałam tylko drożdżówkę. Jedną zasraną drożdżówkę. Dopiłam resztkę alkoholu i to by było na tyle tym dniu. Czułam, że nie jestem w stanie wstać z kanapy salonowej, a co dopiero przenieść się na łóżko w sypialni. Oglądałam jakieś głupie filmy na internecie a im bardziej mnie łapały procenty, tym gorsze były.
- A pani kim jest, przepraszam?
- Mieszkam tu.
Wparowała mi do domu jakaś baba. Na oko - w moim wieku. Ładna całkiem. Z walizkami i w dresowej bluzie. Mniemam, że pewnie z lotniska wróciła, tak jak ja.
- Ale jak mieszkasz, jak tu mieszka mój brat?
- Słuchaj lalka. Wypierdalaj z mojego mieszkania. W tym momencie. Bo nie jestem w nastroju, żeby mieć gości.
- Dopóki mój brat nie oddzwoni i nie powie mi o co chodzi, zostaję tutaj i nigdzie się stąd nie ruszam.
- Świetnie. - wybełkotałam i runęłam z impetem na wersalkę. Moja głowa chyba sobie poszła, bo czułam jakbym przeżyła zderzenie z górą lodową.
- Nie chce ci nic mówić, ale chyba zbladłaś.
- Jeżeli chcesz tu zostać i cokolwiek wyjaśnić to chociaż się nie odzywaj. Popatrz, tam stoi łóżko, jak nie chcesz już nigdzie jechać i chociaż wolałabym zostać sama, to skorzystaj z mojej gościnności, idź spać i zamilcz. Gdybym była trzeźwa to wyrzuciłabym cie stąd siłą.
- To, że masz ze sobą problem nie oznacza, że możesz mnie obrażać.
- Problem? Ja mam problem nie tylko ze sobą. Ja mam problem z całym światem. Moje życie to problem.
- Uuuu. Mówisz to osobie, która wróciła z Anglii. Co ty wiesz człowieku o problemach.
- Mówisz to osobie, którą wywalili na zbity pysk z kadry siatkarzy.
- Wiedziałam! Wiedziałam, że cie znam. Widziałam cie przelotem w telewizji!
- I drugi raz już nie zobaczysz.
Mój gość wyciągnął z walizki wino i wypił na prawie na hejnał. Ostra zawodniczka. Szkoda tylko, że padła na łóżko jak mucha. Skąd ona się tu wzięła?!
*
Z Londynu wieści docierały średnie. Marcin pisał, że chłopcy skarżą się na brak siły, pojawiły się kontuzje i ciężko co niektórym wrócić na stare tory. Cóż. Niemiła wiadomość jak na początek dnia, tuż po tym, jak otworzyłam oczy.
- Dostałam od mojego brata wiadomość, że ponad miesiąc temu wynajął ci to mieszkanie. A ja miałam się jechać innego mieszkania, gdzie sąsiadka miała dla mnie klucze. W innej części miasta. Sory, nie chciałam wejść ci na chatę. Po prostu się nie dogadaliśmy.
- Luz. Zrobiłabym ci kawę albo herbatę. Albo jajecznicę, ale nie mam nic w lodówce.
- Można zjeść po drugiej stronie. Fajne miejsce, dobre i tanie śniadania.
- A kawę mają?
Wyszłyśmy z domu z moją nową koleżanką w najgorszym stanie z możliwych. Całe w dresie i trampkach. Moje włosy przypominały palmę, jej za to tygodniowego warkocza.W milczeniu piłyśmy kawę, która miała być zbawieniem i usilnie w to wierzyłam. Chciałam się chociaż rozpakować, a do tego potrzebna jest siła.
- To jak ty się właściwie nazywasz? - wydukała moja towarzyszka.
- Magda.
- O, Meg.
- Błagam, nie Meg. Tylko nie Meg. AAAAAAAAAAA! - prawie zaczęłam sobie wyrywać włosy z głowy.
- Nie lubisz?
- Nie chodzi o to, że nie lubię. Po prostu mówił tak do mnie ktoś, o kim pamiętać nie chcę. Z resztą, nieważne. Ciebie jak zwą?
- Faustyna. Wiem, paskudnie.
- Nie, dlaczego?
- Ciebie naprawdę nie dziwi moje imię?
- Ani trochę. Moja matka nazywa się Eleonora.
- Co robisz w Warszawie?
- Ukrywam się.
- Chcesz o tym pogadać?
- Nie wiem.
Wypiłyśmy kawę we względnej ciszy, przegryzłyśmy zapiekanką z kurczakiem i wróciłyśmy do mieszkania. Faustyna zaczęła się pakować, ale ja pękłam.
- Nigdy mnie nie akceptowali. Zawsze byłam na uboczu, zawsze w cieniu brata. Potrafiłam uciec z domu, żeby ktoś usłyszał mój niemy krzyk o zainteresowanie. Bezskutecznie. Ale po co ja ci to mówię?
- Będziesz kontynuować czy mam cię zmusić?
- On był zawsze. Przez piętnaście lat. Z nikim nie byłam tak blisko. To była najprawdziwsza przyjaźń. Byłam przy nim, kiedy jego ojciec umierał na białaczkę, kiedy wygrywał, kiedy przegrywał, przyjeżdżałam na zgrupowania. Bez wiadomości z rana nie mogłam zacząć dnia. Nawet jak studiowałam w Krakowie, a on był w Warszawie to czułam jego obecność. Któregoś razu nas poniosło. Właściwie to poniosło nas już kilka razy. Po liceum na imprezie, za jakieś dwa lata znowu. Zawsze bez konsekwencji. Zawsze lądowałam z nim w łóżku jak kogoś miał, albo to ja z kimś się spotykałam. Niecały rok temu wpadliśmy. Dowiedziałam się o tym dwa tygodnie przed tym jak poroniłam. Dzień, w którym wylądowałam w szpitalu miał być dniem, w którym mieliśmy odbyć rozmowę. Grzesiek nic nie wiedział. Poinformował go lekarz, który zapytał czy jest ojcem, kiedy przerażony przyjechał na oddział. Byłam pewna, że mnie znienawidzi i nigdy więcej się nie zobaczymy. Tymczasem usłyszałam, że przejdziemy przez to razem i widocznie tak musiało być. Wszystko wróciło do normy, było jak dawniej. Następnie dostałam pracę w kadrze, a Greg powołanie. Po Lidze Światowej pojechaliśmy na wakacje z moim bratem i jego żoną. Było cudownie, dopóki nie zaczęliśmy się kłócić. Poszło o wszystko. Że wlazłam mu do łóżka jak kogoś miał, że on nie jest święty, że nie ma sensu dalej rozmawiać... Zmieszaliśmy się wzajemnie z błotem. Sprawa wyjaśniła się w momencie, kiedy przez przypadek usłyszałam o tym, że kogoś ma i ten ktoś nie jest za bardzo zadowolony z relacji jaka łączy mnie i Grześka. Sprowokował mnie do kłótni, bo uznał to za jedyny sposób. Następnie chciał, żebyśmy choć trochę się do siebie zbliżyli i żebym znowu była jego menedżerem, bo tylko ja mogłam opanować jego roztrzepanie. Wstępnie się zgodziłam, ale stosunki nadal pozostawały napięte. W końcu doszło do ostatecznej rozmowy. Grzesiek wszystko zrzucił na mnie. Dał mi do zrozumienia, że poronienie to moja wina i mógł byś ułożonym człowiekiem i mieć rodzinę. Powiedział, że marzy o stabilnym związku i teraz poznał kogoś, z kim może go stworzyć, ale nie chciałby, żebym całkowicie zniknęła z jego życia. Jeszcze przed Londynem przeprowadziłam się z Krakowa do Warszawy, nie biorąc pod uwagę tego, że mój dom rodzinny jest we Wrocławiu. Zmieniłam numer telefonu i odcięłam się od rodziny, od niego i wszystkich znajomych. No i wyrzucili mnie z roboty. Strzał w kolano.
- Przynajmniej go nie widzisz. Nie rozdrapuje ci ran.
- Ja i tak się już rozsypałam.
- A ty? Co tu robisz?
- Rzucił mnie narzeczony. A raczej to ja jego. Przyłapałam go z inną. Oprócz tego wisi mi prawie piętnaście tysięcy. Mówił, że ma dla nas mieszkanie w Polsce i musi wpłacić już zaliczkę. Okazało się, że niedawno urodził mu się dzieciak w Polsce. Siedem lat związku poszło się jebać. Ja nie mam pieniędzy, nie mam domu ani mieszkania, mój ojciec to alkoholik i wyrzucił mnie z domu, matka nie żyje od dziesięciu lat, a brat jest lekarzem i ma święty spokój. Ma swoją rodzinę i pieniądze, nie chce go ciągle prosić o pomoc. Poza tym i tak zafundował mi z żoną bilet powrotny do Polski i pożyczyli pieniądze na jakiś start.
- Zostań tutaj, ja nie powinnam być sama, bo zapiję się na śmierć, a z tobą też nie będzie najlepiej.
- Magda, ja niczego nie mam. Mam dwie walizki i bagaż podręczny. Ty przynajmniej masz jakieś pieniądze.
- Jezu, czemu ty od razu o pieniądzach?
- Bo mi się szybko skończą.
- Daj spokój. Poczekaj, telefon odbiorę. No? - zapytałam Możdżonka. -Co się dzieje?
- Grzesiek bierze ślub końcem sierpnia.
- Skąd wiesz? - aż mnie zmroziło.
-Bo twój braciszek zgubił zaproszenie pod moim pokojem i mu je odniosłem. Muszę kończyć, chciałem ci to tylko przekazać.
Marcin się rozłączył, a ja wyłączyłam myślenie. Zaczęłam płakać, rzucać rzeczami, szkłem, sztućcami, kosmetykami i wszystkim co miałam pod ręką. Faustyna trzymała mnie w pasie, żebym choć trochę się uspokoiła, ale szarpałam się tak, że obydwie wylądowałyśmy na podłodze.
- Proszę, nie zostawiaj mnie. Ja nie chcę zostać sama.
- Nie zamierzam nigdzie się przenosić. Skoro cię znalazłam, muszę cię ratować. - odpowiedziała głaszcząc moją głowę.
- Dostałam od mojego brata wiadomość, że ponad miesiąc temu wynajął ci to mieszkanie. A ja miałam się jechać innego mieszkania, gdzie sąsiadka miała dla mnie klucze. W innej części miasta. Sory, nie chciałam wejść ci na chatę. Po prostu się nie dogadaliśmy.
- Luz. Zrobiłabym ci kawę albo herbatę. Albo jajecznicę, ale nie mam nic w lodówce.
- Można zjeść po drugiej stronie. Fajne miejsce, dobre i tanie śniadania.
- A kawę mają?
Wyszłyśmy z domu z moją nową koleżanką w najgorszym stanie z możliwych. Całe w dresie i trampkach. Moje włosy przypominały palmę, jej za to tygodniowego warkocza.W milczeniu piłyśmy kawę, która miała być zbawieniem i usilnie w to wierzyłam. Chciałam się chociaż rozpakować, a do tego potrzebna jest siła.
- To jak ty się właściwie nazywasz? - wydukała moja towarzyszka.
- Magda.
- O, Meg.
- Błagam, nie Meg. Tylko nie Meg. AAAAAAAAAAA! - prawie zaczęłam sobie wyrywać włosy z głowy.
- Nie lubisz?
- Nie chodzi o to, że nie lubię. Po prostu mówił tak do mnie ktoś, o kim pamiętać nie chcę. Z resztą, nieważne. Ciebie jak zwą?
- Faustyna. Wiem, paskudnie.
- Nie, dlaczego?
- Ciebie naprawdę nie dziwi moje imię?
- Ani trochę. Moja matka nazywa się Eleonora.
- Co robisz w Warszawie?
- Ukrywam się.
- Chcesz o tym pogadać?
- Nie wiem.
Wypiłyśmy kawę we względnej ciszy, przegryzłyśmy zapiekanką z kurczakiem i wróciłyśmy do mieszkania. Faustyna zaczęła się pakować, ale ja pękłam.
- Nigdy mnie nie akceptowali. Zawsze byłam na uboczu, zawsze w cieniu brata. Potrafiłam uciec z domu, żeby ktoś usłyszał mój niemy krzyk o zainteresowanie. Bezskutecznie. Ale po co ja ci to mówię?
- Będziesz kontynuować czy mam cię zmusić?
- On był zawsze. Przez piętnaście lat. Z nikim nie byłam tak blisko. To była najprawdziwsza przyjaźń. Byłam przy nim, kiedy jego ojciec umierał na białaczkę, kiedy wygrywał, kiedy przegrywał, przyjeżdżałam na zgrupowania. Bez wiadomości z rana nie mogłam zacząć dnia. Nawet jak studiowałam w Krakowie, a on był w Warszawie to czułam jego obecność. Któregoś razu nas poniosło. Właściwie to poniosło nas już kilka razy. Po liceum na imprezie, za jakieś dwa lata znowu. Zawsze bez konsekwencji. Zawsze lądowałam z nim w łóżku jak kogoś miał, albo to ja z kimś się spotykałam. Niecały rok temu wpadliśmy. Dowiedziałam się o tym dwa tygodnie przed tym jak poroniłam. Dzień, w którym wylądowałam w szpitalu miał być dniem, w którym mieliśmy odbyć rozmowę. Grzesiek nic nie wiedział. Poinformował go lekarz, który zapytał czy jest ojcem, kiedy przerażony przyjechał na oddział. Byłam pewna, że mnie znienawidzi i nigdy więcej się nie zobaczymy. Tymczasem usłyszałam, że przejdziemy przez to razem i widocznie tak musiało być. Wszystko wróciło do normy, było jak dawniej. Następnie dostałam pracę w kadrze, a Greg powołanie. Po Lidze Światowej pojechaliśmy na wakacje z moim bratem i jego żoną. Było cudownie, dopóki nie zaczęliśmy się kłócić. Poszło o wszystko. Że wlazłam mu do łóżka jak kogoś miał, że on nie jest święty, że nie ma sensu dalej rozmawiać... Zmieszaliśmy się wzajemnie z błotem. Sprawa wyjaśniła się w momencie, kiedy przez przypadek usłyszałam o tym, że kogoś ma i ten ktoś nie jest za bardzo zadowolony z relacji jaka łączy mnie i Grześka. Sprowokował mnie do kłótni, bo uznał to za jedyny sposób. Następnie chciał, żebyśmy choć trochę się do siebie zbliżyli i żebym znowu była jego menedżerem, bo tylko ja mogłam opanować jego roztrzepanie. Wstępnie się zgodziłam, ale stosunki nadal pozostawały napięte. W końcu doszło do ostatecznej rozmowy. Grzesiek wszystko zrzucił na mnie. Dał mi do zrozumienia, że poronienie to moja wina i mógł byś ułożonym człowiekiem i mieć rodzinę. Powiedział, że marzy o stabilnym związku i teraz poznał kogoś, z kim może go stworzyć, ale nie chciałby, żebym całkowicie zniknęła z jego życia. Jeszcze przed Londynem przeprowadziłam się z Krakowa do Warszawy, nie biorąc pod uwagę tego, że mój dom rodzinny jest we Wrocławiu. Zmieniłam numer telefonu i odcięłam się od rodziny, od niego i wszystkich znajomych. No i wyrzucili mnie z roboty. Strzał w kolano.
- Przynajmniej go nie widzisz. Nie rozdrapuje ci ran.
- Ja i tak się już rozsypałam.
- A ty? Co tu robisz?
- Rzucił mnie narzeczony. A raczej to ja jego. Przyłapałam go z inną. Oprócz tego wisi mi prawie piętnaście tysięcy. Mówił, że ma dla nas mieszkanie w Polsce i musi wpłacić już zaliczkę. Okazało się, że niedawno urodził mu się dzieciak w Polsce. Siedem lat związku poszło się jebać. Ja nie mam pieniędzy, nie mam domu ani mieszkania, mój ojciec to alkoholik i wyrzucił mnie z domu, matka nie żyje od dziesięciu lat, a brat jest lekarzem i ma święty spokój. Ma swoją rodzinę i pieniądze, nie chce go ciągle prosić o pomoc. Poza tym i tak zafundował mi z żoną bilet powrotny do Polski i pożyczyli pieniądze na jakiś start.
- Zostań tutaj, ja nie powinnam być sama, bo zapiję się na śmierć, a z tobą też nie będzie najlepiej.
- Magda, ja niczego nie mam. Mam dwie walizki i bagaż podręczny. Ty przynajmniej masz jakieś pieniądze.
- Jezu, czemu ty od razu o pieniądzach?
- Bo mi się szybko skończą.
- Daj spokój. Poczekaj, telefon odbiorę. No? - zapytałam Możdżonka. -Co się dzieje?
- Grzesiek bierze ślub końcem sierpnia.
- Skąd wiesz? - aż mnie zmroziło.
-Bo twój braciszek zgubił zaproszenie pod moim pokojem i mu je odniosłem. Muszę kończyć, chciałem ci to tylko przekazać.
Marcin się rozłączył, a ja wyłączyłam myślenie. Zaczęłam płakać, rzucać rzeczami, szkłem, sztućcami, kosmetykami i wszystkim co miałam pod ręką. Faustyna trzymała mnie w pasie, żebym choć trochę się uspokoiła, ale szarpałam się tak, że obydwie wylądowałyśmy na podłodze.
- Proszę, nie zostawiaj mnie. Ja nie chcę zostać sama.
- Nie zamierzam nigdzie się przenosić. Skoro cię znalazłam, muszę cię ratować. - odpowiedziała głaszcząc moją głowę.
*
życzcie mi powodzenia na sesji. wszystkiego dobrego w nowym roku. do następnego. :)
życzcie mi powodzenia na sesji. wszystkiego dobrego w nowym roku. do następnego. :)
Komentarze
Po drugie - o cholerka - ale się porobiło. Meg wyleciała z pracy, Grzesiek (debil) bierze ślub (debil do kwadratu).
Dobrze, że znalazła się taka Faustyna. Może dzięki niej Meg jakoś utrzyma się na powierzchni. Oby.
I tak, powodzenia na sesji. Tobie i sobie.
ps. Zawsze tu jestem. I czekam dzielnie dalej.