#14 Ale nie ma co zbierać




Część II - Operacja Londyn

Jak czasem wszystko lubi rozpaść się na części.
Pogodzić się z tym to objaw inteligencji?
Uległości?
Czy może braku woli walki?



- Dziecko, martwimy się. Tu tata, zadzwoń. Madzia powiedz czy wszystko jest w porządku, Rafał odchodzi od zmysłów.
I wiele, wiele, wiele innych. Aż w końcu błagalne, urwane jakby w połowie zdania, ciche...
- Meg, oddzwoń.
Moja poczta głosowa dosłownie pękała w szwach. Wyciągnęłam z kieszeni od bluzy nowy starter, usiadłam pod dworcem centralnym i wyjęłam starą kartę sim wyrzucając ją gdzieś za siebie. Następnie zajęłam się przeglądaniem numerów zapisanych w pamięci telefonu. Kilka potraktowałam opcją 'usuń', większość jednak zostawiłam. W końcu dopóki nie zadzwonię pierwsza, nikt numeru nie dostanie, prawda?
Miałam dość. Wszystkiego i wszystkich. A zmiany są przecież potrzebne. Uczą jak radzić sobie z pożegnaniem tego, co stare i złe, bądź dobre, ale zarówno takie, które musi odejść bo nie mamy na to wpływu. Moje zmiany dotyczyły tych złych i niestety, a może z czasem okaże się, że 'stety' - dobrych sfer. Odcięłam się od mojej toksycznej rodziny. Tego komentować nie trzeba i nawet się nie powinno. Niestety straciłam też Grzegorza i wypadałoby nauczyć się funkcjonować bez kogoś, z kim bezustannie żyło się większość życia. A przecież on jest. To tylko ja muszę mówić sobie, że go nie ma. Że jest dla kogoś innego, a dla mnie nawet w jednej setnej go nie ma, bo Ona nie chce mi go dać. Kurwa! Ja nawet nie wiem jak ona ma na imię. Nie wiem jak wygląda, nie wiem jakie ma włosy, nie wiem czy gada przez sen, nie wiem czy słodzi herbatę i nie wiem czy umie tańczyć. Nie wiem nawet czy ma cokolwiek wspólnego ze sportem. Niczego o niej nie wiem.


*

- Jeżeli nie pożyczę ci pieniędzy to nie kupisz mieszkania.
- Zbych... - właśnie pożałowałam, że zadzwoniłam do Bartmana.
- Ale w Warszawie masz tylko mnie.
Ogólnie sprawa wyglądała tak, że kiedy skończyłam studia, rodzice z bólem serca podarowali mi zaoszczędzanie skrupulatnie pieniądze. Nasłuchałam się oczywiście, że skoro Rafałowi dali i od razu zainwestował w mieszkanie, to sprawiedliwie będzie kiedy i ja dostanę swoją część, chociaż nie ukrywają, że życie jakie prowadzę nie popycha ich do tego, aby zrobili to z chęcią. Cóż. Gorsza Córka w takim razie nie może liczyć na dodatkowy zastrzyk finansowy bo Lepszy Brat oprócz oszczędności został obdarzony dodatkowo kredytem na otworzenie swojej przychodni. Podsumowując. Rafał miał pomoc i wsparcie. Już nawet nie chodzi o finanse. A ja mam trzy walizki, w tym jedną z ciuchami, jedną z garnkami i patelnią do naleśników, a trzecią z wszystkim innym. Niestety o wzięciu kredytu mogłam pomarzyć. Bez stałej pracy i umowy to mogli mi dać najwyżej pięćdziesiąt złotych i rozbić na 50 rat, żebym bardzo nie ucierpiała. Moja pensja z rozgrywek, oszczędności rodziców i jakieś studenckie zaskórniaki z konta zarobione na nocnej zmianie w McDonaldzie, bo i tak zdarzyło mi się pracować i całkiem nieźle płacili, prawie starczyła mi na puste, niepomalowane mieszkanie wyposażone jedynie w kaloryfery i okna. Prawie, bo niewiele więcej niż połowę musiałabym wytrzasnąć z innego źródła. To własnie uświadomił mi Bartman, który pytał znajomych, czy nie mają czegoś na sprzedaż w okazyjnej cenie. O wszystkim informował mnie nawet po północy, kiedy leżąc na twardym motelowym łóżku w Tarczynie pod Warszawą próbowałam planować swoje życie. W sumie to było mi go szkoda. Zaangażował się chłopak, chociaż o nic go nie prosiłam. Za to jako jeden z nielicznych dostał mój nowy numer. To zaszczyt! Przynajmniej mam pewność, że nie da go Rafałowi. Nie lubią się chłopaki. I nagle zadzwonił osiemdziesiąty pierwszy raz dzisiaj, kiedy akurat leżałam w wannie.
- Słuchaj. Mój kumpel zajmuje się przetargami komorniczymi.
- Spoko.
- No i znalazł coś taniego.
Owszem, tanie może i było, ale nie tak tanie, że nie musiałabym brać kredytu albo pożyczki.
- Zbych, jak chcesz, to kup sobie to mieszkanie, ja nie chcę.
Plan teoretycznie poszedł w pizdu, bo Zbysław zadzwonił osiemdziesiąty drugi raz dziś i ewidentnie miałam go już dość.
- Rozmawiałem z Aśką i powiedziała, że nie ma nic przeciwko, żebyśmy cię wspomogli extra kasą. Oddasz nam jak będziesz miała. Ile razy mam cię przekonywać?
- Zbyszek, ale ja wiem, że nie rozmawiałeś z Asią.
- Pomóż mi.
- A. To dlatego ty tak naciskasz, żebym przyjęła twoją pomoc. Chcesz coś w zamian.
- Przejrzysz mi te papiery?
- Cudowny Zbigniew nie radzi sobie z kupnem mieszkania?
- Nie znam się na tym, Aśka też nie. Przestudiujesz to w wolnej chwili? Prooooszę. To kupa kasy, nie chcę, żeby zrobili mnie w bambusa.
-  A ile mam czasu?
- Po Londynie muszę to mieć.  Proooooooszę. Proszę. Proooooooszę!
- A nie będziesz mnie nachodził z coraz to nowszymi propozycjami kupna mieszkania dla mnie? Mam tego już dosyć.
- Wiedziałem, że nie jesteś taka zła.
Może i mogłam wynająć mieszkanie. Ale mam skończone 25 lat, żyję sobie samotnie i dla mojej rodziny już dawno jestem czarną owcą z nieułożonym życiem. Ale chyba nic na siłę. Ta. Powiedzcie to im. Wracając do mojego potencjalnego lokum. Lepiej chyba płacić za swoje niż za czyjeś, prawda? A do pracy narazie nie pójdę, bo za niedługo Londyn. A przynajmniej do stałej pracy. Obecnie zajmuje się właśnie płaceniem za cudze czterdzieści metrów kwadratowych, rozłączaniem telefonów od chłopaków i pakowaniem małej walizki na imprezę. Dostałam info od mojego brata, że rodzice obchodzą dwudziestą piątą rocznicę ślubu i pragną mojej obecności.



*

Pojechałam do Wrocławia tylko po to, żeby oddać Rafałowi pieniądze, które pożyczyłam przed Ligą Światową, a że umówił się ze mną w restauracji, gdzie odbywało się przyjęcie - nie miałam wyboru. Tak bardzo jak nie chciałam tam jechać, tak szybko udało mi się dotrzeć. Jak na złość. Za dwa dni muszę być w Spale, więc bardzo dobrze. Nie będą męczyć żebym została. Zwinę się pod wieczór i spokój. Obecnie wchodzę do knajpy. Wszystkie oczy na mnie, przyjechała zjawa. Dobra, może troszkę schudłam. Może siedem kilo w miesiąc. Może jestem idiotką. Może powinnam usiąść przy pierwszym stoliku. A kiedy ja ostatni raz jadłam wspólny obiad z rodziną? Chyba przed maturą.
- Do ostatniego momentu wierzyłem, że przyjedziesz. - szepnął mi coś do ucha mój braciszek
Ja oczywiście nic z tym nie zrobiłam , bo przez towarzystwo i atmosferę nie miałam ochoty na jakiekolwiek rozmowy. No, może poza tym, że podałam mu prezent. Odeszłam od Rafała i wyszłam zapalić. Mijałam Grześka. Dobrze, że chociaż mi cześć powiedział. I czemu był sam? Gdzie jego lalka?
- Madzia, to może chociaż na pierogi do mnie wpadniesz? Wieczorem wyjeżdżam służbowo i pewnie za chwilę będę szła, ale zapraszam.
Heeeeej, to chyba pani Łomacz jest moją mamą. Oczywiście, że się zgodziłam. Ta kobieta budzi we mnie jako jedna z nielicznych a może i jedyna, pokłady jakichkolwiek uczuć typu miłość, zrozumienie i te sprawy.
Siedziałam na łomaczowym krzesełku w jego pokoju przy biurku. Poprawka, to jego stary pokój. Bo ja tutaj jestem taka młoda.W sensie na zdjęciach. Wszędzie razem. Przyjaźń normalnie do grobowej deski.
- Wierze, że to wszystko jest chwilowe.
- Coś się skończyło. - uśmiechnęłam się pod nosem, choć wiele mnie to kosztowało. Ciężko mi się tu siedziało. Na pewno ciężej niż z rodziną i Grześkiem w restauracji. Tam nie było wspomnień. Tu są.
- Ciągle mam nadzieje, że będziesz moją synową.
- Zabiła mnie pani. - zakrztusiłam się pierogami.
- A mnie Grześ. Ja nadal nie wiem o co wam poszło. Ostatnio jak wpadł na chwilę i kiedy go spytałam, co u ciebie, powiedział, że Magdy nie ma i nie będzie. I żebym dała mu spokój.
- Grzesiek postanowił ułożyć sobie życie, stwierdził, że już pora.
- No, ale bez ciebie?
- Ja go wspieram mimo wszystko. Niech sobie układają życie, niech biorą śluby i rodzą dzieci. Ja jestem nadal jego przyjaciółką, choć mu tego nie powiem, bo sposób w jaki się zachował spalił wszystkie mosty do naszego porozumienia. Albo większość.
- Wybrał kogoś innego? A ciebie zostawił?
- Można to tak ująć. Po prostu jego sympatia nie chciała mi choć trochę go oddać.
- Dwa lata temu podsłuchałam waszą rozmowę. Przypadkiem. Mieliście nie zamknięte drzwi od salonu a ja wróciłam do mieszkania Grześka  dosłownie na moment, bo zostawiłam na stole w kuchni telefon. On mi nigdy tego nie powiedział, a ja nie pytałam... Miałam ci o tym nie mówić, ale... Po tym co mi powiedziałaś jakoś mnie naszło...
- To był szósty tydzień, od kiedy się dowiedziałam przestałam palić. Miałam dobre badania, lekarz twierdził, że nic nie wskazywało na poronienie.Wszystko stało się samoistnie. Być może to podłoże genetyczne. Grzesiek dowiedział się w szpitalu, już po wszystkim, chociaż nazajutrz, kiedy miał wrócić z meczu miałam z nim pogadać. Nie rozmawialiśmy o tym w szpitalnej sali, powiedzieliśmy sobie dopiero w jego mieszkaniu jak wyszłam z oddziału, że to nas nie poróżni, bo nikt z nas nie miał na to wpływu. I nie różniło. Było normalnie. Do momentu, w którym nie pozazdrościł kolegom. Kubie, Piotrkowi... Musiał wybrać, wybrał słusznie.
- Powiesz mi gdzie jesteś?
- Wyprowadziłam się. Radzę sobie, naprawdę. Nie ma powodów do zmartwień. Ale gdzie dokładnie, proszę wybaczyć, ale ja nie powiedziałam nikomu. W niedalekiej przyszłości, pewnie się wyda.
Pożegnałyśmy się, obiecałam, że standardowo o pani Łomacz nie zapomnę i odwiedzę ją niedługo.


*


Znowu powtórka z rozrywki. Znowu ten sam autobus, ten sam przystanek, te same piosenki co za pierwszym razem. Bez ptasiej kupy na głowie, za to z humorem jeszcze bardziej podłym niż kiedyś. Operacja Spała. A raczej operacja Londyn.
Szczerze to nawet nie zainteresowałam się tym, kto jest powołany. W spalskich drzwiach Andrea dał mi kartkę, że niby egzemplarz dla mnie. Więc szłam tak za naszym bosmanem i czytałam sobie nazwiska. Bartmanowi to by mogli dać wolne, żeby mnie nie wkurwiał. Ale ogólnie nie jest najgorzej. Nie ma osoby z którą bym sobie nie poradziła. Przecież jestem super! A jeszcze bardziej super jest Andrzejek.
- Madziuteńka! Madzieńka! Na litość boską! - no i nie doczytałam. - Ty z tym, że chcesz od nas odpocząć, to serio mówiłaś.
- Szefie, obiecuję, że wróciłam zwarta i gotowa na Londyn. Obiboki są?
- Są. Ale nie wszyscy.
- No to idę się przywitać.
Żwawym krokiem, bo bądź co bądź, ale się stęskniłam, ruszyłam w stronę sali gimnastycznej. Zamaszyście otworzyłam drzwi i moje dokumenty upadły na podłogę. Zbych, Kubi, Bartosz, Pit, Marcin, Igła, Wiśnia... I Grzegorz Łomacz. Umarłam. Co on do jasnej anielki tu robi?! Boże. Przecież dopiero był we Wrocławiu!  Błagam. Dlaczego teraz? Dlaczego w ogóle? Kurwa mać! Sytuacja dziwna. Bartman zły, że nie odbierałam telefonu i wystawiłam go z mieszkaniem coś tam burczał pod nosem, Bartosz to już nie wspomnę, przecież wielce zakochany, nie mógł znieść, że nagrał mi się na pocztę dziesięć razy a ja nie oddzwoniłam. A Grzesiek? Z głową upuszczoną. Magdalena Antczak - zawsze pod górkę. No ale co by wybrnąć z sytuacji niezręcznej uniosłam rękę aby zasymulować przywitane i zamknęłam za sobą drzwi pędząc do pokoju. Tak, pędząc. Nawet mi nie przeszkadzała walizka. Chciałam mieć choć trochę prywatności. I miałam. Dopóki do pół godziny ktoś nie zapukał i nie wlazł mi na balkon, kiedy odpalałam papierosa.
- Twoi rodzice odchodzą od zmysłów. Mało nie zejdą na zawał. A ty pojawiasz się i znikasz. Na dodatek z moją matką spiskujesz.
- Ciekawe. Co ty tu robisz? Nie masz powołania.  - zapytałam Grega, który usiadł obok mnie i nerwowo przerabiał rękoma.
- Mam. Byłem w Krakowie.
- Nie mieszkam w Krakowie i nie zamierzam już mieszkać. Z rodzicami też nie zamierzam rozmawiać, a z Rafałem sobie poradzę. Poza tym, nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
- Powinnaś  porozmawiać z mamą i tatą. Bo sytuacja naprawdę wygląda nieciekawie. Poza tym, ty też nie za dobrze wyglądasz.
- Nie. Wciąż czekam na odpowiedź.
- Ja wiem. Masz żal...
- Wiesz, i co? - przerwałam. - Gdybyś naprawdę czuł to, co ja, nie namawiałbyś mnie do tego, żebym się z nimi spotkała. Wydawało mi się, że w tej kwestii rozumiesz mnie bez słów. Że jesteś po mojej stronie bo źle mnie traktują. Jeżeli masz mi coś jeszcze do powiedzenia, to wyjdź. Bo ja nie chcę tego słuchać. A to jak wyglądam, to jest, kurwa, moja sprawa.
- Mam coś do powiedzenia.
- Grzesiek, ale nie ma co zbierać. Ja zaczynam od nowa. I po jakiego grzyba ty byłeś w Krakowie? Szczęścia szukać?
- Ciebie.
- Daruj sobie.
- Spróbujmy od nowa. Nasza przyjaźń... Tyle lat... Tak to wszystko zostawimy?
Za chwile wstanę, walne się w czoło i usiądę znowu. Albo jego walne w czoło. Nic mu nie odpowiem. Nie wiem co. Nie potrafię. Nie umiem. Dobrze, że to on postanowił coś zrobić.
- Pójdę już. Przemyśl to wszystko.
- OK.
- Nie zniosę tego. - wrócił i szarpnął mnie z przedramię. - Nie zniosę tego, że tak się wszystko spierdoliło.
- Za to mnie jest cudownie, wiesz? - patrzyłam na tego mojego Grzesia i nie wiedziałam co robić. Bo miało go nie być. To była jedna jedyna informacja o powołaniach do kadry na Igrzyska, która do mnie dotarła. Jak widać błędna. Jedno wielkie bagno. - Cudownie mi z tym, że nie mam cie wcale. Dobra. Udawajmy, że jesteśmy w dobrych stosunkach. Normalnie rozmawiajmy, nie uciekajmy od siebie.
- A w rzeczywistości jak będzie?
- Nijak. Spierdolisz do swojej ukochanej i będziesz udawał, że mnie nie znasz.
- Maaaaagda, ale...
- Nie ma ale, ja sobie wszystko układam na nowo, ty też, więc nie widzę problemu. Idź już.
- Daj mi coś powiedzieć!
- Wyjdź. Ja na dzisiaj już mam dość.
I wyszedł. Wkurwił się, ale przynajmniej wie, że ze mną nie ma tak łatwo. I nie będzie.
Postanowiłam zejść na kolację. Cała kadra, zebrana przy stolikach na mój widok wydała bliżej niezidentyfikowane odgłosy. E tam. Ważne, że chyba się cieszą, że mnie widzą. Ja trochę mniej. No dobra. Też się cieszę. Ojej, a jakie zrządzenie losu, że jedyne wolne miejsce znajdowało się akurat obok Grzesia.
- Herbatki? - zapytał z uśmiechem na ustach. Kurwa. Gdybym nie wiedziała, że między nami takie spięcie, to prawie uwierzyłabym, że to było szczere.
- Jak mi jeszcze podasz cytrynę, to będę szczęśliwa.
Jarosz o mało się nie udusił.
- Debilu. - zwrócił się do Kurka. - Po plecach mnie klep a nie po karku.
- Za tego debila, życzę ci, żebyś udławił się tym chlebem.


*


- Dobra. - ktoś wleciał do mojego pokoju setny raz dzisiejszego dnia trzymając w rękach jakieś dokumenty.
- A. To ty. Znowu.
- Meg, Proszę cie.
- Łoo. Ostatni raz tą ksywę usłyszałam z pięć lat temu. Co chcesz?
Rzucił mi kilka kartek pod nos.
- Pracuj dla mnie.
- Jesteś śmieszny.
- Dlaczego?
- Greg, wiesz, że to nie wypali.
- Jak to? Wypaliło! Przecież pracowałaś ze mną i Kubą.
- Tak, a skończyło się na tym, że wylądowałam z tobą w łóżku.
- Jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
- Ma. Właśnie, że ma. Wszystko ma.
- Meg, nie tłumacz się. Ja cie potrzebuję. Nie ogarniam.
- Potrzebujesz mnie jako przyjaciółki, jako menedżerki czy jako kochanki?
- Najlepiej trzy w jednym. Żart.
- Świnia. - założyłam okulary i popatrzyłam jeszcze raz na kartki. - Kopiuj wklej z Google... Tak wyglądają twoje umowy...
- Chcę cie zatrudnić bardziej profesjonalnie. Umowa, stała pensja plus premia, wszystko czarno na białym. Chcę żebyś była moim menedżerem. Na papierze.
- A jeżeli Kuba będzie chciał korzystać z mojej pomocy ponownie?
- Meeeeeg. - zawył. - Pomóż mi, kurwa mać, bo ja nie dam rady z sezonem, wywiadem, fundacją ... Tylko ty mnie ogarniesz. Zawodowo. Ja nie wiem jak zapłacić czynsz!
- Ciężkie życie siatkarza, co?
- Proooooooooszę. Zgódź się.
- Czekaj. Jak ja mam dla ciebie pracować, jak twoja kobieta nie pozwala mi się z tobą widywać? Skoro na przyjaźń się nie zgodziła to myślisz, że zgodzi się na pracę?
- Jesteś mi potrzebna.
- A czemu załatwiamy to tutaj, w Londynie? Dzień przed ceremonią otwarcia?
- A jaką mam pewność, że spotkamy się po wszystkim? Ty uciekniesz tak, jak po Lidze, gdzie ja cie będę szukał? Skoro nie w Krakowie, to gdzie? We Wrocławiu? Czy może poniosło cię aż do warszawskiego molochu? Muszę cie załapać, dopóki jesteś.
- Greg?
- Meg?
- Żadnego seksu, żadnych zdrad, tylko praca. Praca, praca i jeszcze raz praca.
- A co z naszą przyjaźnią? Ty mi nadal nie odpowiedziałaś.
- Przy okazji. Idź już.
Fakt, dla Łomacza pracowałam. Byłam jego menedżerem i rzeczywiście ogarniałam mu wszystko. W większości za darmo. Bo od najlepszego przyjaciela pieniędzy brać nie chciałam, mimo to dzielił się czasem mówiąc, że skoro wszystko jest moją zasługą to tak trzeba. Teraz chce pracy na poważnie. Z Kubą było inaczej. Poznaliśmy się właśnie poprzez moją pracę. Dopiero później poznałam go jako człowieka. Nasze stosunki były czysto zawodowe.



*

- Będziesz się na mnie gniewał do usranej śmierci?
- Może nawet do osranej, jak mi nie przejdzie.
No tak. Bartosz Zatrułem Się Kurek jest na mnie wściekły. Ale co on się spodziewał? Że będę telefony odbierać? Ja życie zmieniałam, a on jeszcze ma jakieś pretensje.
- Sory, no. Czasu nie miałam. I tak ten... Nie dałam rady.
- Coś jeszcze?
- Kurwek. Ja tu po dobroci przychodzę i ze szczerych chęci. A jak nie chcesz gadać to ciul ci w cztery litery.  Zawołam Piotrka  i powiem, że może wrócić do siebie.
- Jakbyś mi naprawdę powiedziała co się działo to może byśmy podyskutowali.
- Mieszkanie zmieniałam. I miasto. I otoczenie... Jestem w Warszawie. Tylko raczej z nikim się tym nie dziel.
- Posrało cię.
- Nie.
- To się ze mną umów.
- No właśnie mówię ci, że mnie nie posrało.
- Jeden wieczór. Jutro. Ostatni raz możemy wyjść do restauracji w wiosce olimpijskiej, więc więcej okazji nie będzie.
- Mhmm... Ale obiecasz mi, że nie będziesz sobie wyobrażał po tym nie wiadomo czego.
- Tylko jedna kolacja. I nic więcej.
- To w tej ostatniej, tylko się nie spóźnij, bo nie będę na ciebie czekać.



*

Nie żebym się ubrała jakoś ładnie, czy coś. Wyszłam w reprezentacyjnej koszulce i dresach. To nie była randka.
- Moja panno, a gdzie to się tak śpieszysz? - zaczepił mnie Możdżonek idący w towarzystwie Łomacza i Bartmana.
- A pan musi wszystko wiedzieć?
- No nie, jeżeli to tajemnica to nie musisz mówić. - puścił mi oczko, bo przecież wiedział skubany, że i tak mu powiem.
- Idę ogarnąć, co oferują w jednej z knajp. I chcę to zrobić sama, uprzedzam.
- Okeeeej. - Zbychu uniósł ręce w geście obronnym.
- Tylko mi tam grzecznie.
- Dobrze, tatusiu Marcinku. Obiecuję, że wszyscy kelnerzy będą cali.
Zostawiłam całą trójkę za sobą i pogoniłam do restauracji, gdzie podobno miałam spotkać się z Kurkiem. I rzeczywiście się na to zanosiło. Bartosz siedział, cały w bieli. Aż śmieszny. Patrzył na mnie jakby zobaczył objawienie. Chyba nie wierzył, że przyjdę. Ja z resztą też nie. Uśmiechnęłam się na przywitanie, zamówiłam jakąś sałatkę i bezalkoholowego drinka i w ciszy czekałam na pytania, które Drób mi zada. A wiedziałam, że o Warszawie będzie chciał wiedzieć wszystko.
- Słyszałem, jak twój brat rozmawiał przez telefon. W sumie to się z kimś kłócił i to chyba twój ojciec. Co ci zrobił Rafał, że znowu się do niego nie odzywasz? Pokłóciliście się po Bułgarii? Tam chyba było wszystko ok...
- Odcięłam się od rodziny, po prostu. Nikt nie wie gdzie jestem, tylko ty i Bartman. Uprzedzam, pomagał mi skombinować jakieś lokum, żebym pod Tarczynem nie koczowała.
- Do niczego nie będę namawiać. Byłem ciekaw.
- Ciekawość zaspokojona. A teraz ty mi powiedz, co się mówi w kadrze.
- Nic. A co ma się mówić? Ktoś tam gadał, że pewnie znów się pożarłaś z Rafałem o rodziców, bo od niego stronisz. A tak to cisza. Aaaa i Gregor się chwalił, że będziesz dla niego znowu pracować. Nic takiego w każdym razie.
- Aha. - szczery był. Po Kurku widać jak kłamie, a dzisiaj to ewidentnie niczego nie ukrywał. - Ty też nie musisz wspominać nikomu, gdzie jestem i że sprawy rodzinne leżą i kwiczą. To Igrzyska a nie życie Magdaleny Antczak.
- A jeżeli ktoś zapyta?
- A pytał ktoś?
- Nie.
- Kłamiesz.
- Dobra, Łomacz pytał, czy coś wiem. Marcina też pytał, ale nikt mu nic nie powiedział, bo nikt nic nie wie.
- I niech tak zostanie. Ty nie wiesz nic.
- Będę milczeć jak grób. - udał, że zamyka buzię na kłódkę.
Ledwo wzięłam pierwszy kęs sałatkowego kurczaka, a już rozdzwonił się telefon.
- Magda, Gregor do mnie dzwoni.
- No to odbierz, co mi to przeszkadza?
- Powiedziałaś mu, że wychodzisz ze mną na kolację?
- O przepraszam, ale to chyba nie jest informacja, którą koniecznie musiałabym się podzielić.
- Chodzi mi o to, czy mam powiedzieć prawdę, jeżeli zapyta, czy jestem z tobą.
- Skoro nie wie, że tu jesteśmy razem, to o nic nie zapyta takiego. Odbieraj.
Kurek coś tam poburczał do słuchawki, ale chyba nie za dobrze to wszystko wyglądało, bo jak skończył rozmowę to głęboko wzdychnął.
- Gregor mówi, że twój szef cie szuka, a nie może się dodzwonić na stary numer.
- Przecież dałam Andrzejowi nowy telefon.
- To ja nie wiem. Wiem tylko, że masz pilnie wrócić, bo Andrzej się niecierpliwi.
Cholera. Albo coś się komuś stało, albo o czymś zapomnieliśmy i się upominają, albo bomba spadła na budynek, w którym mieszkaliśmy. Z resztą. Tak szybko szłam, że w ciągu dwóch minut znalazłam się w pokoju Wołkowyckiego. Właściwie to pocałowałam klamkę, bo jego tam nie było. Był w swoim lokum na piętrze. Dyskretnie zapukałam. I co zastałam. Pan Andrzejek grał w jakąś strzelankę i nieźle się zdziwił jak mnie zobaczył. Albo moją minę.
- Co jest Madzia? Zapomniałaś o czymś na odprawie powiedzieć?
- Nie, a szef wszystko mi powiedział?
- Nie rozumiem?
- No czy szef mnie potrzebuje teraz?
- Ale do czego miałbym cię potrzebować o dwudziestej pierwszej, pół godziny po odprawie sztabu?
- Czyli mogę sobie iść?
- Stało się coś?
- Nie, nie. Dobrej nocy.

A teraz to eksploduję. Gregor mnie okłamał.



*





W zasadzie to jest mi wstyd, że tak zaniedbałam tę opowieść. Rozdział był napisany do połowy już miesiąc temu, ja tylko dopisywałam sobie po jednym, ewentualnie kilka zdań dziennie. Mówiłam, że wrócę silniejsza niż kiedykolwiek i rzeczywiście tak jest. Po drodze spotkała mnie rzecz najgorsza z możliwych, bo straciłam jedną z trzech najważniejszych osób w moim życiu. Przygotować się do smutnego finału przyszło mi w miesiąc, po ponad dwudziestu latach wspólnego życia. Zestawiając jedno z drugim - kropla w morzu, ale jakoś mi się udało. A wiem, że ta osoba właśnie tego chciała.

Nie chcę już obiecywac, ze będę regularna bo różnie może być. Pomysły mam, Magdę kocham więc tak szybko się z nią nie rozstanę na pewno. Jest dobrze i będzie jeszcze lepiej. W końcu jestem szczęśliwa. Odzyskałam spokój, zdeptaną przez wydawać by się mogło ''budującą'' relację pewność siebie i spełniłam marzenie - mam to moje dziennikarstwo.
Szkoda, że trochę zajęło mi, abym nie bała się iść za tym, co kocham. Ponad rok. Ale co tam. Trudne decyzje w ostatnich miesiącach pojawiały się kilkakrotnie. Nabrałam odwagi, żeby zakończyć to, co przez ponad trzy lata wypalało ze mnie mnie samą. Szkoda, że tak późno to sobie uświadomiłam. I szkoda, że widzieli to wszyscy tylko nie ja. 

 Czytajcie, a wiem, że to robicie bo statystyki o czymś świadczą. Adijos! I do następnego!





Komentarze

VE. pisze…
Nareszcie. Co mogę powiedzieć? Gregor jest idiotą, niezmiennie. Tak samo jak cudowna rodzinka Madzi. Ale dobrze, że na kogoś tam w pewien sposób może liczyć. A zagrania Łomacza mi się nie podobają. Kretyn no.
Dobrze, że wróciłaś.

Popularne posty z tego bloga

#1 Hej Spała, wioska niemała...

#7 To ty nic nie wiesz?!

#13 Ona kazała mi wybierać.