#11 Ewidentnie najlepszy przyjaciel.
- Madzia, ale zaczekaj! - biegł za mną Zbyszek krzycząc na cały korytarz i trącając Fińskich zawodników.
- Twoje miejsce jest jakieś sto kilometrów ode mnie. Odejdź.
- No ale czekaj, no!
- Bartman. Ja narazie ostrzegam, ale za chwilę normalnie ci wpieprzę.
- Ale ja mam do ciebie interes!
- A wiesz ty co? Pocałuj mnie w interes, kretynie!
Boże. I jakby Bartmana było mało, to jeszcze jeden niechciany osobnik wyskoczył, jak Kurek z konopii.
- Hej, szukam Kuby? - raczej zapytał niż stwierdził.
- To szukasz go w końcu czy nie?
- Nie szukam.
- Tylko co?
- Tylko coś musiałem powiedzieć.
- To wystarczyło zakończyć na powitaniu.
Zamknęłam się w pokoju Wołkowyckiego, pozostawiając obydwu w zdezorientowaniu. Ale co miałam zrobić? Od samego patrzenia na parszywego Bartmana robi mi się niedobrze, a Kurek będzie teraz odpierdalał jak cyrkowiec. A niby normalności chciał.
- MARCIN? A CO TY TU ROBISZ?
- Czekam na Andrzejka. A Ty co tu robisz?
- Chowam się.
- A. - odparł inteligentnie, po czym przekrzywił jedną brew i przyglądając mi się złapał za ramiona.
- Antczak Magdaleno, co ty odwalasz?!
- Możdżonku Marcinie, nic! Zupełnie nic!
- Co ci znowu teraz Bartek zrobił?
- Marcin, ale nie musisz mną telepać!
- Pytam co ci zrobił Bartek!
- Zakochał się we mnie!
- JEZU!
- TRAGEDIA!
- A DLACZEGO TY KRZYCZYSZ?!
- A TY DLACZEGO?!
- Dobra. - w końcu mnie puścił, łaskawy. - No bo wydawało mi się, że Bartman też coś, ten tego.
- O tym nic mi nie wiadomo, mam nadzieje, że tylko na jednej ofierze się skończy.
- Ofierze?
- Marcinku. - wzdychnęłam. - Bartek jest strasznie fajnym gościem. Ale tylko tyle. Ja nie szukam faceta. Z resztą, on to wie. Miało być normalnie, ale jak mnie dziś zobaczył to zapomniał języka w gębie. Nie mam zamiaru w nic się angażować.
- To może chociaż spróbuj zainteresować się Bartkiem. Może go pokochasz?
- Nie chcę już nikogo kochać. Nie, nie i nie.
- Czyli jednak! Próbowaliśmy rozgryźć czy z tą zgryzotą do płci przeciwnej nie chodzi przypadkiem o faceta.
- Nie. Nie chodzi o to. - popukałam palcem w czoło. - Był kolegą mojego brata i gdyby się nie pojawiał u mnie w domu tak często, to pewnie w końcu zakochałabym się w gościu w którym teoretycznie powinnam, bo byliśmy parą. A tak, to żadnego nie kochałam. Swojego nie, bo był idiotą i Grześka też nie, bo wiedziałam, że nie może to za daleko zajść. Poutrudniał mi trochę spraw. Ups...
- A utrzymujecie jeszcze z tym Grześkiem jakiś kontakt?
- W sumie to nie mieliśmy wyjścia przez ostatni czas. Mam do niego słabość, ale to już raczej nie to, co kiedyś. - uśmiechnęłam się. - A z tym byłym to jest tak, że on chce, a ja nie bardzo.
- A był w Katowicach? Bo ja tylko twoich rodziców widziałem.
- Marcin, ty naprawdę niczego się nie domyślasz?
- Ale czego mam się domyślać?
- Nic a nic? Nawet ani w dziesięciu procentach nie wiesz, o jakiego Grześka może chodzić?
- W sumie to nie. Tak się składa, że znam tylko jednego Grzegorza i z żadnym innym nie miałem nic wspólnego.
- Świat jest mały, Muratore.
- No nieeeee. - otworzył buzię ze zdziwienia.
- No co nie? Czy to takie dziwne?
- Kochałaś się w Łomaczu?
- Już mówiłam, że kochać to za duże słowo. Podobał mi się.
- A tutaj, na kadrze, taka przykładna relacja kolegi i koleżanki...
- Bo ja dla niego zawsze byłam tylko koleżanką. On był za głupi, żeby się czegokolwiek domyślić. Poza tym był krótko. Dwa tygodnie? Rozmawialiśmy przez ten czas może dwa razy... Wtedy było najwięcej załatwień, praktycznie nie wychodziliśmy z Wołkowyckim ze swojej kanciapy.
- Czekacie na mnie ? - naszą rozmowę przerwał wspomniany Andrzej. Chyba się zapomnieliśmy. Ja siedziałam na biurku szefa, a Marcin opierał się o krzesło kolanem.
- Nieeee, my tylko... Tak wpadliśmy po drodze. - wyszczerzyłam się a Marcin coś tam się jąkał pod nosem.
- Dzisiaj wszyscy jacyś dziwni. - stwierdził Wołkowycki. - Każdy chodzi jak zaczarowany.
*
Szybkim krokiem wyszłam z pokoju Andrzeja, bo wiedziałam, że Marcin, jako najbliższy mojemu sercu pod względem przyjacielskim siatkarz, będzie drążył temat swojego kumpla z drużyny. A tak naprawdę nie było o czym mówić. Grzesiek był przyjacielem moim i Rafała, mieliśmy super kontakt, może nawet za dobry jak twierdził mój były. Ale był nieosiągalny, bo nigdy nie wykazywał zainteresowania moją osobą. A teraz to już jakieś kombo. Bartek zakochany, Zbych za mną lata nie wiem dlaczego, a Marcin dowiedział się o Grześku. Jeszcze brakuje, żeby w momencie wyjazdu do Polski, a następnie rozjazdu do domów na te kilka dni, po mojego braciszka przyjechał Grzesiek Łomacz to już całkiem zwariuje. A to bardzo prawdopodobne. No i tak szłam sobie aż w końcu zatrzymałam się przy łuku bagażowym autokaru, który miał nas odtransportować na fińskie lotnisko.
- Poczekaj, zapakuję.
- Będzie ci już do końca Ligi Światowej odwalać?
- A nie ma choć trochę nadziei na to, że zwrócisz na mnie uwagę?
- Bartek. - wzdychnęłam kiwając głową. - Co ja mam ci powiedzieć?
- Prawdę.
- No dobrze. Powiem ci prawdę, a ty znowu będziesz udawał idiotę, kiedy miniemy się na korytarzu?
- Magda...
- Bartuś, fajny jesteś chłopak, fajne masz muskuły i dobre z ciebie dziecko ogólnie. Ale przecież na siłę cie nie pokocham. Ani ciebie, ani Zbycha. I nie rozumiem, co ty sobie ubzdurałeś z tym Bartmanem. - ostatecznie wyrwałam moją walizkę z rąk Kurka i sama umiejscowiłam ją z bagażniku.
- No bo Bartman twierdzi, że do wyjazdu do Sofii będzie cię miał.
- COOOOOO? - wrzasnęłam, aż Olek Zabójca się wzdrygnął. - Że mnie?
- Założył się z Kubiakiem. W sensie Kubiak powiedział, że jesteś za mądra na Bartmana i żeby dał ci spokój i zajął się swoją narzeczoną. Zbyszek jest innego zdania.
- Bartuś. Nie będę ani z tobą, ani z Bartmanem, ani z żadnym z was. Bo do nikogo NIC nie czuję. NIC. - odparłam zdenerwowana, a Kurek posmutniał.
- No przecież zrozumiałem.
- Za to ja jednej rzeczy nie rozumiem. Jak bardzo trzeba być głupim, żeby postępować jak Bartman? - pokiwałam głową i oddaliłam się na swoje miejsce. Autokar ruszył, a Możdżonek usadowił się koło mnie i na dokładkę poinformował o tym, co wydarzy się za jakieś dwie godziny.
- Będziemy siedzieć kolejny lot razem!
- To naprawdę wspaniale. - burknęłam.
- Spoko. Nie chcesz nic mówić to nie mów.
- Naprawdę? Dajesz mi tą możliwość?! Bez męczenia?
- Bez męczenia.
- I bez ani jednego zbędnego pytania?
- Bez ani jednego zbędnego pytania.
- I-de-al-nie. - przesylabowałam zadowolona z postawy Możdzona.
Przez cały lot nie odezwałam się do nikogo ani słowem. Siedziałam zamyślona nad tym, o czym rozmawiałam z Marcinem. Bo z Grzegorzem to rzeczywiście była telenowela. Kiedy ja miałam chłopaka, on również był zajęty. Kiedy on miał słabszy okres, ja również. Później to już poszło z górki. Impreza, słowo do słowa a potem kac moralny, bo i jedno i drugie wierności w związku nie dotrzymało. Z tym, że Grzesiek się przyznał. Oczywiście nie mówiąc z kim to zrobił. A ja do tej pory milczę jak zaklęta. No i on żałował, a ja w sumie nie wiem. Także można by z tego wszystkiego nakręcić całkiem niezły film. Pozostała jeszcze jedna kwestia, która zaczęła mnie dręczyć. Gregor nie przeszedł trenerskiej selekcji, co może skutkować brakiem powołania do Londynu. Kiedyś rzucałby w szatni wszystkim, co byłoby pod ręką. Nazywałby siebie niedorajdą i narobił bałaganu. Jak to podobno bywało - woda rozlana, szklanki pobite, a on z głową między kolanami wyrywający sobie włosy. Kiedy odjeżdżał ze Spały miał kamienną twarz. Wyglądał, jakby wziął to wszystko po prostu na klatę i pogodził się z przegraną. A ja zajęta tym, co nowe i nieznane całkowicie zapomniałam o swoim niewątpliwie najlepszym przyjacielu.
*
- Ej, Bambino, jesteśmy na ziemi.
- AMEN. - szczęśliwi ci, którzy wznoszącego ku niebu ręce Kurka nie widzieli.
- To co? Widzimy się za dwa tygodnie? - zapytałam klaszcząc w dłonie, aż mi walizki na ziemie pospadały. - W końcu zasłużony odpoczynek.
- Ty?! - oburzył się Igła. - Przecież ty tylko siedzisz!
- Ale ruszam tym, czego wam w większości bozia poskromiła.
- I tak będę za tobą tęsknić. - stwierdził.
- No idź już, bo się wzruszę. - wypchałam go w stronę czekającej z otwartymi ramionami żony. No ładnie, każdy po kogoś przyjechał, każdy szczęśliwy. A z kim ja się zabiorę?
- Madziaaaaa! Tutaj jesteśmy!
O kurwa mać. Dlaczego mój brat musiał akurat tego człowieka wybrać na swoją wybrankę serca?! No dlaczego?! Przecież ja się nie zgadzam! Tego kwiatu jest pół światu ... Mówiłam to już kiedyś Sto razy.
- Trudno nie usłyszeć.
- Jedziesz z nami do Wrocławia, prawda? - upewnił się braciszek.
- Chyba nie mam wyboru. - przewróciłam oczami.
- No nie masz, bo ja prowadzę!- usłyszałam za swoimi plecami. Aż wyciągnęłam telefon i napisałam Marcinowi smsa, że jestem specjalistką od wykrakania sobie tego, co zdarzy się za kilka godzin. A mianowicie. Spotkałam Grzegorza. Na kadrze jakoś nie robiło to na mnie wrażenia. Wszystko nowe, co mi tam jakiś Grześ co idzie przez wieś o nazwie Wrocław. Taka trochę większa. Na zachodzie. No, ale okoliczności się zmieniły. O moją osobę idą zakłady, Kurek za niedługo to mi będzie wiersze pisał, a Marcin całkowicie przypadkiem wyciągnął ze mnie chyba najpilniej strzeżoną tajemnicę mojego życia. Bo ja bym chyba straciła szacunek do samej siebie, jakby na wierzch wyszło, że mnie do Grzesia ciągnęło cośkolwiek, cokolwiek. A jeszcze jakby wyszło, że raz zdradziłam swojego jeszcze wtedy chłopaka właśnie z Gregorem, to już całkiem... Na szczęście Marcinowi można ufać. Dobrze ma z nim ta Hania. Oj dobrze. A ja za to stoję z miną numer pięćset osiemdziesiąt sześć o nazwie 'Za chwilę oszaleje', po mojej prawicy stoi Łomacz, po lewicy, na całe szczęście - mój braciszek, a tuż za nim jego Afrodyta. Dobrze, że przynajmniej wiedziała, w jakiej odległości ode mnie ma iść. Chociaż nie. Poprawka. Powinno jej tu w ogólne nie być.
*
Jedziemy sobie wesołą czwóreczką, a raczej trójeczką, bo mnie było niedobrze, radio gra, Justyna śmieje się na całą autostradę, Rafał też zadowolony jakby mu ktoś do kieszeni włożył milion złotych, a Grzesiek sypie żartami jak z rękawa. No normalnie cały on. W końcu mnie dostrzegł, bo na tą dwójkę to nie miałam co liczyć, gołąbki zasrane.
- Kolacyjka w domu z rodzicami, kebab na mieście czy ...
- Piwo z kumplami z dołu. - wcięłam się w rozmowę i przykryłam kocem.
- Mogłem się domyślić.
- Gregoooor...
- No?
- Zatrzymaj się.
- Po co?
- ZATRZYMAJ SIĘ!
- Ale po co?!
- Zjeżdżaj na ten orlen bo obrzygam ci tapicerke, jełopie!
Staliśmy z Grzegorzem w jakiś krzakach za stacją benzynową, a Justyna z Rafałem poszli po jakieś tam coś do picia. Nie no, brawo dla mojego brata. Ja tutaj cierpię, a on kupuje kawusie.
- Może potrzymam ci włosy?
- Pośmialiśmy się, panie Łomacz.
- A podobno nie masz choroby...
- Zamknij się, proszę. Nikt ci nie karze tu stać. Możesz sobie iść do samochodu i poczekać, aż się ogarnę.
- Nie ruszaj się stąd.
Super, jeszcze Grześ co idzie przez wieś sobie poszedł, dobra, może go wygoniłam. No, ale... A nie. Jednak wrócił.
- Co to jest?
- Gorzka, mocna herbata. Miałem termos w samochodzie. Zawsze mam.
- Jej...
- Proszę cie. Nie raz ratowałem cię z opresji.
- Na przykład kiedy?
- A ile razy przed rodzicami ukrywałaś, że jesteś pijana?
- Dużo,
- A ile razy zostawałaś u mnie na noc, bo mówiłem, że moi rodzice i siostra cie zatrzymują?
- Dużo.
- A ile razy pisałem ci zwolnienia do szkoły?
- Dobra, już koniec!
- To nie piernicz, Antczakowa, bo ja cie już w różnych stanach i w różnych sytuacjach widziałem.
- Ja ciebie też. - w końcu wzięłam głęboki oddech i aż poczułam, że nabrałam koloru.
- Nie pękaj, jeszcze z dwieście kilometrów. - wziął mnie pod rękę i przytrzymał w drodze do samochodu. Już prawie zapomniałam, że od jakiś piętnastu lat nikt nie powiedział, że na porodówce mi braci podmienili, czy coś...
- Chciałabym w końcu odpocząć.
- We Wrocku u swoich rodziców i tak nie odpoczniesz.
- Ale ja przyjdę do ciebie. Przecież ja jestem członkiem twojej rodziny!
- A no tak. Zapomniałem. Napiszę mamie, żeby nasmażyła racuchów.
- Grzeczny Grześ.
Prawda była taka, że z najmniejszym problemem leciałam do pani Łomacz, nawet jak miałam 8 lat i rozwaliłam sobie czoło. A ona karmiła mnie racuchami, pierogami, kluskami śląskimi, a wieczorem robiła pizze. Ja chyba serio powinnam zmienić rodzinę.
- Ale ja od jakiś ośmiu lat nie mieszkam już z rodzicami. Nie pamiętasz już? Więc zapakuje nam racuchy na wynos.
- A no tak. Zapomniałam, że na studiach jak wracałam z Krakowa do Wrocławia to mieszkałam u ciebie, a w domu byłam tylko na wigilię.
- Już myślałem, że ta kadra wyżarła ci mózg.
- Uuuuu, ktoś tu jest zazdrosny?
- Nie, tylko ja ci współczuję. Z resztą wszystkim w sztabie współczuje.
Po drodze dowiedziałam się, że moi rodzice szykują kolację. Dla mnie, Justynki i Rafałka, Grzesia, Grzesia siostry i Grzesia rodziców. Tylko z małą różnicą, mnie na tym czymś nie będzie.
*
Mój brat jednak czasem pomyśli. To znaczy powiedział, że to pomysł Justyny, ale i tak mu nie wierze. No więc siedzę w aucie, jedziemy na Mazury. Nawet się z Gregora mamą nie zdążyłam przywitać. On oczywiście siedzi za kierownicą, ja z przodu z wywalonymi nogami na desce rozdzielczej, z tyłu mój brat z żoneczką, a na siedzeniu w bagażniku jej kot brytyjski, najbardziej wredne zwierze, jakie kiedykolwiek dane mi było oglądać. Nie to co Puszek mojej mamy...
- Wzięliśmy z Rafałem większy domek. Wy macie dwa nieco mniejsze.
Info jak z jasnego nieba normalnie. Jakby nie mogła nas poinformować wcześniej.
- Magda, nie jest ci niedobrze?
- He he he.
- Pytałem poważnie.
- A czy nazwałam cie jełopem i kazałam zatrzymać auto?
- Nie mam do ciebie siły.
O proszę. Możdżon na infolinii.
- DLACZEGO TY SIĘ NIE ODDZYWASZ DO MNIE?!
- BO JADĘ NA WAKACJE!
- A TY DLACZEGO KRZYCZYSZ?
- BO TY KRZYCZYSZ?
- A tak na poważnie to powinienem cię sprać na kwaśne jabłko. Nawet nie napiszesz co się z tobą dzieje!
- Ej, nie widzieliśmy się jakieś dwadzieścia cztery godziny! Poza tym był Grzesiek!
- Zadzwonię do ciebie jak dojadę, okej?
- ALE NA PEWNO WSZYSTKO W PORZĄDKU?!
- TAK, NIE KRZYCZ!
-JESTEŚMY NA MIEJSCU!
Dlaczego ona też krzyczy? Ludzie...
*
Nawet nie rozpakowałam swoich rzeczy. Od razu wzięłam koc, wodę mineralną i Grzesia pod pachę, wynajęliśmy motorówkę i jak za starych dobrych czasów popędziliśmy nią do przodu. Potem wybraliśmy się na lody, następnie na szalony rejs bananem wodnym, z którego pod sam koniec prawie spadłam i gdzieś pod wieczór wróciliśmy do miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Rafał z Justyną palili ognisko i czekali, aż się do nich dosiądziemy. Dzień zleciał mi niesamowicie szybko. Już zapomniałam, że w towarzystwie Gregora czuję się bardzo dobrze. Przede wszystkim nie krępuję się ani trochę, a do tego odpowiada mi jego poczucie humoru. Jak brat.
- Kawałek dalej jest jakiś klub i jakaś impreza. My z Justyną zostajemy tutaj, więc jak chcecie, to idźcie sami.
- TO IDZIEMY!
Grzesiek niemalże zaciągnął mnie siłą do tego klubu, bo tak szczerze mówiąc to nie miałam ochoty na tańce. Ale jak już poszłam, to wypadało coś wypić. Przy stole siedziałam jednak sama, bo Gregora porwały fanki. Wywijał to z jedną to z drugą, aż w końcu położył mi głowę na plecach i wybełkotał, że chce wracać. Byłam wściekła, bo cały czas siedziałam sama. Wyrwałam do przodu, Grzesiek wlókł się gdzieś za mną. Cała zajebista atmosfera poszła się paść.
*
Zobaczyliśmy się dopiero przy śniadaniu. Oczywiście byłam wściekła, bo nie po to dałam się wyciągnąć do tego klubu, żeby siedzieć jak ten ostatni czubek na krześle.
- Boże... - Greg wywrócił oczami. - Jesteś zła, że cie zostawiłem? Przecież mogłaś się bawić z nami.
- Jasne. Ja, ty i może ta blondyna, ktòrej o mało nie włożyłeś ręki pod sukienkę?
- Jeszcze jakiś czas temu blondyny i inne nie przeszkadzały ci tak bardzo, co?
- Co masz na myśli?
- Ty dobrze wiesz co.
Wyciągnął najmocniejsze działa z możliwych. Ok.
- Tobie ròwnież nie przeszkadzali inni faceci, jeżeli się już rozdrabniamy.
- Tylko ja przynajmniej bywałem zazwyczaj szczery.
- Szczery? Najpierw trzeba było powiedzieć kogo na boku obracałeś, a nie że w ogóle coś takiego się stało. To już było mniej istotne akurat w twojej sytuacji.
- I o szczerości mówi ta, która do niczego nigdy się nie przyznała.
- A co miałam mu powiedzieć?!
- Że wepchałaś tyłek do łòżka innemu. Chyba proste.
Ała. Zabolało jak diabli. Nawet nie zwróciliśmy uwagi na Justynę i Rafała siedzących od samego początku obok nas. Wyszło na to, że ja jestem dziwką, gwałcicielką i bałamucę mężczyzn, choć obydwoje wiemy, że to on pierwszy zaczął się wtedy do mnie dobierać.
- Miłych wakacji.
Mój pobyt na Mazurach skończył się wraz z odejściem od stołu.
***
- Twoje miejsce jest jakieś sto kilometrów ode mnie. Odejdź.
- No ale czekaj, no!
- Bartman. Ja narazie ostrzegam, ale za chwilę normalnie ci wpieprzę.
- Ale ja mam do ciebie interes!
- A wiesz ty co? Pocałuj mnie w interes, kretynie!
Boże. I jakby Bartmana było mało, to jeszcze jeden niechciany osobnik wyskoczył, jak Kurek z konopii.
- Hej, szukam Kuby? - raczej zapytał niż stwierdził.
- To szukasz go w końcu czy nie?
- Nie szukam.
- Tylko co?
- Tylko coś musiałem powiedzieć.
- To wystarczyło zakończyć na powitaniu.
Zamknęłam się w pokoju Wołkowyckiego, pozostawiając obydwu w zdezorientowaniu. Ale co miałam zrobić? Od samego patrzenia na parszywego Bartmana robi mi się niedobrze, a Kurek będzie teraz odpierdalał jak cyrkowiec. A niby normalności chciał.
- MARCIN? A CO TY TU ROBISZ?
- Czekam na Andrzejka. A Ty co tu robisz?
- Chowam się.
- A. - odparł inteligentnie, po czym przekrzywił jedną brew i przyglądając mi się złapał za ramiona.
- Antczak Magdaleno, co ty odwalasz?!
- Możdżonku Marcinie, nic! Zupełnie nic!
- Co ci znowu teraz Bartek zrobił?
- Marcin, ale nie musisz mną telepać!
- Pytam co ci zrobił Bartek!
- Zakochał się we mnie!
- JEZU!
- TRAGEDIA!
- A DLACZEGO TY KRZYCZYSZ?!
- A TY DLACZEGO?!
- Dobra. - w końcu mnie puścił, łaskawy. - No bo wydawało mi się, że Bartman też coś, ten tego.
- O tym nic mi nie wiadomo, mam nadzieje, że tylko na jednej ofierze się skończy.
- Ofierze?
- Marcinku. - wzdychnęłam. - Bartek jest strasznie fajnym gościem. Ale tylko tyle. Ja nie szukam faceta. Z resztą, on to wie. Miało być normalnie, ale jak mnie dziś zobaczył to zapomniał języka w gębie. Nie mam zamiaru w nic się angażować.
- To może chociaż spróbuj zainteresować się Bartkiem. Może go pokochasz?
- Nie chcę już nikogo kochać. Nie, nie i nie.
- Czyli jednak! Próbowaliśmy rozgryźć czy z tą zgryzotą do płci przeciwnej nie chodzi przypadkiem o faceta.
- Nie. Nie chodzi o to. - popukałam palcem w czoło. - Był kolegą mojego brata i gdyby się nie pojawiał u mnie w domu tak często, to pewnie w końcu zakochałabym się w gościu w którym teoretycznie powinnam, bo byliśmy parą. A tak, to żadnego nie kochałam. Swojego nie, bo był idiotą i Grześka też nie, bo wiedziałam, że nie może to za daleko zajść. Poutrudniał mi trochę spraw. Ups...
- A utrzymujecie jeszcze z tym Grześkiem jakiś kontakt?
- W sumie to nie mieliśmy wyjścia przez ostatni czas. Mam do niego słabość, ale to już raczej nie to, co kiedyś. - uśmiechnęłam się. - A z tym byłym to jest tak, że on chce, a ja nie bardzo.
- A był w Katowicach? Bo ja tylko twoich rodziców widziałem.
- Marcin, ty naprawdę niczego się nie domyślasz?
- Ale czego mam się domyślać?
- Nic a nic? Nawet ani w dziesięciu procentach nie wiesz, o jakiego Grześka może chodzić?
- W sumie to nie. Tak się składa, że znam tylko jednego Grzegorza i z żadnym innym nie miałem nic wspólnego.
- Świat jest mały, Muratore.
- No nieeeee. - otworzył buzię ze zdziwienia.
- No co nie? Czy to takie dziwne?
- Kochałaś się w Łomaczu?
- Już mówiłam, że kochać to za duże słowo. Podobał mi się.
- A tutaj, na kadrze, taka przykładna relacja kolegi i koleżanki...
- Bo ja dla niego zawsze byłam tylko koleżanką. On był za głupi, żeby się czegokolwiek domyślić. Poza tym był krótko. Dwa tygodnie? Rozmawialiśmy przez ten czas może dwa razy... Wtedy było najwięcej załatwień, praktycznie nie wychodziliśmy z Wołkowyckim ze swojej kanciapy.
- Czekacie na mnie ? - naszą rozmowę przerwał wspomniany Andrzej. Chyba się zapomnieliśmy. Ja siedziałam na biurku szefa, a Marcin opierał się o krzesło kolanem.
- Nieeee, my tylko... Tak wpadliśmy po drodze. - wyszczerzyłam się a Marcin coś tam się jąkał pod nosem.
- Dzisiaj wszyscy jacyś dziwni. - stwierdził Wołkowycki. - Każdy chodzi jak zaczarowany.
*
Szybkim krokiem wyszłam z pokoju Andrzeja, bo wiedziałam, że Marcin, jako najbliższy mojemu sercu pod względem przyjacielskim siatkarz, będzie drążył temat swojego kumpla z drużyny. A tak naprawdę nie było o czym mówić. Grzesiek był przyjacielem moim i Rafała, mieliśmy super kontakt, może nawet za dobry jak twierdził mój były. Ale był nieosiągalny, bo nigdy nie wykazywał zainteresowania moją osobą. A teraz to już jakieś kombo. Bartek zakochany, Zbych za mną lata nie wiem dlaczego, a Marcin dowiedział się o Grześku. Jeszcze brakuje, żeby w momencie wyjazdu do Polski, a następnie rozjazdu do domów na te kilka dni, po mojego braciszka przyjechał Grzesiek Łomacz to już całkiem zwariuje. A to bardzo prawdopodobne. No i tak szłam sobie aż w końcu zatrzymałam się przy łuku bagażowym autokaru, który miał nas odtransportować na fińskie lotnisko.
- Poczekaj, zapakuję.
- Będzie ci już do końca Ligi Światowej odwalać?
- A nie ma choć trochę nadziei na to, że zwrócisz na mnie uwagę?
- Bartek. - wzdychnęłam kiwając głową. - Co ja mam ci powiedzieć?
- Prawdę.
- No dobrze. Powiem ci prawdę, a ty znowu będziesz udawał idiotę, kiedy miniemy się na korytarzu?
- Magda...
- Bartuś, fajny jesteś chłopak, fajne masz muskuły i dobre z ciebie dziecko ogólnie. Ale przecież na siłę cie nie pokocham. Ani ciebie, ani Zbycha. I nie rozumiem, co ty sobie ubzdurałeś z tym Bartmanem. - ostatecznie wyrwałam moją walizkę z rąk Kurka i sama umiejscowiłam ją z bagażniku.
- No bo Bartman twierdzi, że do wyjazdu do Sofii będzie cię miał.
- COOOOOO? - wrzasnęłam, aż Olek Zabójca się wzdrygnął. - Że mnie?
- Założył się z Kubiakiem. W sensie Kubiak powiedział, że jesteś za mądra na Bartmana i żeby dał ci spokój i zajął się swoją narzeczoną. Zbyszek jest innego zdania.
- Bartuś. Nie będę ani z tobą, ani z Bartmanem, ani z żadnym z was. Bo do nikogo NIC nie czuję. NIC. - odparłam zdenerwowana, a Kurek posmutniał.
- No przecież zrozumiałem.
- Za to ja jednej rzeczy nie rozumiem. Jak bardzo trzeba być głupim, żeby postępować jak Bartman? - pokiwałam głową i oddaliłam się na swoje miejsce. Autokar ruszył, a Możdżonek usadowił się koło mnie i na dokładkę poinformował o tym, co wydarzy się za jakieś dwie godziny.
- Będziemy siedzieć kolejny lot razem!
- To naprawdę wspaniale. - burknęłam.
- Spoko. Nie chcesz nic mówić to nie mów.
- Naprawdę? Dajesz mi tą możliwość?! Bez męczenia?
- Bez męczenia.
- I bez ani jednego zbędnego pytania?
- Bez ani jednego zbędnego pytania.
- I-de-al-nie. - przesylabowałam zadowolona z postawy Możdzona.
Przez cały lot nie odezwałam się do nikogo ani słowem. Siedziałam zamyślona nad tym, o czym rozmawiałam z Marcinem. Bo z Grzegorzem to rzeczywiście była telenowela. Kiedy ja miałam chłopaka, on również był zajęty. Kiedy on miał słabszy okres, ja również. Później to już poszło z górki. Impreza, słowo do słowa a potem kac moralny, bo i jedno i drugie wierności w związku nie dotrzymało. Z tym, że Grzesiek się przyznał. Oczywiście nie mówiąc z kim to zrobił. A ja do tej pory milczę jak zaklęta. No i on żałował, a ja w sumie nie wiem. Także można by z tego wszystkiego nakręcić całkiem niezły film. Pozostała jeszcze jedna kwestia, która zaczęła mnie dręczyć. Gregor nie przeszedł trenerskiej selekcji, co może skutkować brakiem powołania do Londynu. Kiedyś rzucałby w szatni wszystkim, co byłoby pod ręką. Nazywałby siebie niedorajdą i narobił bałaganu. Jak to podobno bywało - woda rozlana, szklanki pobite, a on z głową między kolanami wyrywający sobie włosy. Kiedy odjeżdżał ze Spały miał kamienną twarz. Wyglądał, jakby wziął to wszystko po prostu na klatę i pogodził się z przegraną. A ja zajęta tym, co nowe i nieznane całkowicie zapomniałam o swoim niewątpliwie najlepszym przyjacielu.
*
- Ej, Bambino, jesteśmy na ziemi.
- AMEN. - szczęśliwi ci, którzy wznoszącego ku niebu ręce Kurka nie widzieli.
- To co? Widzimy się za dwa tygodnie? - zapytałam klaszcząc w dłonie, aż mi walizki na ziemie pospadały. - W końcu zasłużony odpoczynek.
- Ty?! - oburzył się Igła. - Przecież ty tylko siedzisz!
- Ale ruszam tym, czego wam w większości bozia poskromiła.
- I tak będę za tobą tęsknić. - stwierdził.
- No idź już, bo się wzruszę. - wypchałam go w stronę czekającej z otwartymi ramionami żony. No ładnie, każdy po kogoś przyjechał, każdy szczęśliwy. A z kim ja się zabiorę?
- Madziaaaaa! Tutaj jesteśmy!
O kurwa mać. Dlaczego mój brat musiał akurat tego człowieka wybrać na swoją wybrankę serca?! No dlaczego?! Przecież ja się nie zgadzam! Tego kwiatu jest pół światu ... Mówiłam to już kiedyś Sto razy.
- Trudno nie usłyszeć.
- Jedziesz z nami do Wrocławia, prawda? - upewnił się braciszek.
- Chyba nie mam wyboru. - przewróciłam oczami.
- No nie masz, bo ja prowadzę!- usłyszałam za swoimi plecami. Aż wyciągnęłam telefon i napisałam Marcinowi smsa, że jestem specjalistką od wykrakania sobie tego, co zdarzy się za kilka godzin. A mianowicie. Spotkałam Grzegorza. Na kadrze jakoś nie robiło to na mnie wrażenia. Wszystko nowe, co mi tam jakiś Grześ co idzie przez wieś o nazwie Wrocław. Taka trochę większa. Na zachodzie. No, ale okoliczności się zmieniły. O moją osobę idą zakłady, Kurek za niedługo to mi będzie wiersze pisał, a Marcin całkowicie przypadkiem wyciągnął ze mnie chyba najpilniej strzeżoną tajemnicę mojego życia. Bo ja bym chyba straciła szacunek do samej siebie, jakby na wierzch wyszło, że mnie do Grzesia ciągnęło cośkolwiek, cokolwiek. A jeszcze jakby wyszło, że raz zdradziłam swojego jeszcze wtedy chłopaka właśnie z Gregorem, to już całkiem... Na szczęście Marcinowi można ufać. Dobrze ma z nim ta Hania. Oj dobrze. A ja za to stoję z miną numer pięćset osiemdziesiąt sześć o nazwie 'Za chwilę oszaleje', po mojej prawicy stoi Łomacz, po lewicy, na całe szczęście - mój braciszek, a tuż za nim jego Afrodyta. Dobrze, że przynajmniej wiedziała, w jakiej odległości ode mnie ma iść. Chociaż nie. Poprawka. Powinno jej tu w ogólne nie być.
*
Jedziemy sobie wesołą czwóreczką, a raczej trójeczką, bo mnie było niedobrze, radio gra, Justyna śmieje się na całą autostradę, Rafał też zadowolony jakby mu ktoś do kieszeni włożył milion złotych, a Grzesiek sypie żartami jak z rękawa. No normalnie cały on. W końcu mnie dostrzegł, bo na tą dwójkę to nie miałam co liczyć, gołąbki zasrane.
- Kolacyjka w domu z rodzicami, kebab na mieście czy ...
- Piwo z kumplami z dołu. - wcięłam się w rozmowę i przykryłam kocem.
- Mogłem się domyślić.
- Gregoooor...
- No?
- Zatrzymaj się.
- Po co?
- ZATRZYMAJ SIĘ!
- Ale po co?!
- Zjeżdżaj na ten orlen bo obrzygam ci tapicerke, jełopie!
Staliśmy z Grzegorzem w jakiś krzakach za stacją benzynową, a Justyna z Rafałem poszli po jakieś tam coś do picia. Nie no, brawo dla mojego brata. Ja tutaj cierpię, a on kupuje kawusie.
- Może potrzymam ci włosy?
- Pośmialiśmy się, panie Łomacz.
- A podobno nie masz choroby...
- Zamknij się, proszę. Nikt ci nie karze tu stać. Możesz sobie iść do samochodu i poczekać, aż się ogarnę.
- Nie ruszaj się stąd.
Super, jeszcze Grześ co idzie przez wieś sobie poszedł, dobra, może go wygoniłam. No, ale... A nie. Jednak wrócił.
- Co to jest?
- Gorzka, mocna herbata. Miałem termos w samochodzie. Zawsze mam.
- Jej...
- Proszę cie. Nie raz ratowałem cię z opresji.
- Na przykład kiedy?
- A ile razy przed rodzicami ukrywałaś, że jesteś pijana?
- Dużo,
- A ile razy zostawałaś u mnie na noc, bo mówiłem, że moi rodzice i siostra cie zatrzymują?
- Dużo.
- A ile razy pisałem ci zwolnienia do szkoły?
- Dobra, już koniec!
- To nie piernicz, Antczakowa, bo ja cie już w różnych stanach i w różnych sytuacjach widziałem.
- Ja ciebie też. - w końcu wzięłam głęboki oddech i aż poczułam, że nabrałam koloru.
- Nie pękaj, jeszcze z dwieście kilometrów. - wziął mnie pod rękę i przytrzymał w drodze do samochodu. Już prawie zapomniałam, że od jakiś piętnastu lat nikt nie powiedział, że na porodówce mi braci podmienili, czy coś...
- Chciałabym w końcu odpocząć.
- We Wrocku u swoich rodziców i tak nie odpoczniesz.
- Ale ja przyjdę do ciebie. Przecież ja jestem członkiem twojej rodziny!
- A no tak. Zapomniałem. Napiszę mamie, żeby nasmażyła racuchów.
- Grzeczny Grześ.
Prawda była taka, że z najmniejszym problemem leciałam do pani Łomacz, nawet jak miałam 8 lat i rozwaliłam sobie czoło. A ona karmiła mnie racuchami, pierogami, kluskami śląskimi, a wieczorem robiła pizze. Ja chyba serio powinnam zmienić rodzinę.
- Ale ja od jakiś ośmiu lat nie mieszkam już z rodzicami. Nie pamiętasz już? Więc zapakuje nam racuchy na wynos.
- A no tak. Zapomniałam, że na studiach jak wracałam z Krakowa do Wrocławia to mieszkałam u ciebie, a w domu byłam tylko na wigilię.
- Już myślałem, że ta kadra wyżarła ci mózg.
- Uuuuu, ktoś tu jest zazdrosny?
- Nie, tylko ja ci współczuję. Z resztą wszystkim w sztabie współczuje.
Po drodze dowiedziałam się, że moi rodzice szykują kolację. Dla mnie, Justynki i Rafałka, Grzesia, Grzesia siostry i Grzesia rodziców. Tylko z małą różnicą, mnie na tym czymś nie będzie.
*
Mój brat jednak czasem pomyśli. To znaczy powiedział, że to pomysł Justyny, ale i tak mu nie wierze. No więc siedzę w aucie, jedziemy na Mazury. Nawet się z Gregora mamą nie zdążyłam przywitać. On oczywiście siedzi za kierownicą, ja z przodu z wywalonymi nogami na desce rozdzielczej, z tyłu mój brat z żoneczką, a na siedzeniu w bagażniku jej kot brytyjski, najbardziej wredne zwierze, jakie kiedykolwiek dane mi było oglądać. Nie to co Puszek mojej mamy...
- Wzięliśmy z Rafałem większy domek. Wy macie dwa nieco mniejsze.
Info jak z jasnego nieba normalnie. Jakby nie mogła nas poinformować wcześniej.
- Magda, nie jest ci niedobrze?
- He he he.
- Pytałem poważnie.
- A czy nazwałam cie jełopem i kazałam zatrzymać auto?
- Nie mam do ciebie siły.
O proszę. Możdżon na infolinii.
- DLACZEGO TY SIĘ NIE ODDZYWASZ DO MNIE?!
- BO JADĘ NA WAKACJE!
- A TY DLACZEGO KRZYCZYSZ?
- BO TY KRZYCZYSZ?
- A tak na poważnie to powinienem cię sprać na kwaśne jabłko. Nawet nie napiszesz co się z tobą dzieje!
- Ej, nie widzieliśmy się jakieś dwadzieścia cztery godziny! Poza tym był Grzesiek!
- Zadzwonię do ciebie jak dojadę, okej?
- ALE NA PEWNO WSZYSTKO W PORZĄDKU?!
- TAK, NIE KRZYCZ!
-JESTEŚMY NA MIEJSCU!
Dlaczego ona też krzyczy? Ludzie...
*
Nawet nie rozpakowałam swoich rzeczy. Od razu wzięłam koc, wodę mineralną i Grzesia pod pachę, wynajęliśmy motorówkę i jak za starych dobrych czasów popędziliśmy nią do przodu. Potem wybraliśmy się na lody, następnie na szalony rejs bananem wodnym, z którego pod sam koniec prawie spadłam i gdzieś pod wieczór wróciliśmy do miejsca, gdzie mieszkaliśmy. Rafał z Justyną palili ognisko i czekali, aż się do nich dosiądziemy. Dzień zleciał mi niesamowicie szybko. Już zapomniałam, że w towarzystwie Gregora czuję się bardzo dobrze. Przede wszystkim nie krępuję się ani trochę, a do tego odpowiada mi jego poczucie humoru. Jak brat.
- Kawałek dalej jest jakiś klub i jakaś impreza. My z Justyną zostajemy tutaj, więc jak chcecie, to idźcie sami.
- TO IDZIEMY!
Grzesiek niemalże zaciągnął mnie siłą do tego klubu, bo tak szczerze mówiąc to nie miałam ochoty na tańce. Ale jak już poszłam, to wypadało coś wypić. Przy stole siedziałam jednak sama, bo Gregora porwały fanki. Wywijał to z jedną to z drugą, aż w końcu położył mi głowę na plecach i wybełkotał, że chce wracać. Byłam wściekła, bo cały czas siedziałam sama. Wyrwałam do przodu, Grzesiek wlókł się gdzieś za mną. Cała zajebista atmosfera poszła się paść.
*
Zobaczyliśmy się dopiero przy śniadaniu. Oczywiście byłam wściekła, bo nie po to dałam się wyciągnąć do tego klubu, żeby siedzieć jak ten ostatni czubek na krześle.
- Boże... - Greg wywrócił oczami. - Jesteś zła, że cie zostawiłem? Przecież mogłaś się bawić z nami.
- Jasne. Ja, ty i może ta blondyna, ktòrej o mało nie włożyłeś ręki pod sukienkę?
- Jeszcze jakiś czas temu blondyny i inne nie przeszkadzały ci tak bardzo, co?
- Co masz na myśli?
- Ty dobrze wiesz co.
Wyciągnął najmocniejsze działa z możliwych. Ok.
- Tobie ròwnież nie przeszkadzali inni faceci, jeżeli się już rozdrabniamy.
- Tylko ja przynajmniej bywałem zazwyczaj szczery.
- Szczery? Najpierw trzeba było powiedzieć kogo na boku obracałeś, a nie że w ogóle coś takiego się stało. To już było mniej istotne akurat w twojej sytuacji.
- I o szczerości mówi ta, która do niczego nigdy się nie przyznała.
- A co miałam mu powiedzieć?!
- Że wepchałaś tyłek do łòżka innemu. Chyba proste.
Ała. Zabolało jak diabli. Nawet nie zwróciliśmy uwagi na Justynę i Rafała siedzących od samego początku obok nas. Wyszło na to, że ja jestem dziwką, gwałcicielką i bałamucę mężczyzn, choć obydwoje wiemy, że to on pierwszy zaczął się wtedy do mnie dobierać.
- Miłych wakacji.
Mój pobyt na Mazurach skończył się wraz z odejściem od stołu.
Komentarze
Nienawidzę Bartmana, serio. Żenua.
Bartuś takie dobre dziecię, aż mi się go szkoda zrobiło.
MOŻDZI <3
A Łomacz, to niech się puknie w łeb.