#10 Ogólnie jesteś wariatką z kosmosu

Ewidentnie nie było dobrze.  Walizki się pogubiły jeszcze przed lotem, niewinnie oberwało się mnie i Wołkowyckiemu, a Andrea aż kipiał ze złości.  Ponadto przez wypadek na drodze utknęliśmy w gigantycznym korku i spóźnieni jakieś pięć minut nie zostaliśmy wpuszczeni na podkład samolotu. Jednym słowem - tragedia. Guma kłócił się z brazylijską obsługą lotniska, aż się zdziwiłam, że tak dobrze zna angielski.
- Jeżeli znowu mi coś ukradną, to zrobię taką rozpierduchę, że to lotnisko wyleci w powietrze. I tamto też. - grzmiał Igła. A Kubiak to już nawet nic nie mówił. Biedaczek pożarł się ze Zbyszkiem i nikomu nie powiedział o co chodzi. Nawet zamienił się z Piotrkiem i podobno od dziś dzieli pokój z Kurasiem. To ci mieszanka.
- Walizki się jeszcze nie odnalazły. - powiedział mi do ucha Wołkowycki, aby nie dokładać oliwy do ognia, bo i tak wszyscy mieli cudowny humor.
- Kto padł ofiarą? - zapytałam równie konspiracyjnie.
- Igła i Pit. A o reszcie jeszcze nie wiadomo. Związek jest w trakcie pisania skargi. Poinformowałem ich przed chwilą.
- Świetnie. - burknęłam.
- Madzia?
- No, szefie?
- Pogadaj z Miśkiem. Kubiakiem w sensie.
- W sensie wiem. A dlaczego ja?
- A co? Ja mam to zrobić?
Nie no. Szefie. Super odpowiedź. Ale w sumie pytanie nie było lepsze. Tylko i wyłącznie ja mogłam to zrobić. Bo nie oszukujmy się, ale na wszystkich Kubiak krzyknie. Tylko nie na mnie. Ma się ten respekt.
- Tylko zrób to w miarę szybko. Bo mi smutno jak na niego patrzę.
- Przecież nie zrobię tego tutaj. - wrzasnęłam, na co wszyscy się odwrócili. Szef pacnął się w czoło, a ja zaczęłam rozglądać się na boki. - Ktoś krzyczał? - strzeliłam głupa i wszyscy powrócili do tego, co robili wcześniej. A mianowicie słuchali wkurzonego Ignaczaka. Że im się jeszcze nie znudziło, to podziwiam. A więc tak… Czekała mnie rozmowa z wkurwionym Kubiakiem i wysłuchiwanie jaki to Bartman jest zły, o czym doskonale wiedziałam.
- Magdzia…
- No nieeeeeee. - przewróciłam oczami, aż się biedny Jarząbek speszył, ale kiwnięciem głowy pozwoliłam mu na kontynuowanie.
- Bo tej twojej drugiej walizki to też nie ma.
No i masz, kurwa, babo placek. Swój pierwszy raz w Brazylii, jakkolwiek to zabrzmi, zapamiętam jako zaginięcie mojej walizki z bielizną. Że też musiałam się przyznać do tego, co w niej jest. Teraz będą mnie męczyć.
- Te, Magda. - w końcu ktoś mądry zabrał głos. - Coś przyleciało podobno. - wyrwał mnie z zadumy Guma, a kiedy się odwróciłam, Ignaczak przytulał swoją walizkę. Piotrek też coś trzymał w ręce.
- Proszę, do rąk własnych. - uśmiechnął się Bartosz i postawił mi pod nogami mój bagaż.
- Miało być do rąk.
- Zołza. Podziękowałabyś przynajmniej.
- A więc dziękuję ci, wielebny Bartoszu.
- To było akceptowalne. - odszedł ode mnie salutując jak żołnierz i tak jak reszta zawodników podążył w stronę autokaru. To był więc doskonały moment na to, aby złapać Kubiaka i przejść na osobność. Poszło opornie. Bo mało go nie pobiłam.
- Misiek, co ty odkurwiasz, za przeproszeniem?
- Ja? Co ja odkurwiam? Ty lepiej zapytaj Bartmana co odkurwił!
- Myślisz, że mnie się serio chce z nim rozmawiać? - wbiłam w niego swoje tęczówki. Chyba mi uwierzył.  - To o co wam poszło znów?
- W sumie to o wszystko. Próbowałem kolejny raz przemówić mu do rozumu, że Aśka na niego nie zasługuje, to kazał mi się definitywnie od siebie odpieprzyć i skończyć naszą przyjaźń, bo widocznie nie jestem prawdziwym przyjacielem, skoro nie potrafię uszanować jego szczęścia. I tak się przekomarzaliśmy dopóki nie powiedziałem, że oprócz tej jego chorej relacji z tą laską beznadziejnie zachował się wobec ciebie. Bo nie powinien był cie wykorzystywać w stanie, w jakim się znajdowałaś.
- Michaaaał. - przewróciłam oczami. - Dlaczego wy ciągle mieszacie mnie w sprawy związane z Bartmanem? Sytuacja z moich urodzin jest przecież wyjaśniona …
- No właśnie nie jest. - przerwał mi. - Bo ty nie wiesz wszystkiego. I gdyby nie ja, to nikt by się nie dowiedział, jak było naprawdę.
- Co masz na myśli?
- Ja ci tego nie powiem, bo to jest kwestia, którą macie do rozwiązania między sobą. Poinformowałem go tylko o tym, że nie omieszkam ci o tym nie wspomnieć, kiedy nadarzy się okazja.
- Mam zabić skurwysyna?
- W sumie to nie wiem. - wzruszył ramionami i zawołany przez Wołkowyckiego wsiadł do autokaru. Co on do cholery jasnej gadał? Że jaka prawda? I że jaki Bartman? Czy on nie może uciec do tej swojej Asi tam, gdzie rośnie pieprz i konopie, tylko czepił się mnie jak rzep psiego ogona i co się na niego choć trochę przestanę denerwować, to znowu podnosi mi ciśnienie?
- Zawołaj mi w tym momencie Bartmana. Teraz. - zagotowało się we mnie jak w kotle, a mój brat posłusznie wykonał swoje zadanie i za kilkanaście sekund z ostatnich siedzeń dowlókł się do mnie Zbysław.
- Co?
- Przysięgam, Bartman, że jak ci zaraz zrobię CO, to cie ojciec nie pozna. Gadaj mi szybko, co ma znaczyć to, że ja nie wiem całej prawdy?
- Magda, za dwie minuty odjazd. Teraz wam się na rozmowy zebrało?
- Olek, nie przerywaj, błagam. - na te słowa Bandyta skapitulował i powrócił na swoje miejsce.
- Bo… Bo ty pewnie z Michałem rozmawiałaś.
- Nie pierdol, szybko.
- Bo wtedy, tam w tym pokoju to … To owszem pocałowałem cię na imprezie. Razy dwa. Ale, że jakieś ten teges to …
- TO CO?!
- To my nic. Nic a nic. U mnie w pokoju złapałaś zgona przy rozbieraniu się, bo stwierdziłaś, że musisz ubrać piżamę i jak stałaś w tej bieliźnie tak padłaś na łóżko. A ja cię nie tknąłem.
-Ty bucu. Ty pierdolony idioto. Odejdź ode mnie, bo nie ręczę za siebie!
- No chyba powinnaś się cieszyć, że …
- ZAMILCZ! - złapałam go za koszulkę. - Chcesz mi powiedzieć, że wkręciłeś wszystkim dookoła, że mnie przeleciałeś?!
- O wybacz. Ja nic nie mówiłem. To ty wygadałaś się Kurze, a Kura palnął przy Kubiaku, że coś takiego miało miejsce. Po co miałem to odkręcać, skoro rozeszło się po kościach?
- Po co?! Po co?! A może po to, żeby nie wyszło, że jestem pierwszą lepszą?! A może ty po prostu nie chciałeś, żeby ucierpiał wizerunek macho?! Może wygodniej było brnąć w to, że przespałeś się z osobą, powszechnie znaną jako trudna do zdobycia?!
- Nie wiem, Magda! Nie wiem. Ale Michał powiedział już Bartkowi jaka była prawda, bo stwierdził, że skoro cokolwiek wiedział wcześniej, to musi wiedzieć i teraz. Tylko w czwórkę rozwiązaliśmy tą sprawę. I jeżeli już wszystko wiadomo, to puść mnie. Proszę? - ostatnie słowo niemalże wyszeptał.
- Wiesz? Dobrze, że ktoś taki jakby nie miał mnie w taki sposób, w jaki do tej pory myślałam.  Bardzo dobrze. Bo jesteś frajerem. A teraz odejdź.
- I za ten prysznic to …
- IDŹ STĄD! - wrzasnęłam, a Zbyszek potulnie wrócił na tyły autokaru. Jeden, drugi i trzeci głęboki oddech. Tylko spokój może cię uratować, Magdaleno Antczak.

*

- Wróciliśmy do cywilizowanego kraju. Znajdujemy się w Europie. Widać, że na ulicach czysto, gdzie nikt się nie strzela i nie ma zabitych ludzi. Cieszymy się z tego niezmiernie, pogoda zdecydowanie lepsza, słoneczko przyświeca… Wesoła atmosfera w drużynie, ponieważ podróż trwająca trzydzieści dwie godziny została za nami … Ty patrz! Cerkiew mają, patrz!
Igła potrafił idealnie opisać to, o czym myślałam w drodze na trening. Problem jedynie w tym, że oni spali, a ja nie mogłam, bo ratowałam skradzione walizki. Jakieś fatum nad tymi naszymi bagażami! No, ale wszystko jest na swoim miejscu, Magda wygląda gorzej niż źle, Andrzej trochę lepiej, bo pozwoliłam starszemu się kimnąć parę godzin, a sama czekałam na wiadomość z lotniska. I wszystko byłoby sprawiedliwie, bo ten to się nawet wzbraniał, ale zasnął na siedząco. Więc i tak czy siak, czy chciał, czy nie chciał - wyszło na moje. Bilans miał się następująco. Przez trzydzieści dwie godziny spałam dwie! Wspaniale! A po trzydziestu dwóch godzinach, kiedy teoretycznie wolnych było dziesięć, spałam godzinę. A wyglądam tak ślicznie, że aż podziw. Ale co tam ja. Najgorsze, że …
- Musieliśmy dokonać zakupu nowego sprzętu. Michał ma nowe buty.
No właśnie. Nie wszystko udało się niestety odzyskać, ale lepszy rydz, niż nic, jak to mawiają. A mnie to się za to w głowie kręci. Dokonuję tutaj rzeczy niemożliwych. A przecież jestem kobietą. Jeszcze. Chyba.
- Spałaś coś? - zatroszczył się o mnie Zati.
- Ty to jesteś jednak kochany.
- Może odpuść ten trening i niech cie odtransportują do hotelu, bo nie wyglądasz najlepiej. Tutaj jest dużo pracy, ale wszystko da radę zrobić na większym wstrzymaniu, a nie na maksymalnych obrotach. A przynajmniej nie ciągle na maksymalnych.
- Wykończysz się. - wtrącił Kura, a ja pokiwałam tylko głową.
- Spokojna wasza rozczochrana. Magdalena Antczak dożyje do obiadu, a po obiedzie położy się do łóżka. Obiecuję.
- Ale na pewno poprosisz Andrzeja o chwilę wytchnienia? Chociaż pewnie sam ci to proponował a ty…
- Oj no!
No proszę, czyli jednak się martwią. Miłe to takie. Nawet Bartman coś tam szepnął jak wychodził z autokaru, żebym się przespała. No ale fajnie jest, idziemy na salę. Podobno Finowie jeszcze trenują, to może sobie jakieś dupeczki pooglądam? Nie no. Oczywiście żartuję, ale przystojni faceci zawsze cieszą oko.
- Już pierdoli. - skomentował poczynania Ignaczaka Winiar, a ja przez chwilę pomyślałam, że to do mnie bo o tych przystojniakach to było na głos. Chyba serio potrzebuję się położyć. Mam jakieś omamy.
Za piętnaście minut rozpoczął się trening. O dziwo szło sprawnie, prawie nikt nie narzekał, że go coś boli albo, że jest niewyspany.
- Magda, skoczysz po walizkę? Zostawiłem pod pokojem. Proooszę. Staruch ze mnie i idę zająć jakieś miejsce, żeby wygodnie spocząć. - zażartował doktor Sowa, ale wiedziałam, że tak naprawdę ma sto innych rzeczy na głowie. Jak na przykład nastawianie barku Zagumnego.
- Jasne, doktorze. - wstałam z miejsca łapiąc się uprzednio za głowę. Jakieś wróbelki mi ćwierkały i żółte gwiazdki latały, ale poszłam. I stała czarna, skórzana, lekarska walizka.


*

- Ej, halo! Magda, słyszymy się?
- O kurwa.
- Będzie żyć. - zwrócił się Aleksander w stronę doktora Sowy.
A gdzie ja byłam i co się stało? Zaraz, zaraz. Moment. Mój hotelowy pokój, moje łóżko. Dzięki ci Boże, że nie Bartmana. Moje ciuchy, moja ukochana poduszka, mój telefon na szafce nocnej. Wszystko na swoim miejscu. No dobra. Nie do końca. W lewej ręce wenflon i podpięta pod niego kroplówka.
- Napędziłaś nam stracha. Ty coś jadłaś przez tą podróż? Czy jechałaś na tych sucharach ze śniadania? I wzięłaś te tabletki na spanie, co ci wsunąłem do kieszeni jeszcze w Brazylii?
- Oleeek, błagam. - wyszeptałam, bo tak naprawdę to nie miałam siły na niego wrzasnąć.
- Kobiety… Najważniejsze, że wszystko jest okej, a omdlenie to wynik przemęczenia. Za mocno się za to wszystko wzięłaś. I takie są skutki.
- Ale …
- Nie ma ale. Gdybyśmy wszyscy nie znali granic naszej pracy, to każdy zamiast płynu w postaci kawy, dostarczał do organizmu witaminy i kroplówki. Wiesz, że musisz odpocząć?
- A kto ogarnie resztę Ligi Światowej? Muszę pomóc Andrzejowi.
- Na litość Boską! Przecież Andrzej mówił, że ty już wszystko przygotowałaś.
- To może mam amnezję. - skapitulowałam. - Która godzina?
- Osiemnasta. Ale dobrze by było, gdybyś nie wstawała z łóżka. Do rana.
- Ale chce mi się siku!
- Magdaaaaa. - obydwaj pokręcili głowami i zabrali swoje rzeczy. - Jak nam jeszcze raz taki numer odwiniesz, że cie z podłogi nieprzytomną będziemy zbierać, to wysyłam cię pierwszym lepszym samolotem do Wrocławia, na dywanik do rodziców. I bez dyskusji.
- Dobrze, tatusiu.
Czyli mam luzik. Mogę znowu spać.

*

Następnego dnia z rana nie pojawiłam się na śniadaniu, bo zupełnie tak, jak za starych dobrych czasów, zaspała. Na obiad przyszłam już w dużo lepszej formie niż jakąś dobę wcześniej, przywitałam się z zawodnikami, zjadłam przepyszną rybę i zgodnie z zaleceniami doktorów zostałam w swoim pokoju jeszcze jeden dzień i z laptopem na kolanach potajemnie podsyłałam Andrzejowi na mejla dokumenty. Oczywiście się zdenerwował i wpadł do pokoju, bo myślał, że wybije mi ten pomysł z głowy. Nie przewidział tylko, że przyszedł do mnie w momencie, kiedy laptop był już zamknięty, bo wszystko co miałam mu do przekazania, wysłałam wcześniej. Ale fajne to było. Ogólnie… To prawie jak rodzina. W sensie oni, wszyscy.


*

- Przyniosłem ci drożdżówki. Z ciastem francuskim, Takie jak lubisz. - wparował do mojego hotelowego królestwa Możdżonek. Kochane stworzenie. Nawet jak siada prawie że na moich stopach. - Jak leci?
- Jak samolot.
- Pechowy dzień wczoraj. Kuba coś w kolano zrobił, a ciebie zmiotło z powierzchni ziemi. - zadumał się.
- Oj tam. Nic mnie nie zmiotło. Po prostu lekko ucierpiało moje zdrowie, ale spokojnie, panujemy nad tym.
- Za chwilę jedziemy na halę. Jedziesz z nami?
- Nie mogę. Za moment wpadnie tutaj któryś z doktorków i będę przywiązana do jakiejś butli na metalowym stojaku. Taka kolej rzeczy. A Kuba cały?
- Rudy? Przecież głupi ma zawsze szczęście. Nic mu nie będzie, za dwa dni znowu będzie skakał jak alpejska kozica.
- Alpejska kozica mówisz? A kto Gregorowi powiedział, że miałam bliskie zderzenie z podłogą?
- No właśnie Kubuś. Bo z nim przez Skype gadał. I się Łomacz odgrażał, że jak przyjedziesz w kawałkach do Polski, to nas zabije, chyba, że przywieziemy medal. To wtedy ma pomyśleć.
- Pieprzony materialista, no nie?
- Ech. Będzie dobrze, prawda? - zapytał ze współczuciem w głosie.
- Będzie? Musi, Marcin. Musi być dobrze. |
- To w takim razie zostawiam cię samą.
A ja włączyłam skandynawską telewizję.

*   


Zachodzące słońce i widok na przepiękne jezioro z jednego z ostatnich pięter hotelu było ewidentnie bardzo miłym akcentem na zakończenie kolejnego leniwego dnia.
- Jesteś cholernie nieodpowiedzialna. Ogólnie jesteś wariatką z kosmosu i najchętniej bym cię zabił, bo nikomu słowa nie powiedziałaś, że z tobą tak źle. Bez sensu. Gdyby nie zimna krew lekarzy to razem z Igłą bieglibyśmy do szpitala z tobą na plecach.
- Panikarze. No panikarze, jak nic. A tak właściwie, to co ty robisz w moim pokoju?
- Przyleciała Kurka. - na te słowa uderzyłam otwartą dłonią w czoło.
- Masz nasrane.
- Już to słyszałem. Nie palisz? - usiadł obok mnie i obserwował, czy coś wyciągam z kieszeni.
- W sumie to… Przypomniałeś mi, że powinnam to zrobić.
- Magda. Stój. Ja tutaj nie przyszedłem po to, żeby namawiać cię do palenia. Tylko chciałbym ci coś powiedzieć.
- Dlaczego ty jesteś taki poważny? - zaśmiałam się, ale po chwili, kiedy zobaczyłam, że chodzi chyba o coś poważnego, dałam na wstrzymanie.
- Ja wiem, że dopiero wyjaśniła się sytuacja ze Zbyszkiem. Że sprawa jest zakończona, że wszystko wróciło do jeszcze większej normy, o ile można tak powiedzieć…
- Bartusiu, do rzeczy.
- Czasami jest tak, że niektórych rzeczy nie można długo trzymać w sobie, bo w pewnym momencie człowiek nie daje rady i jest mu ciężko.
- Dyplomata.
- A jeszcze częściej zdarza się tak, że człowiek czuje coś, czego czuć nie powinien. Bo to mało profesjonalne, albo najzwyczajniej w świecie głupie.
- Czujesz, że musisz spuścić Bartmanowi wpierdol? Ta Bartek, weź walnij co masz walnąć …
- Chodzi mi o to, że w pewnym momencie stałaś się dla mnie kimś więcej, niż tylko współpracownikiem. Że no wiesz…
- Że chcesz się ze mną zaprzyjaźnić? Ostrzegam, że ja potrafię być jeszcze gorsza niż przez te dwa i pół miesiąca wspólnego egzystowania.
- Magda, do cholery jasnej! - wrzasnął i złapał w dłonie moją twarz. - Ja się kurwa mać zakochałem! W tobie się zakochałem! I nie musisz nic z tym robić. Ja i tak wyjadę za jakiś czas i pewnie zobaczymy się wtedy, kiedy obydwoje będziemy szczęśliwi z kimś innym, ale do końca tej Ligii Światowej zostało niewiele czasu i przepraszam cię za to, że to powiedziałem. Może zachowałem się jak egoista, bo pomyślałem o tym, że to mnie będzie ciężko, a nie tobie. Ale z drugiej strony ty mnie przecież nie kochasz. I po tobie to spłynie. Po prostu chciałem, żebyś to wiedziała. A, i jeszcze jedno. Bo nie tylko ja czuję do ciebie coś więcej. Bartman też. Tylko on jest głupi. A ja nie lubię niejasności. I to pewnie w ogólnym rozrachunku on wygra. Bo to Zbyszek. A nawet jeżeli nie on, to żaden nie będzie cie miał. Bo ty nie będziesz tego chciała. Nie będziesz chciała żadnego z nas. I obiecaj mi jedno. Teraz wrócę do siebie, ale rano będziemy zachowywać się tak, jak do tej pory. Ja względem ciebie, a ty względem mnie. Proszę. Niech nie mam wyrzutów sumienia, że spierdoliłem zajebistą znajomość.

Poszedł sobie. A ja zastygłam. Na dobre kilkanaście minut.



*

Warszawa mnie pochłonęła i moją odskocznią było pisanie tego oto wyżej po kawałku. Jestem, żyję, mam się dobrze i co więcej, obiecuję, że niedługo i Bartosz z Oliwią dadzą o sobie znać. No. to stay in touch. 








Komentarze

Repugnance pisze…
Zrobiłaś mi dzień! Tylko Bartka mi szkoda :c
VE. pisze…
Tak czułam, że Bartek czuje coś więcej.
I ja wybrałabym właśnie jego.

Popularne posty z tego bloga

#1 Hej Spała, wioska niemała...

#7 To ty nic nie wiesz?!

#13 Ona kazała mi wybierać.